Kobiety bloggera

javascript:void(0);

Tak mi się napisało…

w końcówce tekstu, mnie zawiało… tak mi się napisało, że wyszła z tego

Zawiałow… z jej prozą w śpiewie, ledwo oddaną, wypowiedzianą i wyśpiewaną, świeżością i modą – w blond-urodą i uroczą – w wardze, dziurką po kolczyku…

wypowiedzianą

prawdą – dla kobietów, od kobiety…

O sile, wybieraniu i wyborach…

Aktywnie, samodzielnie i do końca. Bez asekuracji i pomocy innych… Bohaterowie życia. Królowie!

To daje poczucie mocy, wzmocnienie i przekonanie o własnych możliwościach. Na co dzień czujemy się pod silną presją ze strony otoczenia, ulegamy wpływom – słuchamy rad innych i wszystkich wypadkowych komentarzy znanych osób, z których zdaniem się liczymy… 

Przekonani, że generalnie nie ja, ale „jacyś inni” pewnie mają rację…

Takie zagubienie pogłębia się w nas. Coraz częściej mamy przeświadczenie o tym, że nie mamy wpływu na swoje życie, o braku autonomii w podejmowaniu decyzji, o sieci zależności… chcemy uwzględnić w naszych wyborach i decyzjach wszystko… czasem nawet okoliczności przyrody. Po jakimś czasie okazuje się – że nie tylko mamy związane ręce… ale że po prostu cierpimy. Psychicznie i fizycznie…    

Owszem, zależymy jedni od drugich, łączą nas więzy pokrewieństwa, relacje przyjacielskie, różne stopnie zażyłości… zależymy od siebie, wpływamy na siebie, modelujemy swoje życie – zmieniamy się intensywnie… czasem nawet dostosowujemy się do sytuacji…

Często – cierpimy.

Patrząc w lustro przestajemy się rozpoznawać, bo to, co charakterystyczne i wyjątkowe – znika, zanika… bo przynosiło tylko gorycz cierpienia. Ale i ten stan zewnętrznej, pozornej spójności, wzajemnego przenikania się – staje się trudny i nienaturalny.

Z czasem – zapominamy jacy byliśmy… Jakie mieliśmy cechy indywidualne, na czym polegała nasza wyjątkowość. Dlaczego ktoś wybrał (i wybierał) właśnie mnie… 

Zbiorowość, tłum i masa… dokładnie: szarość, bylejakość i powszechność. Jak kiedyś „uniformizacja” czy klasyczne już – „opakowanie zastępcze”, na stałe wpisane zostały w naszą egzystencję. Potrafią umniejszyć, do końca zabić i zatracić człowieka – jednostkę. Uśmiercić jego – nieśmiertelną przecież – duszę…

Czekamy…

Patrząc na świat, zatrzymuję się – i myślę – jak to wszystko pędzi

dokąd zmierza, w jakim kierunku… co z tego wyniknie

mijamy się jak pospieszne pociągi, nie patrzymy w swoją stronę

czekamy jak kolejny za zakrętem zniknie…

Oddaleni od siebie, stojący na chłodzie – bo samotni coraz bardziej

stopy grzejemy, lecz nie sobie nawzajem, nie…

chcemy przeżyć, przetrwać – tylko tyle i aż tyle, w miłości a nie pogardzie

dojmującej, chłodnej, lepkiej i miękkiej – zapadamy się.

Głodni, mocno zagłodzeni tym czekaniem na jakąkolwiek zmianę

zmęczeni tym podnoszeniem się z upadku,

tym wstawaniem, dźwiganiem się nad każdym ranem

co ofiarujemy następnym pokoleniom w spadku?

Trudno przetrwać, trudno w taki sposób trwać…

Nie każdemu dzień, nie każdemu chleb, czy takie oto życie

Sen to też jakieś umieranie – osuwanie się w niemoc, przepaść

Dobrowolne odchodzenie, na przekór – pogrążanie się w niebycie.

 

 

Kraków – zima, 13.12.2018 r.

