Niesforne dzieci – smutne matki i sfrustrowani ojcowie

Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia… Znikąd. Czują się samotne w swoich zmaganiach – zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu – makijaż, zdrowy wygląd – sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody – bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie „wiosenne gazety”. Mniej, chudziej, wolniej… uśmiechnij się… bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę – zwolnij.

Świat paradoksów i pobożnych życzeń.

W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny… Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i „zajęcie się sobą”. Na odmianę – odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.

Czy nie zbyt wiele… jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor – gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca… gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, ile przede mną – a ile już poza mną???

Gdzie rozum, gdzie serce… Gdzie one są i czy razem funkcjonują… Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten – z gazet, z tabloidów i reklam, „z plakatów” i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ „udzielaczy tylko”  kredytów na te wszystkie „dary nieba” i wysoko oprocentowanych pożyczek…

Obraz rodziny, więzi i miłości – tej rodzinnej. Rola w nim – kobiety, ikony i odwzorowania boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby – delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.

Tak wygląda nasz dzień codzienny…

Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy – systemowy i klatkowy wielkich osiedli oraz anonimowych społeczności… Zabudowanych i ciasnych – drogich przecież miast. Ale – inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.

Inny – w relacjach międzyludzkich. Inny rys ma ta wspólnota podczas uroczystości rodzinnej, okoliczności sentymentalnej – w dniu rocznicy, święta – świąt czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem…

Inny wreszcie – w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal – w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych – boazerii. Na co dzień. Na szaro-buro!!!

Każdy z domowników, zna swe miejsce… Ale matka – stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać… Mąż – mężczyzna – zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś – wypić, aby się rozluźnił…

A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach. Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje… Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się – delikatnie, zmysłowo…

Bez względu na siebie – swoją chorobę czy stan swojego zdrowia… Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada… Bo warto???

Ze względu – na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę – o jakiej „myśli, wspomina”: konsekwencje obietnicy, słowa… i ta ulotna a tak mocna…  Ta trwała i nieśmiertelna wierność, tym ideałom i tej jednaj, jedynej przysiędze.

Rewelacje wiosenne lepsze niż… rewolucje kuchenne. O ekologii i rodzinie słowa

O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.

Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i – ogólnie mówiąc – środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. 

Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek – jaką jest rodzina – tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. 

Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny – wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia – potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko – czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: „gdzie tkwi błąd?” – gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. 

Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? 

Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra – Wójcik

http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm

Mroczna wieża jako „short-cut”

Oglądało się to i owo, a ostatnio, zatrzymałam się w zadumie i wspomnieniach właśnie pod wpływem filmu!!! I takie zapętlenie mi się urodziło i zostało…

Teraz o samym filmie… i jego następstwach.

Pierwsza część ekranizacji… „Mrocznej wieży”, tej powieści – no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz – przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet). 

Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia – w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane – byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny… a my w wartkiej akcji nie znaleźli byśmy tych głębszych walorów. Bo to przez oczy bohaterów… patrzymy „na rzeczywistość taką, jaką ona  jest naprawdę…


To, co pierwotne… jest i było zawsze. 

To, co wtórne – nakłada się i łączy i pomnaża – życie, wartości, obawy czasem i lęki – emocje i bogactwo zachowań – nasze ach i och… uniesienia. Świat – zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia – to magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa… nawet gdy człowiek czy postać ginie, przejmuje jej energię i życie, buduje siebie i innych – nią  Coś większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym samym cudowną miłość, więź… Bez lęku i bez strat.

Jedynie przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii.

Bo to drzewo, to życie i jego początek, jego Stwórca – jak pierwowzór tego drzewa filmowego „ze światłowodów” – ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie….

Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca… gdy na śmierć przecież, jest w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I – gdy gaśnie… Rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek… Nowa szansa. Tak właśnie – wspominam ten film.

Avatar. Hosty… Stworzenie i stwórca… Westworld. Zamiana krzeseł, zamiana ról…

Początek jak z kaplicy Sykstyńskiej, stworzenie – akt twórczy. Tu jest początek, a gdzie się zakończy i czym??? Kto to wie???  

dav

Niepokoje, znoje nasze i pustka…

Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka… Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, „zaspokajacze i zapełniacze…mile widziane”.

Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu… i zamyśleniu – nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie – kawałku niecodziennego.vloga…. NV właśnie o. Adama Szustaka… Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama – szczerej „nocnej spowiedzi” przed słuchaczami… – zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!

Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu – ja nie wiem…

Pewnie kiepska – może nawet, całkiem zła… Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka…

Wtedy też, zaświecił mi się mój „zielony ogarek”, ten – jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz… czy to nie jest „zaraz”, zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją – jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także – w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce…

I tak „pozytywistycznie” patrząc na to zjawisko – jakie Ojciec Szustak popełnił: „ma ojciec rację, świętą rację… to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta”.

Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi – jest najpierw dziwnie, smutno i szaro… ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też – samotnie, strasznie i potwornie…

Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!

A nawet w poniższych komentarzach jest to „pomieszane”!!!

Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby – nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności – poczucia winy, zadaniowości – czyli tzw. „zawinienie” sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach – nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!

Jeden czyta – „depresja” inny „samotność” czy „nowe może przede mną” – inne czyli szansa…

A ktoś jeszcze – przeczekam… Kłopot i trudność – jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej „czuję, że się rozpadam”tak się nie robi, to nieludzkie – miałam pierwsze odczucie, ale… Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza…

Inne komentarze – są pozytywniejsze, ciekawe ale – też – magiczne!!!

O tej sprawie – „pustce” jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!

Pustka, jak w fizyce – próżnia – nie znosi być „próżna” przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura – zapełnić ją – byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu…

I my, dajmy działać wtedy Bogu…

Tam gdzie jest miejsce – wkracza duch… każdy… Dobry Duch – Duch święty też ma ten zwyczaj, przygotowuje on miejsce wspierając nas, gdy jest decyzja – bo Bóg – decyzjom błogosławi – ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu – Bóg… i Bóg – Jezus…

„Puste” tak po ludzku… to dobre miejsce, już czekające – przygotowane, bo uporządkowaliśmy je – posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie – jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie – pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem…

Dobrym, w sensie – wystarczająco dobrym obszarem człowieka – bo gościnnie otwartym.

Poczucie sprawstwa, to poczucie mocy!!!

Jak to się dzieje, że nasza wyobraźnia – nasze wyobrażenie rzeczywistości tak często nas zawodzi. Jesteśmy zaskoczeni lub wstrząśnięci… Zdumieni i porażeni wypowiadamy klasyczne: „A myśmy się nie spodziewali, przecież miało być zupełnie inaczej”…

Czekamy na inną miłość, piękniejszą kobietę, ciekawszą pracę… na mocne wrażenia w górach, na wyjeździe czy meczu piłki nożnej… Na lepszy smak potrawy, wspanialsze wakacje, fantastycznie napisaną książkę lub płytę muzyczną, która doprowadzi nas do granic… Czekamy, mamy nadzieję, wydaje się nam – że zasługujemy…

Zwykle szykujemy się na więcej, większe, bogatsze i na mocniej wreszcie – silniej i intensywniej doświadczane i przeżywane…

Człowiek w ogóle lubi doświadczać??? Nie znam takich, którzy chętnie poddani całkowitej deprywacji sensorycznej, zgodziliby się na „nic nie czucie”, „nic nie przeżywanie” – czyli na tzw. „żadnych bodźców” wokół mnie…

Nawet jeśli jest to ból, nieprzyjemne uczucie, kiedy cierpimy – jesteśmy gotowi to zaakceptować, bo nawet negatywne odczucia są lepsze, niż żadne. Nasza fizyczność, nie znosi pustki. Potrzebujemy innych, potrzebujemy aby coś się w nas zadziało, aby miało konsekwencje… Szukamy doznań, doświadczeń fizycznych i chemicznych, stymulacji!!!

