PORÓWNUJ nie PORÓWNUJĄC

Każde dziecko jest inne…
Jedno ma oczy jak niezapominajki czy fiołki, inne – włosy jak len a oczy barwy zimnej stali. Czasem urodzi się nam kruczoczarny mały urwis z miodowymi tęczówkami o długich, biegłych w grze na skrzypcach i flecie chłopak. Kiedy indziej – zamaszysty i ,puszysty nieco, „damski” bokser czy piłkarz uzdolniony, biegacz średniodystansowy…. oszczepnik, o dalekim i długim rozmachu…
Czy to książę z bajki, czy panna z bardziej lub mniej mokrą czupryną, ruda jak wiewiórka czy brązowowłosa, jak oko kasztana… nie pojąłby tego i tych zależności nikt: nie-od-nas-samych-to- zależy…
Pamiętajmy zawsze ….  nigdy nie zależało….
Każde i każda z nich, każdy także z nas –
dziecko dorosły czy starzec jest autonomiczną i odrębną jednostką…
I ….. ważne jest to, że ta niepowtarzalność ubogaca nas i zawsze ma moc taką, że niepostrzeżenie i z korzyścią dla każdego z nas, ta oryginalność oraz te malutkie okruchy różniące nas są ważne, dopełniają ten smutny i szary, ciężkawy świat, niosą złote promyki nadziei…
Czy więc warto zestawiać, porównywać i klasyfikować, rangować dzieci??? Budować bariery….i miejsca specjalnego przeznaczenia dla bardziej wymagających, dla tych „smutniejszych i bardziej samotnych”. Tym samym, tworzymy tylko pozorną, a nie – prawdziwą – bliskość z dzieckiem.
Wsparcie ma wiele wspólnego z akceptacją.
Nie może bazować na „taaaak, ale….”. Akceptujemy właśnie to, co mniej więcej „dookreślone”, często więc próbujemy uporządkować zewnętrzny świat….na siłę dookreślamy wątpliwe prawdy, szukamy racji, małych potwierdzeń dla podejmowanych działań.
A ja, mam pytanie, do publiczności…. hmmmm,  czy te różnice, mogą i muszą  zaprzepaścić procentowość – zawartość człowieka w człowieku. Matki w matce czy też, odłożyć na kołek i zostawić by okrzepła ta nasza…. miłość…. Uczucie i postawa wobec każdej jednostki z osobna.
Ani mocną, ani słabą, po prostu miłość…wielki dziejowy motor dyskusji …. o nadzwyczajnej prawdzie diabełka i aniołka na ramieniu”, gdy drugą połówkę pomarańczy, chowasz w dłoniach.

.. kolejny raz, kolejny dzień…. day-by-day….

Ktoś powiedział dawno mądre słowa….”obyś na drobne, się człowieku nie rozmieniał w życiu….” Bądź więc skrupulatny – tak, ale nie drobiazgowy i nie – małostkowy”.

Nie zamieniał się też w życiu ani na złe, ani na słabe. Trwały w przekonaniach, w ideałach. I w „słomę”, w  wiecheć czy plewę się nie zmieniał co szybko płonie w ogniu, jasno lecz w momencie – łatwopalną zbyt łatwo. Łatwo-palną jak ławka w sadzie, pod owocowym kruchym drzewem, czereśnią czy starą śliwą. Czy w parku – pod człowiekiem oblanym ropą czy rozpuszczalnikiem, jak słup ognia, pochodnia….
Martwe i cuchnące, nieprzegniłe „olejowane mocno ropą”, niczym podkłady pod ciuchcię, pod „czeski pociąg”, ciuchcię – śmierdziuchcię….
Mylne znaki wysyłając, trudne rzeczy mówiąc – trochę produkuję i gram pierwsze skrzypce jak Nahravica, jak quasi-czeski film…. I wszystko tak w mym życiu okrągłe – jak czeski błąd.