Nie mów tak, gdy myślisz „nie”

O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie… Ale przecież asertywność – prócz tego, że to nie zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa – daje nam wolność oraz pokazuje na zgodność naszych myśli i następujących po nich czynów. Asertywność to postawa zgodności. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania a nie osoby oraz to co zrobię sam – jaki czyn podejmę i jak zakomunikuję o swojej decyzji….

 W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i zgodność, dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny spokój – nie mamy wątpliwości. Generalnie – ich nie mamy lub nie dopuszczamy do takiego odczucia… W obu stronach wymiany, sobie i adwersarzu – nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany. 

Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej – przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty… do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas – powoduje ów dyskomfort. 

 Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal – pozostajemy we współzależności… I tyle, aż tyle… Więc jak tu mówić – nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi… nie lubię… mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam – aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej „zgody powszedniej” – nawet milczącego „tak”.

 Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością – tym moim „dość tego!”. Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to by mieć przewagę… ale zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie…

 Jestem mały, jestem słaby… Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna… ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć… Nie, nie będę więcej jej jadła…

 Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna – już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem! 

Głęboko, i coraz głębiej

Chciałabym żyć, kochać i czuć do spodu – każdą chwilę

Jakby nie była ona tylko życiem, ale przeżywaniem – się spalaniem,

Tak jakby było ich tylko i aż – tyle

By ze swoją mocą, nie dały opowiedzieć się jednym zdaniem.

 

Mało mi tego wszystkiego, tych lat po części przespanych

Momentów zatrzymania, straty – tych nienazwanych

Bez głębi, bez charakteru – zgaszonych, bez koloru i mocy

Jakbym kalkulowała co będzie dziś, a co dopiero po północy

 

Nie chcę by pomieściły się w kilku tylko zeszytach życiorysu

By dały się krótko streścić  w formie czarnych znaczków ich zapisu,

O tym marzę, by na kanwie każdej historii – ktoś mógł nakręcić film,

Aby człowiek, nie musiał „opowiadać życia”, tylko nim najprawdziwiej żył…

 

Poronin, 2.09.2018 r.

Boję się

Wydaje nam się, że wszystkie zadawane przez nas pytania są proste i nie sprawią żadnej trudności – szczególnie małemu człowiekowi, uczniowi…

Dziś od takich prostych i przyjemnych pytań skierowanych do dzieci zaczęłam z nimi trudne spotkanie, było ciekawie i zabawnie. Ale nastrój prysł gdy przeszliśmy do tego, co było istotą spotkania – czego się boją i lękają w szkole, na zajęciach, kogo… co ich przeraża.

Jak łatwo obiecać dziecku: Zajmę się tym, pomogę… i wzbudzić jego zaufanie, wyrazić troskę i obiecać pomoc… Dzieci często same dają odpowiedź i receptę na spotykające ich trudności, nieszczęścia, bolączki…

Inne, wychodząc z lekcji wyrażają zwątpienie i brak nadziei: „I tak się nic nie da zrobić, nic się nie zmieni”… I to jest chyba dla mnie najgorsze a dla nas wszystkich – smutne, bo nawet ja, czuję nałożone na mnie ograniczenia…

To oni są tu niesamowicie skupieni, zagubieni – szczerzy i prawdziwi, oni – którzy mają po 10 lat!!!

Ale co potem? Jak wyjść z twarzą, ale też podjąć się przynajmniej części tych obietnic, realizując je… Przecież nie zwolnię (ja, czy też dyrektor) tego nauczyciela na jakiego się skarżą, rozmawiałam z nim też wielokrotnie – ale jest to rodzaj muru, bariery… Przekonanie o swojej nieomylności.

Ale odczucia dziecka, są spontaniczne i szczere… zaskakują mnie dojrzałością i determinacją, bo przez człowieka naprawdę można przestać lubić sam trudny przedmiot… Przez to jacy jesteśmy, czego wymagamy, jak traktujemy dziecko, czy pozwalamy się mu rozwijać, smakować tę mądrość, odnosić sukcesy i zdobywać stopniowo wiedzę – czy też, już na starcie, wydajemy sąd o tym, kim jest i kim będzie za kilka lat… sąd wartościujący. Czy „rangujemy” klasę czy oceniamy bezpośrednio, punktując i tworząc  mrożący krew w żyłach – szkolny dystans….

