Dlaczego mówimy „hejt”, mówmy – „nienawidzę cię!”

Nauczyliśmy się pożyczać od innych narodów, nacji i języków słowa, które oddają w jakiś niepełny sposób treść, nasze myśli i nastawienia… Ślepo korzystamy z tego ukrywając za obcobrzmiącym słowem rodzaj treści, nastawienie do drugiego człowieka – formę przekazu, cały ładunek emocjonalny i rodzaj odległości społecznej od drugiego człowieka…

Czego się boimy, a może raczej – czego wstydzimy się??? Skąd pomysł, że zabrzmi to lepiej, inaczej, lżej… że ktoś nie zauważy… nie będzie wiedział co tak naprawdę myślimy. Ot, taka fantazja, takie przekonanie…

Szanując drugiego człowieka, będąc z nim blisko, znając go osobiście, a nie tylko z plotek, tabloidów, opowiadań – nigdy nie popełnilibyśmy pewnie takiego błędu… Może zrobilibyśmy głupotę, ale pozostałby żal czy niesmak… używając eufemizmów i słów typu „hejt” zapominamy, że to także mowa nienawiści, czysta nienawiść pełna jadu, zazdrości lub próba poniżenia, wszystko zaś służy zbudowaniu emocjonalnej przewagi nad drugim człowiekiem.

Moje prawie już dorosłe ale mądre córki wiedzą i rozumieją, że słowo to obosieczny miecz, że rani bardziej niż uderzenie, szturchnięcie, kopniak… Słowo może okaleczyć, bo uderza bardziej w godność i czyni nas bezbronnymi – wszak nie stoi zwykle przed nami ich autor. Zasłania się klawiaturą komputera, ekranem telefonu czy smartfonu.

Moje córki same mówią, że złe słowa – zła mowa boli. Zostaje w pamięci, rodzi inne skutki długotrwałe. Często też rozmawiamy o tym że wypowiadając przekleństwo i złe słowo – ranimy wiele osób, a nawet pokoleń… Otwieramy się na zło, dajemy mu miejsce w naszym życiu… Wpuszczamy je w swoje życie. Sami – własną decyzją….

Młodzi aktorzy to jeszcze nie gwiazdorzy… jak STARS łapie dusze do TVN – owych produkcji

Dzieciakom się marzy popularność: bardziej pieniądze na wakacje niż sława, słabe role i słabe teksty, ale to dziś się dobrze sprzedaje. Niezbyt głęboko,  bez analizowania – kiedy indziej znów – śmieszna i przesadna na siłę wciskana widzowi quazi-psychologia i głęboka przemiana bohatera…

Przekazują sobie namiary jeden przez drugiego nie bardzo świadomi szkody, jaką czynią sobie – umysłom, wrażliwości i sercu… To nie jest gra, nie jest to profesjonalizm – to dziur zapychacze – polskie telenowele obyczajowe, tematy bardziej z kosmosu niż życia, sieczka i mieszanka wybuchowa.

Charakterologiczne rysy młodych osób wypaczone i wykrzywione pomysłem scenarzysty, kompletny brak odpowiedzialności za pomysł i schemat, za czynione na kolanie założenia co do motywacji, sposobu życia, wrażliwości – a właściwie jej braku.

Najpierw poszukiwali głów do „Rozmów w t(ł)oku”, bardzo określonego zawsze, marginalnego targetu – tematy niezwykle kontrowersyjne… Teraz aktywność TVN i powoli też POLSAT TV – zogniskowała się na tzw. „życiu ulicy”, „życiu szkoły czy osiedla”, opowieści o „marginesie”, i – zwykle – dla jakiegoś marginesu…

Gdy przychodzi do mnie kolejne dziecko z prośbą o opinię, podpis, pieczątkę i zgodę – napisanie mu/jej o braku przeciwwskazań do wykonywania takiego zajęcia – statysty, bo nie aktora,  ja – nie kiwam – ze zrozumieniem głową. Odnoszę się do tego i mówię, co myślę o takim zajęciu, jakie jest zagrożenie – którego na tym etapie – duszyczka i rodzice, nie dostrzegają…