A dla innych cóż, moja mowa – to „mowa – trawa”???
Może….a może są to Święte Słowa ????
Muszę to przemyśleć.

Moja zaś mowa zawsze jest i będzie krótka, ale treściwa.
Nie boję się mówić i działać, chyba aż tak bardzo – jak wariat czy świr. Choć jak on, mam mało dobrego w doświadczeniu i w przeżywaniu, to jednak w strachu, obawie o siebie i bezpieczeństwo, w rozpaczy i samotności przede wszystkim, niezrozumieniu i niepojęciu – ja podobnie mam.

Nie ma lęku w kimś, kto ma przekonanie, spokój wewnętrzny, ciszę w uszach i w oczach, błękit mimo zieleni ich głębi. Kto nagięty jak trzcina, ale nie – złamany, nie nadłamany.
Kto nie kręci i nie kombinuje, po cichu, ploty… ploty jakich nie znoszę. I nie da się wciągać – oszukańczo i za plecami, nie obgaduje, nie robi wycieczek osobistych…

Stoję. Nie jestem osobnikiem krytykującym.
Może znów szefowie szefów – inaczej  zaprogramują mnie. Ale za mną i poza mną zostawię harmonię zgodnych, głośnych i zapyziałych, prymitywnych oraz zacofanych mocno głosów. Głosów drących (się), ale słabych i zmęczonych. Nudnych.
Krótko-wiernych. Zdradliwych. Sprzedajnych. Niemodnych, ojjjj.

Ja – z przyjemnością i troską, zgaszę i światło.
Aaaa, a palcami – i ten ich huczący płomyk…. nad czyjąś głową. A sekret???? A jest??? Nie, nie ma. Nie, nie ma go.

Tam gdzie krzyk zagłusza rozum, wątpliwości i wrażliwość, nie znajdziecie już serca. 
Swojego. Żadnego. 
A ja, to małe – swoje mam, i pozostawię. Dam innym. I ci „inni”, tacy jak ja – chętnie głowę podniosą. Siebie dam, to co umiem, to co mam – dam i ofiaruję też i innym, oddając dług, dając świadectwa ciut. 
Nie poświęcając – lecz inspirując…. 
Milllionyyyy, tysiące. Nie tylko pieniądze są warte uwagi, czasem winniśmy „barter uwzględnić”, wymianę usług, zalet, przymiotów i przedmiotów…. Pracując z człowiekiem, czując go, i innego człeka Tego innej epoki, nowego już…. Nowego Człowieka.
Żyjąc z nim na co dzień. Again&again…. day-by-day.


A ja siedzę i siedzę, myślę  i myślę, we wtorek – 
z kromką, kawą, placuszkiem czy… jabłkiem w dłoni, 
wśród swoich – już – „jak w szkolnej ławce”. 
W weekend kolejny zaś, na zajęciach…..   

Chodzę i chodzę, myślę i myślę

…  I ja też….. ja też….  Uhhmmm uuhhhmmchciałoby się za klasykiem powiedzieć, cytując… za „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” i „Dniem Świrrrra”, za feministycznymi bohaterkami z plaży, i … jadącymi pociągiem z bohaterem…. z Polonistą, Adasiem…. vel. Markiem K. 

Tak cudownie parafrazującym prozę życia polskiego wykształciuch, psedo-profesora w „stoliczniej-okolicznej” : –> warszawskiej budzie średniej. bardzo średniej.

W wigilię mojego osobistego święta, jak obyczaj każe – dokonuję małego, dla siebie – cząstkowego, okrągłego ( podwójne „oczko”)… bilansu  ….. i podsumowania etapów.

Za jednym zamachem. Moje, twoje nasze i wasze, czego za dużo i za mało. Ile pracy i wysiłku zmarnowałam, a ile – efekt dało czy da… w dłuższej perspektywie. Czy warto czy nie warto, mocną wódę w gardło, czy wodę lać na „kolucho młyńca”…. Podpowiem. Nie warto, gdy ocena zawsze zła i zero… i null.