Uważaj, co obiecujesz – bo pod słowami: „zajmę się tym”, czy „jestem tu po to, by wam pomóc” podpisujesz się ty sam… A przed tobą – na tych twarzach malują się niepewność i obawa, oraz wszystkie ludzkie nadzieje, marzenia, niepokoje i poczucie bezradności, tropionego i wystawionego na strzał – teraz jeszcze – słodkiego dzieciaka – zwierzaka!!!!

Czytaj: przepraszam…

Czy wybaczysz mi, że nie zaczekałam na ciebie – kiedy o to prosiłeś, a potem – gdy milczałeś tylko patrząc….

Ja szukałam czegoś dla siebie – myślałam tylko o sobie. Ja – mój świat i moje życie, moje plany, pragnienia i marzenia, i czy pomieszczę je – czy zdążę je wszystkie zrealizować.

Nie bardzo interesowało mnie co o tym myślisz, spieszyłam się – myśląc, że życie na mnie nie poczeka, że ucieka mi i między palcami, przepływa jak woda.

A teraz patrzę na nas, na naszą młodość i nie widzę dziś już nic, nie pamiętam, nie rozumiem – pytam cię, gdzie to wszystko się schowało, dlaczego poszarzało i brak mu kształtu… skąd ta pospolita nuda. Kiedyś wszystko takie barwne, wyjątkowe i takie nasze…

Szukam, i tylko patrzę. Tyle rozumiem, co nic. Tyle czuję, że serce moje rozsypuje się w proch i pęka w piersi. Nie cofnę czasu, ani chwili nie dodam do tego co odeszło…

Boję się wzrokiem sięgać zbyt daleko. Mogę nie zrozumieć wcale – tak jak początku, tak też końca.

 

Dziekanowicka zaduma, 3.11.2018 r.

Zdążyć

Zanim ktoś odejdzie, przyjść i z nim porozmawiać

Nawet gdy nie rozpoznaje naszej twarzy, tak po prostu

Pobyć razem – od poranka do zmierzchu

Posłuchać szelestu ususzonego ostu

 

Rozpocząć wspólne marzenie, przegadać plany

Na białej kartce naszkicować to, co w duszy drzemie

Oddalić się na chwilę, by zatęsknić mocno

I znów przyjść, całować bardziej pustą ziemię

 

Odchodząc zostawiamy puste po sobie miejsce

Jak gniazdo, porzucone bo już go nam nie potrzeba

Unosimy się wysoko, gdzieś pomimo chmur i gwiazdy

Starając się bez przeszkód wejść do ciasnego nieba

 

Dzień Zaduszny, 2.11.2018 r.

Cud

Oczekując go, podtrzymujemy nadzieję…

Mocno wierzymy, że się okaże osiągalny, dostępny – wyczekany… że się stanie…

Na wszelki wypadek – wzmacniamy swą prośbę. Szukamy odpowiedniego świętego, orędownika, który wesprze i podtrzyma naszą prośbę, doda jeszcze mocy – lepiej zrozumie i przekaże tę potrzebę.

My sami nie rozumiemy tego – gdy się „nie dzieje”, nie wydarza. Jesteśmy niemile zaskoczeni. Zadajemy wtedy pytanie: dlaczego dla innych tak… czy Bóg jest komuś drugiemu przychylniejszy, łaskawszy… 

A może zwyczajnie, po ludzku sobie nie zasłużyłam na tę łaskę???

Cuda się dzieją, choć ich tak nie nazywamy, nie dostrzegamy często tego co istotne lub niepowtarzalne w życiu. Nie traktujemy jako dar… zdrowie, przyjaźń, rozwój, miłość osoby bliskiej… spokój czy wymarzona praca… uśmiech i radość dziecka. Pogoda – gdy jesteśmy w górach czy nad morzem. Powrót do sił po chorobie. Zrobione zakupy lub podany obiad – gdy leżymy w łóżku chorzy… gorąca herbata. Wszystko co z miłości, prosto z serca…

Dobro wraca ze zdwojoną mocą. Infekuje, w pozytywny sposób – kiełkuje jak listki rzeżuchy na wiosnę. Błyszczy jak kropla miodu na palcu. Dobro jest bezcenne, wspaniałe.