Życie musi mieć smak, życie powinno więc i mieszać to, co słodkie i słone, radość i łzy. Zbyt rzadko dziękujemy za życie takie, jakim ono jest. Ale gdy zaakceptujemy je, pokochamy, pogodzimy się z tym, na co nie możemy mieć żadnego wpływu, będzie nam dużo łatwiej… Choć niektórzy nienawidzą takiej optyki, brak wpływu na sytuację kojarzy im się z trudem, z niewolnictwem, zależnością, przymusem. Czymś, co wydaje się mało humanitarne…

Chcielibyśmy za wszelką cenę znać to, co niesie przyszłość, nie czekać – ale oczekiwać… Powiązane są tu ze sobą dwie ludzkie cechy: poczucie sprawstwa (zależność/oraz pasywność lub aktywność), kreacjonizm i wreszcie – poczucie kontroli sytuacji, zdarzeń (wpływu na swoje i innych – życie)… 

Przede wszystkim my ludzie lubimy być przygotowani na wszystkie ewentualności – uprzedzamy fakty i wyobrażamy sobie ten dzień, to wydarzenie. Czasem staramy się dobrze przygotować: a to na podróż, na chorobę, na przyjście dziecka na świat – ale też na czyjąś śmierć – odejście… 

Wiemy dlaczego, prawda??? Oswajamy rzeczywistość. Oswajamy z nią – także i siebie.

Potrzebujemy czuć… bo wtedy życie ma smak

Potrzebujemy czuć, by żyć. 

Intensywnie lub też jak mówimy – prawdziwie.

Wielu ludzi mówi, że trzeba intensywnie żyć i mocno, wręcz spektakularnie odchodzić. Nie w łzach czy strachu. Ale tak prawdziwie, aby się podpisać pod tym, czego się dokonało. Przecież nasze życie jest takie krótkie, i wtedy kiedy nam się wydaje, że dopiero zaczyna się to, co dobre, to, co dla nas najlepsze, gaśnie nasza gwiazda…  

W dodatku jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy lepiej i mamy rację oraz monopol na prawdę. Jestem wyjątkową córką, jedynym dzieckiem jakie warto uznać… Nikt nie zasługuje na nagrodę czy awans bardziej jak ja… Miejsce dla medali jest na mojej szerokiej piersi.

Nawet gdy czynimy zło, tak właśnie jesteśmy zaślepieni i przekonani o pozytywach dokonań. Fałszywe majaki i przekonania. Prawdy odległe i nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

Jak to się robi, nie wiadomo, ja nie wiem tego… Czasem też trudno mi pomóc drugiej osobie wskazać, co i w jaki sposób powinna zmienić w spojrzeniu na siebie i na zmieniającą się rzeczywistość…

Nasze życie, jego motywacja nie są dla nas jasne. I dobrze. Po co szukać motywacji, lepiej dostrzegać cel – konkretne małe lub większe zadanie… Żyjemy, czynimy założenia i podejmujemy decyzje, nie wiemy do końca jak – ale tak się dzieje… Czasem mówimy: stało się, wydarzyło się…

Czy tak najczęściej robię??? Czy to jest typowe dla nas, ludzi???

Mniej ważne „co robimy”, martwmy się o konsekwencje dla innych i dla siebie, o powody, o motywację… Ostrożnie i z wrażliwością – przewidujmy raczej – antycypujmy, a nie tylko „wyobrażajmy sobie”. 

Nasza wyobraźnia, choć najbardziej rozbudowana, ukształtowana czy kontrolowana – najczęściej – nas samych zawiedzie na manowce…

dziekanowice nasz dom 196 

O umiejętności wybaczania

porządki na

Prawdziwa mądrość tkwi w powiedzeniu dotyczącym przebaczania, wybaczania… „Czasem najciężej jest wybaczyć samemu sobie”. Wybaczyć i zapomnieć o ranach, o tym co złe słowo i czyn zrobiło ze mną. Czy stałem się ruiną, czy jestem jak stara dachówka potrzaskana przez grad…

Boli mnie to, co zrobiłem, co wypowiedziałem, krzywda jaką uczyniłem drugiej osobie…

Mówimy o sile sumienia, o wyrzutach trawiących człowieka, o odległości jaka nagle rośnie pomiędzy nami. O wielkości lub właśnie karłowaceniu serca. O mniejszym odczuwaniu relacji. O poczuciu odczłowieczenia, czyli obrzydzeniu czy niechęci odczuwanej do samego siebie… Tego trudnego, innego i nielubianego najczęściej… Odrzucanego…

