Boję się

Wydaje nam się, że wszystkie zadawane przez nas pytania są proste i nie sprawią żadnej trudności – szczególnie małemu człowiekowi, uczniowi…

Dziś od takich prostych i przyjemnych pytań skierowanych do dzieci zaczęłam z nimi trudne spotkanie, było ciekawie i zabawnie. Ale nastrój prysł gdy przeszliśmy do tego, co było istotą spotkania – czego się boją i lękają w szkole, na zajęciach, kogo… co ich przeraża.

Jak łatwo obiecać dziecku: Zajmę się tym, pomogę… i wzbudzić jego zaufanie, wyrazić troskę i obiecać pomoc… Dzieci często same dają odpowiedź i receptę na spotykające ich trudności, nieszczęścia, bolączki…

Inne, wychodząc z lekcji wyrażają zwątpienie i brak nadziei: „I tak się nic nie da zrobić, nic się nie zmieni”… I to jest chyba dla mnie najgorsze a dla nas wszystkich – smutne, bo nawet ja, czuję nałożone na mnie ograniczenia…

To oni są tu niesamowicie skupieni, zagubieni – szczerzy i prawdziwi, oni – którzy mają po 10 lat!!!

Ale co potem? Jak wyjść z twarzą, ale też podjąć się przynajmniej części tych obietnic, realizując je… Przecież nie zwolnię (ja, czy też dyrektor) tego nauczyciela na jakiego się skarżą, rozmawiałam z nim też wielokrotnie – ale jest to rodzaj muru, bariery… Przekonanie o swojej nieomylności.

Ale odczucia dziecka, są spontaniczne i szczere… zaskakują mnie dojrzałością i determinacją, bo przez człowieka naprawdę można przestać lubić sam trudny przedmiot… Przez to jacy jesteśmy, czego wymagamy, jak traktujemy dziecko, czy pozwalamy się mu rozwijać, smakować tę mądrość, odnosić sukcesy i zdobywać stopniowo wiedzę – czy też, już na starcie, wydajemy sąd o tym, kim jest i kim będzie za kilka lat… sąd wartościujący. Czy „rangujemy” klasę czy oceniamy bezpośrednio, punktując i tworząc  mrożący krew w żyłach – szkolny dystans….

Uważaj, co obiecujesz – bo pod słowami: „zajmę się tym”, czy „jestem tu po to, by wam pomóc” podpisujesz się ty sam… A przed tobą – na tych twarzach malują się niepewność i obawa, oraz wszystkie ludzkie nadzieje, marzenia, niepokoje i poczucie bezradności, tropionego i wystawionego na strzał – teraz jeszcze – słodkiego dzieciaka – zwierzaka!!!!

Mądry Polak…

Czasem Polak mądry…

Częściej – przemądrzały, taki jakiego uwagi bardziej bolą niż wspierają i pomagają drugiej osobie. Odbywa spory i waśnie, kłóci się o pochody i uroczystości – jaki powinny mieć kształt i wydźwięk. Na różnicę zdań i pomysły innych reaguje alergią, i daną osobę wpisuje zwykle na czarną listę.

Taki codzienny Polak jest, a jaki powinien być. Gdzie szukać w nim ciepła, wrażliwości i tolerancji, że o miłości drugiego – bliźniego już nawet nie wspomnę. Kto odmienił nas, zamkną w nas pokłady ciepła i ograniczył tę otwartość, spokój  życzliwość jakiej byliśmy kiedyś pełni, z jakiej byliśmy dumni? Węszymy zdradę i podstęp, spodziewamy się zwykle tego co trudne i najgorsze.

Piętnujemy w innych niedociągnięcia i błędy, cieszymy się z potknięć i upadków… rozpoczynając ten okrutny proceder już w szkole. Oceniać – sprawdzać, kontrolować i podsumowywać – robimy to z upodobaniem… Każdy z nas marudzi, poucza, czasem naśmiewa się i drwi z tego, co jest pomysłem innych. Nie dlatego, że potrafimy – my takim kompulsywnym przymusem po prostu żyjemy. Rozliczam – więc żyję!!! Oceniam – więc mam i zdobywam przewagę…

Oddalamy się od siebie, bo dystans jest namiastką przeżywanego poczucia bezpieczeństwa. Jeśli jestem z kimś daleko, nie odczuję porażki ani straty. Czuję się samotny – tym lepiej gdy tworzę dystans, barierę… nie można mnie dotknąć, zranić, wczuć się „we mnie” i moje potrzeby. Nie znam nikogo, i nikogo nie jestem już ciekawy…

Inaczej jest jeśli dotychczas mieliśmy pozytywne doznania z kontaktu, wspomnienia z dzieciństwa, długotrwałą przyjaźń… byliśmy wierni, zakochani, spędziliśmy jakiś czas w relacji, związku. Doznaliśmy dobra, serdeczności, nauczyliśmy się kochać – przeżywaliśmy radość…