Dziś to jest jakaś kalkulacja. Liczy się tylko możliwość zarobienia pieniędzy na wakacje i … zaczepienia się w branży, na dłużej – niestety…

 

Złe komentarze się maże…

Zapadły mi głęboko słowa o. Szustaka z jego nowego vloga – te , które sprowokowała wcześniejsza wrzawa Internetowa, odzew. I -pewnie nie jedna, ale jak zawsze, cechująca się niemiłosierną sieczką i szlamem, upustem  powszechnej krytyki, wyrażanej antypatii i pełnej nienawistnej wichrzycielskiej krwi, piany bitej i naczyń rozbijanych na głowach autorów: twórców filmików, tekstów i muzyki, ludzi o duszach mniej i bardziej artystycznych, autorów oryginalnych i naprawdę – różnych – programów,  zamieszczanych powszechnie w social-mediach, w przestrzeni i piszących w ogóle – blogerów… Kapitalny zwrot i komentarz do tych „nienawistnych spojrzeń i publikowanych „zdań własnych”: a mianowicie „kogo to obchodzi??? czy ktoś cię pyta o zdanie i prosi o twoje wrażenia (za wyjątkiem tych, co proszą i zapraszają do polubień???). Masz prawo je mieć ale nie ma musu – wyrażać…
Zwłaszcza w formie – ubliżanie, hejt, czyli nienawidzenie osoby autora. Poniżanie go…

Cudna wypowiedź, prawdziwe słowo. I na końcu – zaproszenie do „pokojowej” wojny pełnej miłości i uśmiechu – z tym co w nas małe, pokurczone i pełne zazdrości…
A jednak to, co mocno rezonuje, odwala w głowie… Sprawia, że oddalamy się od człowieka i jego świeżej i kruchej – idei, od naszego brata, od kolegi, od miłości. I wtedy, właśnie wtedy – znów w krzywym zwierciadle patrzymy na siebie, na dzieło doskonałe i bez skazy – pozornie. I podziwiamy narcystycznie – siebie!

Na piedestale, na pomniku znów – my!!!

Odpowiedzialność za siebie i innych

Marzy mi się… bo ja często mam jednak marzenia, aby człowiek który dostaje grupę ludzi, młodych ludzi pod opiekę, na wychowanie, na ukształtowanie… poczuł się za tę gromadę odpowiedzialny. Poczuł wyjątkowość tej sytuacji…

To, że ktoś mu ufa, powierza swoje dziecko, daje mu kredyt zaufania i że wierzy, że jest najlepszą osobą dla realizacji tego,  na czym zależy matce i ojcu… Że będzie mógł przekazać swoje słowa, być wysłuchanym, że to wszystko trafi na dobry, wrażliwy grunt człowieka zainteresowanego losem i sprawami drugiego człowieka…

W tej sytuacji naprawdę traktuję to jak wypełnienie misji, misji i zadania wyjątkowego. Podjecie się trudu i określenie ryzyka, bez chorych obaw „nie dam rady” czy „nie podołam”, lub zapewnień „zrobię to jakkolwiek, czyli byle jak…” a nie – dobrego: „wpiszę się w ich historię tak, jak najlepiej potrafię i umiem”.

Tego typu przekonania i taka wiara mnie dopada, nie niszczy – a buduje, sama nie mogłabym darować sobie tego, że robię coś pozornie, na pół-gwizdka, byle jak… jakkolwiek właśnie.

Nie chodzi mi tu o perfekcjonizm – ale o zwykłą przyzwoitość i poczucie sprawiedliwości i dobro, które jest miarą naszych uczynków. I które w naturalny sposób towarzyszy naszym wyborom. Jest immanentnie w nie – wpisane…

Tego, szczerze, moim kolegom i koleżankom w zawodzie oraz w szkołach – życzę! Jak i sobie samej! Mniej obaw a więcej wiary…

Czy naprawdę nie dzieje się nic?