Po co??? dla idei. Idee nie istnieją. Istnieją za to ideały i te pielęgnuję i kultywuję bo z mocy, z poczucia siły i stabilności, z serca pochodzą. Z dobra ludzkiego i poza mętnością i półsłówkami czy pół-główkami. Z mocnej wiary, z wiary żywej. Jak codzienny pot, jak krew ściekająca z miejsc bólu i ran odniesionych czy zdobytych, z oszpeceń, z siwiejącej czupryny…. nerwów migren i wiecznego bólu.
Nie – bólu głowy czy żołądka.
Bólu świata, światła i ….nocy. 
Bólu ŚWIATŁEM  MALOWANEGO… Krakena stu mórz i oceanów, jakie na tratwie mojej przebywam każdego dnia, poranka i nocy. Sama i wciąż bardziej sama.

Czy to powód? nie – zawsze bilansuję sekwencjami, wydarzeniami, czy zamykanymi obszarami. Wtedy, gdy tracę już pasję i zainteresowanie tym, co robię i z kim i gdzie.

Nie czuję już powodów do zmian. Niczego nie czuję.
Zagryzam moim urodzinowym ciastem, marcepanowym z migdałami i słonym krakersem. „Cudownik” moich córek. Jednej – bardziej, bo obrotna i kreatywna w kulinariach jest. Druga – w plastycznych i kreatorskich pomysłach.
Czego mogłam – ustrzegłam, co mogłam dać i ofiarować darmo, dałam. Bieg, wytrzymałam średnio, ale ustrzegłam tej iskry swojej. Do końca będę nią płonąć. Ty wiesz, jak zielony ognik. Jak zieleń wiosenna w sercu…. lód dookoła się szkol. A serce, grzeje, i topi – i okruchy diablego lustra, i lodu, pan i panów z lodu. I nic mi do nich, nic mi od nich, nie zależę – i na nich i ich proporcach królewskich – nie zależy…..
Mało…. darmo???? w dali.
Tylko kurz. I łzy.
I krew. I strzępy, po walce i bitwie. A ja odchodzę – i strącam popiół, kurz, i strzępy mięsa. I kroczę dalej. Nie sama…. za mną i ze mną – moje cienie, widma, mroki i majaki.
Ale – MOJE!!! Tak ideał „sięgnął może i ….bruku”, jak symboliczny upadły Chopinowski Fortepian, w rękach, w uszach, nozdrzach…. i z rąk sprawców, nie – bohaterów, ale Abwery i Gestapo, 
tych oto…. Niemców.  Sam. Na bruk rzucony z pięter, Najpierw orzeł  w koronie, potem – on… źródło otuchy i krzepiących uciśnione serca….mazurków, koncertów fortepianowych – oraz Poloneza As-dur…..
Niemy – ślad. Odcisk. Niemy, zakurzony – świadek… Klapa. Katastrofa.

Niedziela???? która to już…..

Życie a piłka nożna – narodowy sport

Z życiem, wg człowieka lubiącego i ceniącego sport, i w tych samych oczach pscyhologa… widzę ciekawy związek. Jest z nim trochę tak, jak jest z piłką nożną. Kto ogląda mecze naszej reprezentacji – doskonale wie o czym mówię.

1) Wszyscy jak jeden mąż wiemy co i jak, o co w tym chodzi, nawet, jeśli jesteśmy teoretykami lub też czasami noga nasza spotkała piłkę na drodze…., ale faktem jest, że wszystko wiemy najlepiej i bylibyśmy lepszym selekcjonerem – ten temat dobrze…. „znamy” i „czujemy”.
O życiu mamy wiedzę ogromną, a czego nie wiemy – wyszukamy a to w google-wujku czy wikipedii-cioci… w ksiażkach czy w tabloidach, wczytując się w plotki „jak mają inni, a mogliby inaczej…”
 