Bóg wysłuchuje modlitw i próśb jakie są zgodne z jego wolą. To chyba jest pierwszy warunek skuteczności. I konieczny. On ma pomysł na nas i na świat, na rzeczywistość jaka nas otacza. Choćbyśmy zagadali go, argumentami i jakąś racją pozostaje cierpliwie czekać. 

Druga rzecz, to przyjąć – co ma dla mnie. Nie to, czego ja bym pragnął, o co walczę czy martwię się – ale jego wola jest święta… Pewnie wie lepiej o co w tym wszystkim chodzi i jakie będą długofalowe skutki – jaka nauka wypłynie z jego dopustu. 

Jeśli nam się coś zdaje, to bądźmy pewni – że tylko nam się tak zdaje. Bo rzeczywistość, świat i gwiazdy nie krążą wokół nas… To nie o nas ta opowieść i ta walka, te zmagania. 

Jesteśmy tylko okruchem, prochem… jedną chwilką. Błyskiem ognika. Tylko przez moment zdajemy się być tu, i dalej odchodzimy. 

Szukając cudu, zdarzy się, że odkryjemy prawdziwych siebie, czasami zaskakujących – a czasem – mocno rozczarowujących.

  

Tolerancja – tylko słowo?

O tolerancji już tak wiele zostało powiedziane… Za oceną idzie tak mała świadomość i otwartość na drugiego człowieka. Niski poziom współodczuwania oraz taka rezerwa i chłód we wzajemnych stosunkach.


Przecież ta „inność” właśnie o nas stanowi. Ta ubogacająca odmienność…

Czytając w piątek 12.10. mocne komentarze pod artykułem opisującym wybór Nauczyciela Roku przez środowisko ZNP i „Głos Nauczycielski” – periodyk dość poczytny w tym gronie, poczułam się zażenowana… Zawstydzona atakiem pseudo-poprawnych osób. Pomruki niezadowolenia i komentarze pod tekstem… Groźne i skandalizujące komentarze, osób, które siliły się mocno na poprawność polityczną… 

A gdzieś w tym wszystkim zginął człowiek… 

Skoro komuś z odmienną orientacją odmawia się tego, że dobrze pracuje i jest uczciwym facetem, dobrym i pewnie lubianym człowiekiem, to co właściwie takiego się dzieje wokół tematu, i kogo rozjuszył tym – kim i jaki jest…

Gdzie odrobina życzliwości w narodzie… Nie musimy nikogo kochać za jego poglądy czy orientację, ale taka fala wyrzutów, umniejszeń czy paszkwili – komu służy. Komu???

Albo jakim jest świadectwem dla tego środowiska…

Tak prosto jest rzucić kamień, słowo, obelgę… Tak łatwo się innych krzywdzi i oskarża o to nawet, czego nie robią… Tak smutno zaś – patrzy się na owoce: bo są cierpkie i kwaśne. Ja naprawdę zaczynam czuć się i doświadczać tego zaścianka, tej małej naszej otwartości w sercach i umyśle, i trochę boję się tego, że już nie ma prywatności, że nie jesteśmy zdolni do tego, by lubić i szanować innych. I że to wszystko należy się tylko po jakiejś wstępnej umowie, pod warunkiem: jedynie za coś… a nie dlatego – że jesteśmy, że się urodziliśmy i żyjemy… 

Ku czemu zmierzamy???

Do jakich czasów i do jakich doświadczeń skłaniamy się, jakiej wojny stajemy się zakładnikami, żołnierzami i najemnikami???

Ja – spuszczam głowę, wstyd mi, po prostu… Po ludzku…  

Z tym ptakiem, jest właśnie tak… Jest sam… Bo samotny ten lot, jak te ludzkie relacje są pełne samotności…