Gorzej to przyjmujemy, jesteśmy zaskoczeni – i musimy zaprzeczyć temu doświadczeniu, tej logice…

Trudniej, gdy mieliśmy coś dobrego i pozytywnego, a utraciliśmy to… Czuliśmy się bogaci lub obdarowani…

Wracamy do tych chwil wspomnieniem, rozpamiętujemy… Mówimy wtedy – niby do siebie – tajemniczo zawieszając głos: „Mądry Polak po szkodzie”

Ciekawość i zachłanność

Zadajemy tyle pytań i tak bardzo na nich się koncentrujemy, że przestajemy słuchać odpowiedzi. Jesteśmy przeważnie urzeczeni samymi sobą, popadamy w ten samozachwyt i oddajemy się uwielbieniu, rozkoszy i podziwowi. Nigdy kimś, a zawsze – sobą.

Wydaje nam się, że większość zadań wykonujemy perfekcyjnie, nie chcemy się też przyznawać do błędów i potknięć. Biegniemy na oślep przekonani o zasadności naszych ruchów, nieomylności działań i słów…

Bagatelizujemy momenty w życiu, gdy poniżamy i ośmieszamy drugiego człowieka – ciężko jest nam przyznawać się do błędów. Ale łatwo je powtarzamy… Potem markujemy działanie, udajemy odwagę – choć pod nią ukrywamy tylko butność. Nie… każdy tak robi, jest małostkowy i bezduszny, ale nie ja…

Nasze pobudki określamy jako wielkie, ważne czy zasadne…

To mały człowiek w nas tkwi, rozpycha się… Panoszy… Oswajamy swój strach, spychamy lęki głęboko do środka, dumni – że trwamy, jesteśmy i żyjemy. Kradniemy cudzą energię tak często, jak i pomysły. Potem – najwyżej spuścimy nisko głowę, chwila wstydu, i dalej… w życie, w drogę…

 

Czytaj: przepraszam…

Czy wybaczysz mi, że nie zaczekałam na ciebie – kiedy o to prosiłeś, a potem – gdy milczałeś tylko patrząc….

Ja szukałam czegoś dla siebie – myślałam tylko o sobie. Ja – mój świat i moje życie, moje plany, pragnienia i marzenia, i czy pomieszczę je – czy zdążę je wszystkie zrealizować.

Nie bardzo interesowało mnie co o tym myślisz, spieszyłam się – myśląc, że życie na mnie nie poczeka, że ucieka mi i między palcami, przepływa jak woda.

A teraz patrzę na nas, na naszą młodość i nie widzę dziś już nic, nie pamiętam, nie rozumiem – pytam cię, gdzie to wszystko się schowało, dlaczego poszarzało i brak mu kształtu… skąd ta pospolita nuda. Kiedyś wszystko takie barwne, wyjątkowe i takie nasze…

Szukam, i tylko patrzę. Tyle rozumiem, co nic. Tyle czuję, że serce moje rozsypuje się w proch i pęka w piersi. Nie cofnę czasu, ani chwili nie dodam do tego co odeszło…

Boję się wzrokiem sięgać zbyt daleko. Mogę nie zrozumieć wcale – tak jak początku, tak też końca.

 

Dziekanowicka zaduma, 3.11.2018 r.

Zdążyć

Zanim ktoś odejdzie, przyjść i z nim porozmawiać

Nawet gdy nie rozpoznaje naszej twarzy, tak po prostu

Pobyć razem – od poranka do zmierzchu

Posłuchać szelestu ususzonego ostu

 

Rozpocząć wspólne marzenie, przegadać plany

Na białej kartce naszkicować to, co w duszy drzemie

Oddalić się na chwilę, by zatęsknić mocno

I znów przyjść, całować bardziej pustą ziemię

 

Odchodząc zostawiamy puste po sobie miejsce

Jak gniazdo, porzucone bo już go nam nie potrzeba

Unosimy się wysoko, gdzieś pomimo chmur i gwiazdy

Starając się bez przeszkód wejść do ciasnego nieba

 

Dzień Zaduszny, 2.11.2018 r.

Cud

Oczekując go, podtrzymujemy nadzieję…

Mocno wierzymy, że się okaże osiągalny, dostępny – wyczekany… że się stanie…

Na wszelki wypadek – wzmacniamy swą prośbę. Szukamy odpowiedniego świętego, orędownika, który wesprze i podtrzyma naszą prośbę, doda jeszcze mocy – lepiej zrozumie i przekaże tę potrzebę.