2)  Najważniejsze są dwa elementy meczu – przeklinane i pożądane: „faul” i „spalony”. Większość kobiet fauluje niewinnych i samych „dobrych” i „mocnych” facetów, zaś faceci – w małym stopniu rozumieją kobietę i znają ją najwyżej ciut intuicyjnie (np. ich pragnienie, potrzebę, marzenia). Trochę tak, jak one mają pojęcie o… i jak czują „spalony”. Wyjaśnić zaś – ni, chuuu, chuuuu – ani jedno, ani też drugiemu, tego „pojęcia sportowego” ani stanu (ducha) – żadne nie potrafi. Spaleni wielokrotnie….;

3)  To że bramki są dwie, ale ta przeciwnika jakaś większa, nieforemna i tragiczna – w ogóle inna, to też – niezła analogia dla pary mieszanej. Tandemu, jakiemu trudno…. zagrać „mecz” do końca, rozegrać swe życie;

4)  Są też zjawiska bardziej życiowe „żółte kartki” i są przykre – „czerwone”. Wykluczenia. I zmiany – zmiany które lubimy, ale część z nas – nieszczególnie. Oj… nikt nie lubi – rozstań, dużych zmian w rodzinie, relegowania i szybkiego opuszczania tonącego statku. Rezygnacji. Nie lubimy też redukcji i rewolucji w pracy, traktowania nas …. no właśnie – przedmiotowo. Relegowania i jego skutku …. utratą ulubionego statusu. Bardzo nie lubimy zmian, lub mamy do nich wszystkich stosunek….. przynajmniej ambiwalentny, czy też mieszany.

5)  W piłce jest też 13 zawodnik. Na meczu – publiczność… która dopinguje lub wyje… hmmmm, rodziny, też bywają duże. A niektórzy żyją w rodzinie „bloku z wielkiej płyty”, życiem wszystkich dookoła. Tam o doping i zachętę, wsparcie i zrozumienie – dobre relacje – bywa trudno.

6)  Czasem można też spotkać pseudokibica. Ale to już bardzo prosta analogia, można nawet powiedzieć – tożsamość. I tak to jest – sport i życie otaczają nas nieustannie…

tyle… podsumowując dzisiejszy….  i każdy, nasz, narodowy….  mecz

Głupi się rodzimy, jeszcze głupsi – umieramy…

Lekka i mała parafraza niewątpliwej prawdy życiowej. Wydawałoby się, że wyposażeni jesteśmy jak nikt – rodząc się, na wypadek wojny i pokoju, miłości i zdrady, rozkoszy i bólu, smutku i cierpienia, strachu, udręki ale i wszelkich przyjemoności życia – nadal dość skromnie…
Początki są trudne: boli, jest cholernie zimno i jasno, wyrwali człowieka z ciepłego, bezpiecznego i kojącego szumem wód i biciem serca – łona matki. I dalej – ważą, mierzą, coś odsysają? Pomyślisz, że potem z górki??? Nic bardziej błędnego – szczepienia, sarkazm i uszczypliwość rodzeństwa a potem koleżeństwa, kolejne treningi – a to czystości, a to – manier, sovuar’u…, posługiwania się nożem i widelcem…. a to – technik jakiegoś „uczenia się”. Psu na buty wszystko!!!
I jeszcze dzikie społeczeństwo – chciałoby cię „ucywilizować” za wszelką cenę. A „się”, uczynić wyrocznią dla każdego przypadkowego, bezsensownego, szkodliwego i lekkomyślnego działania
I jak tu przeżyć. Powiesz…. Jak???
I wtedy gdy masz parę godzin? Gdy jesteś – lekko zagnieżdżony i niedonoszony jeszcze? Gdy walczysz o jakiegoś „siebie” z szefem lub zołzą mężem/żoną oraz zawsze wtedy – gdy masz (nieważne ile) 5, 10 czy 45 lat??? 

