Nie mów tak, gdy myślisz „nie”

O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie… Ale przecież asertywność – prócz tego, że to nie zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa – daje nam wolność oraz pokazuje na zgodność naszych myśli i następujących po nich czynów. Asertywność to postawa zgodności. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania a nie osoby oraz to co zrobię sam – jaki czyn podejmę i jak zakomunikuję o swojej decyzji….

 W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i zgodność, dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny spokój – nie mamy wątpliwości. Generalnie – ich nie mamy lub nie dopuszczamy do takiego odczucia… W obu stronach wymiany, sobie i adwersarzu – nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany. 

Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej – przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty… do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas – powoduje ów dyskomfort. 

 Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal – pozostajemy we współzależności… I tyle, aż tyle… Więc jak tu mówić – nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi… nie lubię… mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam – aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej „zgody powszedniej” – nawet milczącego „tak”.

 Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością – tym moim „dość tego!”. Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to by mieć przewagę… ale zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie…

 Jestem mały, jestem słaby… Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna… ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć… Nie, nie będę więcej jej jadła…

 Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna – już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem! 

Trudna miłość…

Każdy chciałby kochać z uśmiechem na ustach. Szczęśliwy… 

Bez problemów – bez obciążeń. Bez obaw o jutro… pretensji ze strony innych…

Mieć i przeżywać poczucie radości z tego, kogo wychowujemy, ale też z kim żyjemy. I czasem nadchodzi taki dzień, gdy przełykamy gorycz wstydu, bo zawiodła nas pociecha, dokonała jakiejś strasznej rzeczy w życiu, komuś zalazła za skórę… Była złośliwa i zła, „przemocowa” lub też coś zabrała – ukradła. Pokazała jakiś gest lub wysmarowała paszkwil. Nie z ciekawości – ale najczęściej z nudy…

A tyle razy prosiliśmy… tłumaczyliśmy.

Była więc nadzieja, kwitła… i szybko umarła. Na pniu. 

I tak, zmyliło nas określenie „pociecha” – bo nie ucieszyła nas wcale. Kolejna gorycz, lecz i ją przyjdzie nam przełknąć z malutką (kurczącą się) godnością poruszonego człowieka. No i jak pracować dalej, tak starać się, tak czule wychować, tak opanować to, co młode i nieokiełznane, by w przyszłości stał/stała się dla nas – powodem do dumy… 

Bawią mnie wtedy określenia – jakich przesadnie wtedy używamy, gdy grzeczny – to np. tatusia syneczek, córeczka…. gdy łobuz – gdzie jest i była matka!!! Tak się czasem rozkłada odpowiedzialność za małego lub młodego człowieka. Czasem też – rodzic przychodzi poprzedzając sprawiedliwy atak – zmartwiony, rozczarowany i załamany. Bo przecież leżącemu, nie dokopią już – sam się skarży na bezradność, na swoją słabość.

Pamiętać trzeba, że w takiej sytuacji i tak niewygodnej pozycji – do rzeczonego kopania, do potępienia, znajdował się (jak jesteśmy rodzicami) prawie każdy z nas. Nie rodzimy się przecież z doktoratem czy magisterium z wychowania pociech. Trudno nam się odnaleźć w tej dynamicznej relacji. Czasem kosztuje nas to zmianę całego myślenia o świecie, o sobie… Zawsze pod chęcią współpracy – dostrzegamy pogodzenie się z faktami, bezsilność lub pokorę.

Jeśli ktoś żałuje fałszywie, kłamliwie tylko – osłaniając siebie, to i tak przecież poniesie owoce (grona) swoich oddziaływań, wychowania. Poniesie je już do końca, przez całe życie. To nie jest chwila wstydu – bo tylko chwilę trwa przyznanie się i pokorne wysłuchanie tego, co inni mają do powiedzenia. Co ich zabolało, zszokowało, poruszyło…

To jest życie. 

Ono boli… Tak ma być i jest.