My sami nie rozumiemy tego – gdy się „nie dzieje”, nie wydarza. Jesteśmy niemile zaskoczeni. Zadajemy wtedy pytanie: dlaczego dla innych tak… czy Bóg jest komuś drugiemu przychylniejszy, łaskawszy… 

A może zwyczajnie, po ludzku sobie nie zasłużyłam na tę łaskę???

Cuda się dzieją, choć ich tak nie nazywamy, nie dostrzegamy często tego co istotne lub niepowtarzalne w życiu. Nie traktujemy jako dar… zdrowie, przyjaźń, rozwój, miłość osoby bliskiej… spokój czy wymarzona praca… uśmiech i radość dziecka. Pogoda – gdy jesteśmy w górach czy nad morzem. Powrót do sił po chorobie. Zrobione zakupy lub podany obiad – gdy leżymy w łóżku chorzy… gorąca herbata. Wszystko co z miłości, prosto z serca…

Dobro wraca ze zdwojoną mocą. Infekuje, w pozytywny sposób – kiełkuje jak listki rzeżuchy na wiosnę. Błyszczy jak kropla miodu na palcu. Dobro jest bezcenne, wspaniałe.

Bóg wysłuchuje modlitw i próśb jakie są zgodne z jego wolą. To chyba jest pierwszy warunek skuteczności. I konieczny. On ma pomysł na nas i na świat, na rzeczywistość jaka nas otacza. Choćbyśmy zagadali go, argumentami i jakąś racją pozostaje cierpliwie czekać. 

Druga rzecz, to przyjąć – co ma dla mnie. Nie to, czego ja bym pragnął, o co walczę czy martwię się – ale jego wola jest święta… Pewnie wie lepiej o co w tym wszystkim chodzi i jakie będą długofalowe skutki – jaka nauka wypłynie z jego dopustu. 

Jeśli nam się coś zdaje, to bądźmy pewni – że tylko nam się tak zdaje. Bo rzeczywistość, świat i gwiazdy nie krążą wokół nas… To nie o nas ta opowieść i ta walka, te zmagania. 

Jesteśmy tylko okruchem, prochem… jedną chwilką. Błyskiem ognika. Tylko przez moment zdajemy się być tu, i dalej odchodzimy. 

Szukając cudu, zdarzy się, że odkryjemy prawdziwych siebie, czasami zaskakujących – a czasem – mocno rozczarowujących.

  

Tolerancja – tylko słowo?

O tolerancji już tak wiele zostało powiedziane… Za oceną idzie tak mała świadomość i otwartość na drugiego człowieka. Niski poziom współodczuwania oraz taka rezerwa i chłód we wzajemnych stosunkach.


Przecież ta „inność” właśnie o nas stanowi. Ta ubogacająca odmienność…

Czytając w piątek 12.10. mocne komentarze pod artykułem opisującym wybór Nauczyciela Roku przez środowisko ZNP i „Głos Nauczycielski” – periodyk dość poczytny w tym gronie, poczułam się zażenowana… Zawstydzona atakiem pseudo-poprawnych osób. Pomruki niezadowolenia i komentarze pod tekstem… Groźne i skandalizujące komentarze, osób, które siliły się mocno na poprawność polityczną… 

A gdzieś w tym wszystkim zginął człowiek… 

Skoro komuś z odmienną orientacją odmawia się tego, że dobrze pracuje i jest uczciwym facetem, dobrym i pewnie lubianym człowiekiem, to co właściwie takiego się dzieje wokół tematu, i kogo rozjuszył tym – kim i jaki jest…

Gdzie odrobina życzliwości w narodzie… Nie musimy nikogo kochać za jego poglądy czy orientację, ale taka fala wyrzutów, umniejszeń czy paszkwili – komu służy. Komu???

Albo jakim jest świadectwem dla tego środowiska…

Tak prosto jest rzucić kamień, słowo, obelgę… Tak łatwo się innych krzywdzi i oskarża o to nawet, czego nie robią… Tak smutno zaś – patrzy się na owoce: bo są cierpkie i kwaśne. Ja naprawdę zaczynam czuć się i doświadczać tego zaścianka, tej małej naszej otwartości w sercach i umyśle, i trochę boję się tego, że już nie ma prywatności, że nie jesteśmy zdolni do tego, by lubić i szanować innych. I że to wszystko należy się tylko po jakiejś wstępnej umowie, pod warunkiem: jedynie za coś… a nie dlatego – że jesteśmy, że się urodziliśmy i żyjemy… 

Ku czemu zmierzamy???

Do jakich czasów i do jakich doświadczeń skłaniamy się, jakiej wojny stajemy się zakładnikami, żołnierzami i najemnikami???