Próbujemy współcześnie jak najwięcej rzeczy wiedzieć, dowiedzieć się „o”, zebrać tyle błyskotliwych ciekawostek – informacji aby pochwalić się – że wiemy, rozumiemy, znamy. Młodzież tę opcję opanowała już z całą mocą. Nie da się obracać w towarzystwie, gdy nie pochwalimy się jakąś „dostępnością” lub „popularnością”. Czasem też potrzeba więcej, być w czymś „ekspertem” – inaczej nie słucha nas nikt, nie jesteśmy popularni.

Młodzi ludzie to wiedzą, znają smak odrzucenia, izolowania…

Zepchnięcie na margines boli, boli niewiarygodnie. Stąd – wiara w moc informacji, szybkości jej przygotowania bez szczególnej dbałości o jakość, głębokość wiedzy. Przeżywają napięcie, strach przed zdemaskowaniem…


Maski. Maski zdejm, maski włóż…. Ale nic to…

I znów liczy się pierwsze wrażenie, pierwszych 10 słów, prezentacja i towarzysząca jej prezencja – wygląd dokładnie obliczony na efekt, na daną chwilę. 

To nic, że „słoma z butów”, że ktoś chwilę tylko zagrzeje miejsce w pracy – odpowiedzialnej i trudnej przecież. Nawet to, że przyprawiliśmy komuś rogi, że nie może komuś spojrzeć w oczy… Że nawet mocno komuś wstyd za poleconą osobę, że to, co myślał i wiedział, o czym był przekonany – okazało się posklejanym naprędce blefem, historią przypadków. Stało się to wyznacznikiem rzeczywistości – tanio, szybko, plastikowo… 

Kiepsko, znów jakieś pozoranctwo nie przyniosło ani chwały, ani efektu, a po dłuższym przebywaniu czy rozmowie okazało się, że urok i sztuczna, napuszona otoczka pękły, zgasły przy bliższym poznaniu – jak blask kiepskiej i mocno dymiącej świecy.


Stare prawdy odchodzą, chowają się wstydliwie za zasłonami naszych przyzwyczajeń… 

I okazuje się, że nic tak dobrze nie działa współcześnie, jak mała porcja (minimalizm, prostota), świetnie zaprezentowana – podana na talerzu… jej wygląd, jej rys. 

Oryginalność… Oryginalność???


W ten sposób prostactwo zaczęliśmy brać za minimalną doskonałość…      

Bez lukru i … pomady

P1070658

Tylko niektóre z naszych działań nie budzą wątpliwości. Często ich prawdziwe intencje, motywy „dobrych rad” czy udzielanej drugiej osobie pomocy są zgoła odmienne niż deklarowane…

Czy nie ma w nich – tych najprostszych „odruchach serca” – więcej z potrzeby zaistnienia, bycia, zaznaczenia „taki właśnie jestem”, „oto ja”, a także odczucia nieposkromionej satysfakcji. Czy rośniemy w samozachwycie i samozadowoleniu, urastamy w sobie. Miłość własna nie ma końca. Nie zna końca, bo nie potrafimy też wskazać jej początku. 

Czy nie o to chodzi, że chcemy czasem poczuć się mocni, potrzebni, znaczący, istotni dla siebie bardziej, niż innych…

Skąd w nas tyle dobra, nagle jest go tak „zaskakująco” wiele… 

Prócz prawdziwych przesłanek i szczerości jakie deklarujemy podczas realizacji naszych aktywności każdy nosi w sobie i inne ziarenko… Cechę prawdziwie ludzką i  immanentną, chęć budzenia podziwu, respektu, szacunku dla siebie… budowania i tworzenia legendy o sobie. To nie żaden mistycyzm, a pycha…

Pchamy się na plakaty, na sztandary, czasem cierpiąc – nawet na ołtarze. Smagani wichrem historii, tarapaty mając za nic, popadając w niełaskę, doświadczając odrzucenia i obojętności ludzi. Spuszczamy głowę, ale patrzymy czujnie czy w oczach innych czai się już podziw i miłość… 

Człowiek jest przedziwną istotą o pokręconych czasem intencjach. Te najgłębiej skrywane, są zwykle prawdziwe. Co o tym świadczy? Często prawdziwa cisza wokół dobra, wokół człowieka o czystym sercu… i brak rozgłosu nadany jego posunięciom są najlepszym tego dowodem.