Ludzie nie oszczędzają sobie razów, rugają drugiego z jakąś pasją, przyjemnością lub czasem z satysfakcją. Chcą czasem zobaczyć drugą osobę na kolanach. Kiedy zmalała, skurczyła się. Upodloną i uległą… Poczucie bezradności drugiego – powoduje, że my – czujemy się lepsi… mądrzejsi. Umieszczamy siebie wyżej… 

Złudzenie, belka w oku… 

Tak szybko zapominamy, mocno odcinamy się od tego, co trudne i kłopotliwe… Co było problematyczne i dla nas. Od życiowych niepowodzeń. 

Od tej trudnej miłości, gdy wychowujemy „młodych”. Nasze dzieci. 

Współczesna obsesja – agresja

Agresywnych nie lubi nikt, lecz się ich boi, wycofuje się przed taką znajomością. Są to zachowania niszczące relacje. Ale my – stwarzamy furtki!!! 

Staje się wygodna, nie trzeba zbyt wnikliwie analizować, wchodzić w sytuację i zatracać w empatii. Krótko, rzeczowo i na temat… Wręcz -zadaniowo.

Tak, lęk oraz frustracja są pewną pułapką… Ale to agresywna i bezrefleksyjna postawa zbiera w na co dzień żniwo. To „coś” rozbija rodzinę, wspólnotę krwi ale i inne grupy. Nie ma już celu, który jednoczy siły. Który uszlachetnia, spaja, wzmacnia. Są pojedyncze, incydentalne zadania. Taka zmiana powoduje, że nie podejmujemy wspólnych działań wzmacniając jedni – drugich. Doświadczenie rosnących trudności w porozumiewaniu się, kłótni i konkurencji – utrwalają w nas samych poczucie, jak niewiele już możemy wspólnie. Jak trudno dogadać się. Do czego doprowadziłby brak determinacji i podporządkowania, brak współpracy np. sforę wilków – watahę w środku zimy??? Ta świadomość, że nic sami nie zdziałamy, skazuje nas na psychologiczną i społeczną śmierć, na niebyt. Wszystko nas zaskakuje, a cała rzeczywistość rozpada się na naszych oczach i przygniata swym ciężarem… 

Najgorsze jest to, czego dokonujemy w myśleniu. Reinterpretacja – ściśle określona. Według przepisu… Usprawiedliwienie tego, co nie jest rozwojowe… Czasem wręcz mówimy, że ta cecha drapieżcy – jest „cenna” na pewnym stanowisku, w jakimś zawodzie, że jest świadectwem mocy. I tu uwaga…. Tak, cechuje życie ale tylko samotnika. Strzelca. Snajpera.

Dajemy w ten sposób siłę temu co kostyczne i brutalne oraz pozwalamy trwać i umacniać się w naszym codziennym życiu i w relacjach, w otaczającej nas – pewnej patologii. 

Nazywamy normą lub korzystnym to, co rozbija. Co niszczy jedność. 

 Naszym chlebem codziennym ma być trwanie w dyskomforcie i cierpieniu. 

Agresja kwitnie!!! Mnożą się współcześni konkwistadorzy.

Agresję wzmacniamy, przyzwalając na nią. Normalizujemy ją… Usprawiedliwiamy często. 

Kojarzy nam się z sukcesem. Z lepszym wynikiem i niezależnością. 

Ale też – z wyścigiem szczurów. Nieliczeniem się z drugim człowiekiem, jego stanem i wrażliwością, stratą czy jego wartościami. Chcę – żądam – mam (zdobywam). 