Gdybyśmy przeżywali takie poruszenia serca, chyba nie doszłoby nigdy do kolejnych wojen, zniszczeń, ataków terrorystycznych. Postawienie człowieka i człowieczeństwa w centralnym miejscu i szacunek do życia i zdrowia ludzkiego, stałby się granicą i twierdzą dla naszego lekkodusznego i lekkomyślnego podejmowania decyzji, dla służalczego i tępego wykonywania rozkazów. Nawet głupich i bzdurnych…

Nie szukalibyśmy wymówek w religii, światopoglądzie, przekonaniu, wychowaniu… tradycji czy dziedziczonych prawach. Świat nie tkwił by na głowie, jak dziś…

Przebaczenie wymaga pracy wewnętrznej w obszarze samoakceptacji, polubienia siebie i rozumienia swoich ograniczeń. Dawania sobie prawa do popełniania błędów ale i wyciągania mądrych wniosków. Życie pokazuje nam bardzo często że świat nie jest „czarno – biały” lecz pełny niuansów i światłocieni, a życiem wypełniamy go właśnie my – boskie stworzenie pomiędzy światem zwierząt i roślin… Że to od nas, istot rozumnych, wymaga się myślenia i odczuwania (współczucia) ogólnie mówiąc – wrażliwości.  Empatii, czyli wczuwania się w położenie życiowe i sytuację innej osoby.

Warto pamiętać zawsze o regule, że granicą dla naszej wszechwładzy, pseudo-wolności, swawoli i samowoli – jest właśnie drugi człowiek i jego wolność, bezpieczeństwo oraz życie.

Poznanie i mądrość to coś czego doświadczamy przez całe nasze życie, naprawdę dzieje się ona w czasie… wymaga czasu… wymaga pracy i uwewnętrznienia. Każde z nas, może pomóc drugiemu i pokazać – jak sam tego dokonuje, rozwija swoje zdolności i pasje, jak pracuje zawodowo i tworzy. Ale też jak potyka się i upada, uczy się na błędach i dokonuje korekty. Może i ja mam prawo zapytać, rozwiać i przepracować swoje wątpliwości – zatrzymać się w ślepym biegu ku przepaści… Wyścigu „przed” siebie…

Powinniśmy zewrzeć mocno siły i opanować właśnie to „wybaczanie sobie”, najtrudniejsze przecież – patrzenie na siebie z miłością czyli „miłosierne wybaczanie”. Niezapominanie o sprawach trudnych przecież, ale uczenie się i korzystanie z błędów, wnioskowanie. Stworzeni do rozwijania się, obdarzeni tą cechą, nie możemy zaniechać praktykowania takich umiejętności w naszym życiu.

Jak pokazuje ono: zostajemy wielokrotnie poddani próbom i aby wyjść z nich zwycięsko, musimy poznać nie tylko swoje możliwości, ale i spore ograniczenia. Otaczający nas ludzie mogą nam pomóc to unaocznić, uświadomić sobie.

Inaczej po co byliby postawieni na Ziemi ci wszyscy ludzie dookoła nas???

No bo przecież nie „psu na buty…”, prawda???

Zazdrość i zawiść towarzyszą nam od wieków…

Towarzyszą nam od zarania wieków. Gdy mamy do czynienia z różnicami, ktoś ma czegoś więcej, a ktoś inny – mniej. Kogoś bardziej kochają i wybierają go, rodzice obdarzają uwagą jedno z dzieci, a pracodawca – faworyzuje kogoś i nigdy nie omija go podwyżka czy awans, podróż…
Najbardziej charakterystyczne zjawisko dla ludzi i ich relacji, najczęściej gdy dochodzi do pewnego rodzaju przewagi psychicznej czy fizycznej, różnicy i dysproporcji… bogactwa lub innych obfitości. Emocji dla kogoś silniejszej. Powodzenia u płci przeciwnej…

Rodzi to w nas nie tylko nieufność i ogólne poczucie niesprawiedliwości, my nie możemy już na daną osobę patrzeć, przebywać z nią, rozmawiać, życzyć jej dobrze… Chwalić czy wspierać… Zaczynają się fantazje, życzenia – ale nie te przedstawiane w ciepłych słowach, ale o złym końcu, w podtekście o fiasku, przegranej, stracie, nieszczęściu… dotknięciu jakąś skazą, złym fatum, zarazą…