Kiedyś Szymon Hołownia próbował silnie nagłośnić program „Prawdziwi bohaterowie”, w którym generalnie chodziło o to, by nagradzać ludzi i nagłaśniać w mediach ich czyny. Upowszechniać, upubliczniać, gorąco chwalić… Ale czy faktycznie ci, i tylko ci, których kandydatury udało się tam zobaczyć zasłużyli na to miano. Czy tacy zwykli, codzienni bohaterowie nie chodzą między nami, czy nie stoją obok w kolejce czy autobusie… 

Bez lukru, z krwi i kości, prawdziwi ludzie… Są między nami i pozostaną chyba w tym życiowym cieniu, cichutko i konsekwentnie, robiąc swoje.    

Pożegnanie

Pożegnanie nigdy nie bywa ostatnie. Po ostatnim, przychodzi czas na kolejne… potem już nie możemy się doliczyć ile ich było. 

Żegnamy naszą pierwszą miłość, żegnamy się z marzeniami… odchodzi w niepamięć nasz „pierwszy raz”, nasze miejsce urodzenia – a potem pracy i związane z nimi osoby. Nawet przyjaciół żegnamy, bo bywa, że porzucają nas czy zdradzają w trudnych sytuacjach.


Droga przez życie w efekcie zawsze jest dla nas nowa i samotna, nawet gdy ktoś dopinguje i towarzyszy w niewielkiej odległości. W oddaleniu kibicuje lub tylko patrzy z boku.

Trzy dni temu żegnałam ojca. Odszedł, ale moje pogodzenie się z tą spokojną śmiercią nastąpiło już wiele lat temu, świadomość i akceptacja tego faktu już dawno była moim udziałem. Pamiętam do dziś ten moment, tę chwilę, tę podróż – w której byłam. Tam moja zgoda i zrozumienie powoli dopełniało całości. Nie w ostatnim tygodniu. Wiele też innych śmierci wraca tak do mnie, mniej zawinionych, bardziej niespodziewanych… zaskakujących i zmieniających wiele.


Ludzie wpływają jedni na drugich, pamiętam moment śmierci teścia, tuż przed świętami Wielkiejnocy, i ten czas gdy po latach – a kilka tygodni wcześniej trafiła w moje ręce książka o afirmowaniu życia, o zgodzie na to co jest i jak jest, o akceptacji człowieka z jego wadami, słabościami i nałogami… bardzo mi pomogła, choć nie zdążyłam porozmawiać z ojcem mojego męża o tym. W moim ojcu zobaczyłam jakiś czas temu, bo chciałam w nim taką perspektywę zobaczyć – twarz i miłość Boga, oddanie, siłę i ochronę, determinację – moc, to co było kiedyś już, odeszło i było przeszłością, ale co z tego… chciałam go takim pamiętać i oglądać. By kochało mi się go łatwiej. Będę takiego go pamiętać…

 

Drzewo i człowiek

Drzewa mają wielkie znaczenie w życiu człowieka, mówimy, że chcielibyśmy mieć dom z buczyny, że sadzimy drzewo upamiętniając ważne wydarzenia, że ciosamy kołki komuś na głowie. Na drzewie lub pod nim ukrywaliśmy w dzieciństwie sekrety. Najczęściej w ich koronach mieszkają ptaki, chronią się wiewiórki… drzewa dają cień, niosą ukojenie. 