Niszczenie innych osób, konkurencja, stosowanie pułapek i podpuszczanie innych, by poprawić swoją pozycję i samopoczucie – staje się tylko formą „terapii naszych niedoskonałości”. Zasłoną dymną…

Uważajmy, aby nasza własna nonszalancja i nieświadomość tego, jakim jest zagrożeniem rodząca się w nas frustracja nie zwiodły nas jak pawi ogon. Zwalniając tym samym, od wszelkiej odpowiedzialności… Szkodzą one pracy w grupie – ale też są toksyczne dla życia rodzinnego, towarzyskiego, wpływają wreszcie na wychowanie dzieci. Lansowanie określonych postaw życiowych i stylu przekazu, rozmowy… 

Zamiast radzenia sobie ze złością i rozpoznawania lęku w sytuacji która nas niszczy, pracy poznawczej nad sobą i zmiany nastawienia, korekty zachowań oddajemy się temu co wynika ze zwierzęcej natury, gdzieś w nas tkwiącej. Nie uczymy się panować nad sobą. Nie powstrzymamy w ten sposób wyrażanej i okazywanej agresji…. Zwykłej, surowej i instrumentalnej agresji skierowanej właśnie na osobę…

Bo gdzie tu jest zysk z sytuacji??? Dać upust niewygodzie, trudności i napięciu z jakim nie nauczona jestem poradzić sobie. A gdzie odpowiedzialność i wysiłek? Nieuleganie naturze? Czy to ma być dobre??? Czy ma służyć rozwojowi wykonanie tego tylko, co złe i okrutne – za wysoką przecież cenę. 

Mądry Polak…

Czasem Polak mądry…

Częściej – przemądrzały, taki jakiego uwagi bardziej bolą niż wspierają i pomagają drugiej osobie. Odbywa spory i waśnie, kłóci się o pochody i uroczystości – jaki powinny mieć kształt i wydźwięk. Na różnicę zdań i pomysły innych reaguje alergią, i daną osobę wpisuje zwykle na czarną listę.

Taki codzienny Polak jest, a jaki powinien być. Gdzie szukać w nim ciepła, wrażliwości i tolerancji, że o miłości drugiego – bliźniego już nawet nie wspomnę. Kto odmienił nas, zamkną w nas pokłady ciepła i ograniczył tę otwartość, spokój  życzliwość jakiej byliśmy kiedyś pełni, z jakiej byliśmy dumni? Węszymy zdradę i podstęp, spodziewamy się zwykle tego co trudne i najgorsze.

Piętnujemy w innych niedociągnięcia i błędy, cieszymy się z potknięć i upadków… rozpoczynając ten okrutny proceder już w szkole. Oceniać – sprawdzać, kontrolować i podsumowywać – robimy to z upodobaniem… Każdy z nas marudzi, poucza, czasem naśmiewa się i drwi z tego, co jest pomysłem innych. Nie dlatego, że potrafimy – my takim kompulsywnym przymusem po prostu żyjemy. Rozliczam – więc żyję!!! Oceniam – więc mam i zdobywam przewagę…

Oddalamy się od siebie, bo dystans jest namiastką przeżywanego poczucia bezpieczeństwa. Jeśli jestem z kimś daleko, nie odczuję porażki ani straty. Czuję się samotny – tym lepiej gdy tworzę dystans, barierę… nie można mnie dotknąć, zranić, wczuć się „we mnie” i moje potrzeby. Nie znam nikogo, i nikogo nie jestem już ciekawy…

Inaczej jest jeśli dotychczas mieliśmy pozytywne doznania z kontaktu, wspomnienia z dzieciństwa, długotrwałą przyjaźń… byliśmy wierni, zakochani, spędziliśmy jakiś czas w relacji, związku. Doznaliśmy dobra, serdeczności, nauczyliśmy się kochać – przeżywaliśmy radość…

Gorzej to przyjmujemy, jesteśmy zaskoczeni – i musimy zaprzeczyć temu doświadczeniu, tej logice…

Trudniej, gdy mieliśmy coś dobrego i pozytywnego, a utraciliśmy to… Czuliśmy się bogaci lub obdarowani…

Wracamy do tych chwil wspomnieniem, rozpamiętujemy… Mówimy wtedy – niby do siebie – tajemniczo zawieszając głos: „Mądry Polak po szkodzie”

Kłamstwo i prochy

Nieumiejętność odróżniania dobra i zła. Wpadanie w pułapkę… Ciągłe powtarzanie błędów i wchodzenie wciąż w maliny i bagno. Wymówki: nie wiedziałam, nie rozumiem, trudno to odróżnić – dlatego się mylę, dlatego gmatwa mi się życie.