Myślimy o zemście, tylko dlaczego i czym ta osoba zawiniła…

Tyle zła i złych myśli mieszka w nas, ile ich dopuścimy. Zajmują miejsce naszej życzliwości i radości życia, rozwijają się jak żółć i jakaś zaraz w ciele, w sercu, jak jakiś nowotwór mózgu – pałaszują żywą i dobrą tkankę… Zajmują serce i umysł… Jeśli na to pozwalamy i gdy dolewamy więcej skrywanych, a trudnych emocji, jak oliwy do ognia, płoną żywym światłem…

Nie potrafimy sobie sami poradzić z problemem, jeśli ktoś nie pomoże nam dostrzec szerokiej perspektywy zjawiska, gdy nie otworzy nam oczu na to,co w nas dzieje się, co się zmienia, co się psuje… Co infekuje, powoduje gangrenę naszego ciała, konstrukcji – serca i umysłu….
Jesteśmy słabi wobec tego, co zamienia nas w zombie emocjonalne i duchowe.  Owoc grzechu, owoc zaufania do Złego/ Złemu…

W pewnej już chwili myślimy kategoriami: „Tylko my, ja i moje”… Niebezpiecznie zbliżamy się wtedy do zniekształcenia percepcji rzeczywistości. Braku empatii i życzliwości.
Zamykamy się w małostkowej i ciasnej skorupie naszej marnej egzystencji.

Każdy człowiek, nawet bliski, staje się wykoślawionym zjawiskiem, starcem, lutym mrożącym serce i ścinającym krew w żyłach… Groźnym, zachłannym, konkurującym, zachłannym…
Oddalamy się – jak ludożercy, o których głośno i poetycko ostrzegał nas Zbigniew Herbert w „Liście do Ludożerców”…

Wiosenne porządki

Nie tylko wietrzymy pościel, czyścimy meble czy szafki w kuchni, wyrzucamy rzeczy stare i niekoniecznie już używane i przesadzamy kwiaty do nowych doniczek… czasem trzeba troszkę odświeżyć wnętrze, przemalować, zedrzeć te trzy – cztery warstwy starej farby olejnej czy akrylowej, by odsłonić na nowo i nadać świeżość o jakiej nasze otoczenie zapomniało.

Na wiosnę przychodzi też czas żeby pożegnać się ze starym w nas. A to przyzwyczajenia, a to nasze słabości i to, z czym kulejemy, grzeszki obżarstwa czy innych nadmiarów, koncentracja na sobie a nie otoczeniu. Wiosna dodaje sił by kategorycznie odrzucić lub zakończyć poszczególne etapy w życiu, rozwoju, awansie… teraz albo nigdy – myślimy. Rozpocząć dietę, zmienić fryzurę i odnowić garderobę. Usłyszeć apel rodziny – zrób, zajmij się, spróbuj… wytrwaj wreszcie!!!

To nasze rozwojowe poruszenie oby było tym zdecydowanym i mocnym, nie trwało jak iskra, tylko przez chwilę, abyśmy widząc pierwsze i obiecujące efekty – nie stracili samego celu z oczu.

Choć wytrwałość jest właśnie nam potrzebna, przyda się i oparcie w innych, ten „dobry duch”, poczucie, że w zmaganiu nie jesteśmy sami. Nie tylko by mówić: „to dla ciebie to robię”, „to dla ciebie tak ciężko pracuję, tak się staram”. Chodzi o towarzyszenie osoby w poczuciu wolności, spontanicznej radości – w uśmiechu…

Wystarczy przecież, że takim zmianom towarzyszy poczucie utraty, pomniejszania komfortu i dobrostanu… wyrzeczenia się czegoś istotnego co dotychczas zajmowało nam znaczną część rzeczywistości.

Nie musimy dodatkowo odczuwać samotności. Tak mówi przecież każda z nas: „Zgadzam się, lecz zgoda nie ma ceny, chcę by towarzyszyła jej radość”.

„Wesprzyj mnie! Bądź przy mnie!” Efekt murowany.