Nasunęła mi się ona, ta myśl… gdy podsumowuję, któryś już z etapów czy epizodów w życiu. Moim życiu, jeszcze nie zakończonym…. i innych ludzi – przyjaciół, znajomych, osób ważnych dla mnie i tych mniej znaczących, ale spokojnie już rozliczajacych się, już „po….” stojących w kolejce przed Dawcą Tego Wszystkiego – Sprawcą Tak Wielu i Tak Wielkich Rzeczy.
Myślę sobie o tych, co w mojej – ludzkiej opinii zasłużyli sobie na Nagrody/ę i nie, albo też – zrobili coś dobrego, wielkiego… lub – prawdziwie i po prostu Byli, Żyli.

I wraca do mnie cudowne hasło. Hasło, którego używają teraz, w tym trudnym czasie totalnej unifikacji, prostactwa, płytkości i pozorności życia, młodzi. Ery „Pustki i kiczu” – tak reklamowanej i wylewajacej się z każdej z TV i połowy stacji radiowych, obecnej na tabloidach, w brukowcach i szmatławcach, na reklamowych banerach.
Nawet moje prywatne dzieci, ale i gimnazjaliści – wśród których pracuję i żyję prawie, zważywszy na ilość czasu jaki spędzam w szkole. Ciekawe, czy używając „go” – wiedzą, że czerpią pełnymi garściami, i coraz częśćiej – z Biblii. Ciiiiiii, a może im nie uświadamiać tego????
Może lepsze to intuicyjne i nieświadome. Ta mądrość. Może pozwoli nam jednak umrzeć ciut mądrzejszymi.
„Marność. Wszystko marność” – marność nad marnościami.   

Kto nie był naprawdę dzieckiem… nigdy nie będzie dobrym dorosłym

Kto nie był naprawdę dzieckiem, nigdy nie będzie dobrym dorosłym

Taka lekka parafraza słów, nie zgadniecie kogo… psychologa? teologa? filozofa? nauczyciela?
Nie, Charliego Chaplina…
Ja, jako ten poroniony maniak filmowy… kto jak kto, godziny spędzajacy w młodości w kinie studyjnym, zwłaszcza w klasie maturalnej (hmmmm), na sucho analizujący i potem, samotnie werbalizujący obserwacje z filmowych scenariuszy i realizacji, często też książek Pod przykrywką słynnego „co autor miał na myśli” oraz domorosły interpretator wierszy, liryki, poezji – mojej ukochanej i wymarzonej, polskiej poezji międzywojnia, młodopolskiej, czasów wojen (obu), czasów komuny, postkomuny i przemian… na sucho trochę mniemam… ale lepsze to, niż nic. Przemyśliwując „co też podmiot liryczny pragnął wyrazić…”, dochodzę często do małego wniosku – że ból istnienia, karma, los, maligna, czy nieznośna lekkość bytu, kręgi piekieł, wielki kac, ciężar jestestwa, mroczna odchłań – to wszystko jest w nas. To nie odkrycie….

Odkryciem jest że ten mus wzięcia się z całym naszym życiem za bary… przemyślenia, przetrawienia i mus walki. Dokonania zmiany w sobie – jest głęboko w nas zakorzeniony, bo tylko wtedy „siebie” kreujemy. To chyba nie jest cywilizacyjna sprawa. Raczej sprawa wglądu, poszukiwań wewnętrznych i przemyśleń, sporej dozy refleksji i wielkiej …. samoświadomości ….

A co do tego ma Mr. Chaplin???  Ano zbliżył mnie do niejednego wniosku na temat tej złożoności natury ludzkiej i jej przełożenia na co dzień – Chaplin po pierwsze primo (jak mówią uczniowie, hihihi) pozwala zrozumieć grę słów „prawdziwie być dzieckiem” a potem „…być tym dobrym, właściwym i oddanym dorosłym”; po 2) dorośli (pozornie) mają tę przewagę, że dziećmi już byli. I wreszcie po trzecie tertio) taka życiowa rada: nie mów dziecku – ani swojemu, ani innym, spotkanym na swej drodze – „za moich czasów…”, „kiedy byłem, kiedy byłem młodym, małym….”, „nie no, nie do pomyślenia”…

Wszystko jest „do pomyślenia” i „do uwierzenia”, przyjacielu… 
Prawie wszystko.
 