Ja – spuszczam głowę, wstyd mi, po prostu… Po ludzku…  

Z tym ptakiem, jest właśnie tak… Jest sam… Bo samotny ten lot, jak te ludzkie relacje są pełne samotności…

Zdobywamy i tracimy

Przyjaźń.

Krucha, misterna konstrukcja, zmieniająca się z czasem. Oscylująca pomiędzy bliskością, złudzeniem a prawdą. Zyskująca z czasem na wartości. Sprawdzana, badana… Testowana nieustannie.

Rzadka… Egzotyczna. Niecodzienna…

Ludzka cecha, sprawdzian bliskości i znajomości drugiego człowieka, codzienna, tak rośnie jak jej dostarczamy pokarmu, duchowej strawy.

Rzeczywisty owoc zabiegów człowieka, płynąca prosto z serca i angażująca nas całych. Trudna, niełatwa… Wymagająca pielęgnacji… Niecodzienna… Ale warta wszystkiego. Nie do zastąpienia…

 

 

Kłamstwo i prochy

Nieumiejętność odróżniania dobra i zła. Wpadanie w pułapkę… Ciągłe powtarzanie błędów i wchodzenie wciąż w maliny i bagno. Wymówki: nie wiedziałam, nie rozumiem, trudno to odróżnić – dlatego się mylę, dlatego gmatwa mi się życie.

Inaczej traktujemy takie wpadki w dorosłości, przez inny pryzmat patrzymy na dziecko, na dorastającego człowieka. Wybaczamy… czekamy… zdobywamy się na cierpliwość.

Młodość rządzi się swoimi prawami. Dajemy jej pozwolenie na błędy, potknięcia, upadki. Na zadawanie większej ilości pytań, na kontestację, czas na bunt i na poszukiwanie siebie samego. Na kształtowanie świata i otoczenia.

Jednak zgadzamy się u młodych na pewien gwałt na prawdzie i na anarchię, w imię odkrywania „lepszego świata”. Nowej rzeczywistości, jej walorów oraz pokazywanie zalet nawet tam, gdzie ich zwyczajnie nie ma…

Świat i jego atrakcje ma to do siebie, że błyszczy – choć przedstawia wartość mizerną, część spotykanych przeze mnie osób mówi, że skarby są schowane tuz pod powierzchnią, że wystarczy rozgrzebać ziemię pod sobą i brać… Korzystać… Ale co gdy ja mam ochotę wchodzić głębiej i znikać pod powierzchnią, nadal szukać???

Czy młodość to kwestia tylko wieku, metryki czy też jeszcze innej naszej dyspozycji i modalności – serca, wrażliwości, otwartości i jakiegoś niegasnącego optymizmu.

Młody człowiek często wierzy że ten pozór i ułuda, to już wszystko. Że coś trzyma w dłoniach, że osiągnął. Lukrowane kłamstwa, pozory – wystarczają i zaspokajają pierwszy głód i pragnienie. Karmi się plewą i prochem… czasem dosłownie, proszkami i lekami… rasuje się używkami, kolejnymi pastylkami przyjmowanymi „prawie-na-wszystko”… Tak jakby można było czerpać jedynie z zewnątrz i jakby to właśnie było najbardziej wartościowe. Jakby takie dodatki budowały nas i życie, stanowiły o potencjale i naszych sukcesach.

W ten sposób, już jako młodzi ludzie, zaczynamy doświadczać samotności, braku zrozumienia, oddalamy się od innych, budujemy mur, przestajemy rozumieć siebie i innych. Nie chce nam się nic. Stygniemy, obrastamy w piórka, potem przychodzi nuda, powszedniość i działanie przy najmniejszym wysiłku.

Wszystko blednie… bo czym jest ułuda i kłamstwo. W młodości, dniem naszym – chlebem powszednim…

Lęk i obawa

Wydaje nam się trywialne i niegodne uwagi to, że jakiś inny człowiek przeżywa w sobie paniczny lęk z którym nie może dać sobie rady. Czasem o tym mówi, ale potem – żałuje bo ktoś śmieje się z niego, nie traktuje poważnie…

Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.

Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa – jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę: Proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić – wchodzi pod ławkę… Zdziwiona, stwierdziła: – On chyba ma więcej lęków niż ja… Obydwie uśmiechnęłyśmy się. Tak właśnie, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną… Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka… Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować – oswoić go z rzeczywistością…

Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: – To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło… Po raz pierwszy kogoś takiego mam. Ona martwi się o mnie…

Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze, może nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, ale sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym – że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą…

Pokazuje mu – jak sama kiedyś walczyła ze „swoimi lękami”. Mówi, że jest trudno – ale da się!!! Nie ma w sobie ironii i drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.

No ma dziecko zacięcie!!!

Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie, w braku… ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, uratować się wzajemnie – a kiedyś nawet – wypłynąć na głębię…