Drzewa też – ich połacie dają nam upragniony tlen, gdy rosną – po prostu są „za darmo”, są darem Boga dla nas… I różnorodnością. Wciąż przecież tworzymy nowe odmiany i szczepy – bawiąc się czasem w bogów. 

„Korona drzewa” – mówimy, a więc pień wieńczy coś pięknego, jedynego w swoim rodzaju, ile drzew – tyle oryginalnych pomników, pamiątek wydarzeń, śladów historii i przyrody…

Mówimy – kochać kogoś do grobowej deski, i z tych desek – najczęściej – ktoś zrobi dla nas trumnę… Pod drzewem prosimy kogoś o rękę lub przyjmujemy oświadczyny… przytulamy się, całujemy, nawet rodzimy się i umieramy – też w ciszy drzew, przy ich niemym udziale…


Uwielbiam dwa testy psychologiczne, typowo projekcyjne – jakie można wykorzystać w pracy i z dorosłymi i z dziećmi. Zwłaszcza ze każdy z nas w ukryciu, dla samego siebie coś tam zawsze rysuje, szkicuje, bazgrze ołówkiem… I choć, niestety, jest wielu przeciwników testów projekcyjnych, to stanowią one naprawdę dobre źródło informacji oraz często, punkt wyjścia do pracy z człowiekiem, do rozmowy… do zadumy, skoncentrowania się na kilku problemach – wyboru ich do dalszej pracy psychologicznej…

Test człowieka jest trudny, zajmujący ale wielopłaszczyznowy.


Test drzewa jest wyjątkowy – twórczy, nieposkromiony, szalony, czasem zaskakująco ciekawy. Trudny w interpretacji – to fakt, jednak sam czas wykonania testu, praca danej osoby włożona w kontakt z papierem i ołówkiem – li tylko, stanowi całą głębię i bogactwo informacji o jej okoliczności ale też – o całym życiowym kontekście. Analizujemy całość tego zdarzenia, badania… Rysowanie, aktywność, oddanie pracy. Kiedy indziej – opór i drobne zaniechania, wymazywanie treści, poprawki – ten cały wkład, a dają one zwykle mocno zaskakujący efekt…


Test projekcyjny czasem nam coś mówi, kiedy indziej – milczy o czymś… 

Drzewo zawsze milczy, ale wyraża. 

Pozostaje milczeć, czekać, słuchać – rozchylić gałęzie, próbując znaleźć ukryte pomiędzy nimi – drobne owoce. 

Narkotyki kradną wolność

Nie do końca wiem, czy młody człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest już sam wobec wyborów. Gdy zaczyna wypuszczać się poza granice domu, miejsca bezpiecznego i przyjaznego, przebywać z innymi na domówce, prywatce czy dyskotece i wystawiać się na zachętę i pokusy ze strony otoczenia…

Narkotyki i dopalacze rujnują nasz kręgosłup, każą sprawdzać przekonania i prawdy jakie niesiemy z sobą… weryfikują niezależność sądów i wyborów.

Najczęściej nie ma wtedy przy nas nikogo, nikogo życzliwego…

Diler, nawet jeśli nam coś ofiarowuje, nie robi tego z przyjaźni i troski. Nie zbliża się do nas emocjonalnie, Nie jest odpowiedzią na braki, deficyty. Nie ratuje z opresji, lecz osacza powoli…

Zabiera coś, a nie daje…

Co zabierają nam narkotyki i dopalacze??? Pozbawiają autonomii, wolności, jedynego naszego bogactwa. Naszego prawa do samostanowienia i niezależności, do szczęścia. Wpadamy w pułapkę – bo samotność, bo nikt nas tak dobrze nie zna i nie rozumie… bo ktoś nas skreślił, odrzucił czy zostawił.

Bo przestaliśmy samych siebie lubić i cenić, wierzyć w odmianę trudnej sytuacji…

Tak ważne jest by nie być samemu w czasie, gdy kryzys goni kryzys, gdy samotność zbiera żniwo.