A, i jeszcze coś malutkiego …. Tak, na początek.

Jedna część cytowanej myśli, i nie bójmy się tego słowa – prawdy Chaplina, bez drugiej – nie istnieje. Nie funkcjonuje i nie działa.

I „jedno” bez „drugiego”, też nie. Dorosły bez swojego Dziecka i Dziecko, bez swojego Dorosłego.

Istoty mniejsze….. just call me human-being….

Wściekam się widząc, iż nadal potrzebna jest taka ilość społecznych akcji ratujących życie wilkom, wolność rysiom i innym drapieżnym w Polsce, w USA…. w chwilach gdy waży się ich życie. Zycie ich młodych które wykrada się z nor, z gniazd i legowisk.
Czy my naprawdę jesteśmy istotami myślącymi, czującymi. Czy można nam powierzyć czyjeś życie i bezpieczeństwo???
O kogo walczymy i dla kogo jest ten świat??? Czy tylko dla nas???
Faktycznie św. Franciszek jest ostatnią chyba ikoną w myśleniu „żyj i pozwól żyć innym”, dla każdego jest kawałek ziemi pod tym wspólnym niebem.

Zaczynam wierzyć w to, że za chwilę dzikie zwierze o jakim oglądniemy pasjonujący film, polujące i igrające, opiekujące się potomstwem…. to będzie nasz własny i domowy kot. Wybić wszystko i wszystkie rasy  „konkurencyjne” jest w stanie chyba tylko człowiek. Będąc okrutnym, stanowczym, bezwzględnym…. bez litości i łzy, bez wyrzutu sumienia. Egoistyczny i zachłanny. palący i strzelający…. do uciekającej zwierzyny. Fotografie wyblakną, filmy – poginą. A nawet ogrody zoologiczne można będzie zaorać, bo zwierzaki nie wytrzymają tego „kurczenia się ich świata” …. oddadzą dobrowolnie lub w walce, zginą ostatnie….

Jeśli nie powiemy „nie”, stop i wystarczy….
to dla naszych dzieci i wnuków…. nie zostanie z dzikiej przyrody nikt i nic….
Jak z rdzennych mieszkańców Ameryki, goląc im głowy, niszcząc kulturę i miejsca kultu Bogów, wyrywając ich atrybuty… i serca…. z nich też stworzyliśmy „salonowe pluszaki”. Pluszaki o smutnych, szklanych oczach. Pijane, pijane „szczęściem” jakie im zafundowaliśmy….

      

Bliskość

Na bliskości nie ma co oszczędzać, jest albo jej nie ma. Szkoda się łudzić, że da się oszczędzić na tej formie bliskości lub że może się nam nie opłacić… Niekoniecznie.
Cała zabawa polega na tym, że na zawołanie „to tak nie ma”, po prostu nie działa, sprawa jest całkiem beznadziejna, gdy ktoś chce taki być na siłę…. albo gdy przypomniał sobie po latach.
Teraz??? czy nie za późno. A jeśli, to po co robić to właśnie teraz….
Taka niema kalkulacja. Człowiecza.
Więc jeśli tej bliskości nie było, nie narodziła się i nie wytworzyła żadna więź. Jest chłód i pustka między pozornie znającymi się osobami, czasem trwajaca wiele lat.
Jak u roślinki, która pozbawiona jest ziemi, wody, słońca, powietrza…. tlenu. Nie ma światła. Ciemność.
Ten chłód mógłby konserwować – ale niszczy. Daje dużo mniej niż mało.