Samotność jest trudna. Brak nadziei – jest straszny… A najbardziej jego wyolbrzymianie, to, jak rośnie w nas z każdą chwilą… Przytłacza nas, przygniata, umniejsza…

Przepełnia nas ta sama gorycz samotności i porażki.

Czujemy się zagubieni – tak to prawda… Ale nie pozostawajmy wtedy sami, bo stajemy się mniej czujni na zagrożenie. Przyjaciele nie są tak daleko, możemy ich wezwać, zaprosić, poprosić o pomoc.

Gdy ktoś obiecuje fałsz i nieprawdę, nie brnijmy w fikcję. Wolności nie ma na zewnątrz, ona mieszka w nas, nie oddalajmy się od niej, nie sprzedawajmy jej za substytuty.

Narkotyki wiążą nam ręce, umysł, serce…

Nie ma dziś nic za darmo… prócz prawdziwej miłości i prawdziwej przyjaźni.

Dowiadujemy się tej zaskakującej, ale wiecznej prawdy, gdy komuś prawdziwie zależy na nas!

Dawanie i branie… w zawodzie psychologa

Osoby z którymi się spotykam, na zajęciach i na warsztatach, czasem też w osobistym kontakcie zadają mi pytanie, czy psycholog też „coś z tego ma”, że spotyka się z ludźmi, rozważa i rozsądza, że czasem pomaga a kiedy indziej, doznaje porażki, idzie na kompromis, traci siły… że urabia sobie ręce po pachy…

Dotykamy tu trudnej sfery i samego pytania o motywację czy potrzebę – wybór studiów i samego rodzaju posługiwania swoją wiedzą i umiejętnościami. Ktoś bardziej realizuje się jako badacz, ktoś inny teoretyzuje i rzadko korzysta z wiedzy i doświadczenia, ktoś inny całe życie praktykuje – uczy się, pracuje, służy umiejętnościami osobom potrzebującym, często ofiarowuje czas… Bardzo ciężko zachować równowagę między pracą a byciem psychologiem…

Zdarza się – że w prywatnych spotkaniach zagalopujemy się i nadal jesteśmy „w roli”. Zasłaniamy się, by czuć się mocniejszymi i bezpiecznie.

W tym zawodzie czasem zapomina się zdjąć maskę… Czasem ta maska po prostu przyrasta trwale do twarzy, nie potrafimy się jej pozbyć. Czasem nadużywamy tego, co potrafimy, co opanowaliśmy do perfekcji. Najgorzej chyba, gdy z butami i maską wchodzimy we własne stado, w dom i tu działamy jak w amoku – jesteśmy mniej ludźmi, nadal czujemy się jak w pracy…

Ważna jest równowaga, ważna dla bezpieczeństwa osób zainteresowanych. Psychika ludzka jest krucha, zmacerowana jak listek jesienią, perforowana jak skóra, nie jest ze stali – lecz szkła… Łatwo ją zepsuć i ukruszyć. Warto być delikatnym i tej delikatności się uczyć, praktykować ją – nie oceniając, nie przekreślając szansy na zmianę, nie odbierając wreszcie – nadziei.

Życie samo w sobie jest trudne, jest zmienne, czasem zaskakuje nas – bo trudno być przygotowanym zawsze i na wszystkie ewentualności.

Wybraliśmy zawód w jakim jesteśmy totalnie eksponowani na człowieka. Ma On nadzieję, że nie zepsujemy tego mechanizmu, kruchego jak wnętrze zegara… Osoba oddaje nam się w ręce cała, ryzykuje zmianę w sobie lub relacji, decyduje się na ciężką pracę – porzucenie nawyków i przyzwyczajeń, swoich żali, bólu, trudności, bez wyjątku… ale nadal pełna obaw i wątpliwości.

Ona nam ufa… Bądźmy uważni i ostrożni, i trzymajmy się zasad, bądźmy im wierni nawet gdyby miały być one zapisane na jednej kartce papieru, czy na naszej otwartej dłoni.