Istotą rodziny jest bliskość – dawanie, pewna ofiara. Oszczędzać można na wysokości rachunków, zużyciu paliwa, oszczędzać można w wydatkach na kiecki. Nie fundujmy bliskim chłodu w zamian za wszystko dobre, czym nas obdarzają, nie oddalajmy się w taki sposób. To nie ekonomia ani oznaka oszczędności czy bycia EKO.
To zanik człowieczeństwa i zrywane więzi: typowy stan dla współczesnego oddalenia „człowieka od człowieka”. Ale my nie musimy się z nim utożsamiać. Prawda???
  

Odzyskać siły na nowo

Niewiele dobrego kryje się w stresie… czy nie można skorzystać z wielu milszych aktywności i często odczuć to, co lubimy czuć. Radość, odprężenie i zadowolenie…. mieć poczucie, że zasłużyliśmy. My, on, ona…. po to trudzimy się, obciażeni i po łokcie urobieni… by choć na moment zanurzyć się….
Odnaleźć swój spokój i równowagę….
Sprawa cenna. Nawet bezcenna.
Ja uwielbiam wszelką aktywność, zmachana i umorusana, prawie bez dechu po godzinie aerobiku, popołudniu na nartach…. po kilku podjazdach i zjazdach na rowerze, wspinaczce….. tracąc oddech pod szczytem góry…. czuję. Czuję siebie, serce wali mi jak szalone. Boli wszystko. Palą mięśnie….czuję, że żyję.
Prawdziwie i do bólu. Do ostatniej kropli.

Odpocząć, lecz nie zasnąć. Nie przespać życia…. Wejśc weń całą sobą. Po nowemu, ze świeżym spojrzeniem, ze spokojem, i podniesionym czołem oraz jasnym wzrokiem…

I wiem, że jestem naprawdę… może gdzieś tam się kończy to, co mogę, moje „tu i teraz”. To na pewno, ale przez krótką chwilę – brak mi tchu. Ze szczęścia. Zrzuciłam ciężar. Czuję się wolna jak ptak.
Równocześnie na kolanach- i lekka w tym samym momencie.
Oddaję to, co na kartku ciążyło jak …. dyby i kajdany na dłoniach, nogach…. jak pęta….
W tym zmęczeniu – wracam, wracam znów ja, a do mnie, moje siły.
I wiem, że wiele jeszcze mogę… I to, że nie jestem sama  – wiem już na pewno. 

Bywa że czasem…..

Bywa, że czasem wewnętrzny „demon-demonik” i żywe zło zajmuje zbyt wielką część nas…. i wyłazi, pojawia się na zewnątrz… W postaci: męczę i dręczę… wymagam, bo daję. Chcę i życzę sobie. Od siebie – nie, ale od Innych, bliskich i tych nazywanych „ważnymi”. Szokiem jest dla mnie, że jedni drugim potrafimy wieszczyć to, co najgorsze, fatalen. Czynimy piekło na ziemi, a życie – zaczyna być najgorszym znojem. Próbujemy przekonać, że to dobro, to dla naszego, dla czyjegoś dobra.     
Życie czy śmierć??? Prawda i fałsz w jednym….
Są tacy, którzy zastanawiają się – jak długo można i ile tak (w ten sposób) da się wytrzymać.
Ale czy „wytrzymać” to znaczy – „żyć”…
Ciężko patrzeć czy słuchać, że ktoś tak ma… nie może tego zmienić, jest za młody czy zbyt mały… zależy od kogoś. Trudno więc nazwać dom czy rodzinę, fundujących nam taką rzeczywistość prawdziwym „domem” i „miejscem dobra”. Początkiem miłości.
Miłości tam nie ma. Jest niemoc, paraliż. Obawa i strach. Panika. Chęć ucieczki lub skończenia z tym „cierpieniem”, szybko i boleśnie… Raz. Dwa….. I koniec z tym.
Chęć ucieczki – potem zaś, pojawia się, chęć odwetu. Za wszelką cenę. Nikt długo nie wytrzyma, nie zniesie takiej „nawigacji do nikąd”…. Strach, paniczny. Bo boli, bardziej niż fizyczny ból i rana…. Pali…..  Mocno… Rana zadawana „z miłości”!!!????