Inaczej traktujemy takie wpadki w dorosłości, przez inny pryzmat patrzymy na dziecko, na dorastającego człowieka. Wybaczamy… czekamy… zdobywamy się na cierpliwość.

Młodość rządzi się swoimi prawami. Dajemy jej pozwolenie na błędy, potknięcia, upadki. Na zadawanie większej ilości pytań, na kontestację, czas na bunt i na poszukiwanie siebie samego. Na kształtowanie świata i otoczenia.

Jednak zgadzamy się u młodych na pewien gwałt na prawdzie i na anarchię, w imię odkrywania „lepszego świata”. Nowej rzeczywistości, jej walorów oraz pokazywanie zalet nawet tam, gdzie ich zwyczajnie nie ma…

Świat i jego atrakcje ma to do siebie, że błyszczy – choć przedstawia wartość mizerną, część spotykanych przeze mnie osób mówi, że skarby są schowane tuz pod powierzchnią, że wystarczy rozgrzebać ziemię pod sobą i brać… Korzystać… Ale co gdy ja mam ochotę wchodzić głębiej i znikać pod powierzchnią, nadal szukać???

Czy młodość to kwestia tylko wieku, metryki czy też jeszcze innej naszej dyspozycji i modalności – serca, wrażliwości, otwartości i jakiegoś niegasnącego optymizmu.

Młody człowiek często wierzy że ten pozór i ułuda, to już wszystko. Że coś trzyma w dłoniach, że osiągnął. Lukrowane kłamstwa, pozory – wystarczają i zaspokajają pierwszy głód i pragnienie. Karmi się plewą i prochem… czasem dosłownie, proszkami i lekami… rasuje się używkami, kolejnymi pastylkami przyjmowanymi „prawie-na-wszystko”… Tak jakby można było czerpać jedynie z zewnątrz i jakby to właśnie było najbardziej wartościowe. Jakby takie dodatki budowały nas i życie, stanowiły o potencjale i naszych sukcesach.

W ten sposób, już jako młodzi ludzie, zaczynamy doświadczać samotności, braku zrozumienia, oddalamy się od innych, budujemy mur, przestajemy rozumieć siebie i innych. Nie chce nam się nic. Stygniemy, obrastamy w piórka, potem przychodzi nuda, powszedniość i działanie przy najmniejszym wysiłku.

Wszystko blednie… bo czym jest ułuda i kłamstwo. W młodości, dniem naszym – chlebem powszednim…

Lęk i obawa

Wydaje nam się trywialne i niegodne uwagi to, że jakiś inny człowiek przeżywa w sobie paniczny lęk z którym nie może dać sobie rady. Czasem o tym mówi, ale potem – żałuje bo ktoś śmieje się z niego, nie traktuje poważnie…

Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.

Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa – jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę: Proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić – wchodzi pod ławkę… Zdziwiona, stwierdziła: – On chyba ma więcej lęków niż ja… Obydwie uśmiechnęłyśmy się. Tak właśnie, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną… Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka… Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować – oswoić go z rzeczywistością…

Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: – To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło… Po raz pierwszy kogoś takiego mam. Ona martwi się o mnie…

Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze, może nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, ale sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym – że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą…

Pokazuje mu – jak sama kiedyś walczyła ze „swoimi lękami”. Mówi, że jest trudno – ale da się!!! Nie ma w sobie ironii i drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.

No ma dziecko zacięcie!!!

Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie, w braku… ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, uratować się wzajemnie – a kiedyś nawet – wypłynąć na głębię…

Poznać i wybrać…

Czy dane nam jest wyjść, uciec z takich sytuacji??? Przerwać łańcuch zdarzeń, osłabić jego ogniwa???

 Na szczęście rutynie przeczą kolejne, za każdym razem inne, głębokie i te delikatne – rozmowy z ludźmi i problemy o jakich opowiadają. Odbiór tej sytuacji, jej przeżywanie. Emocje jakie obudziły. Stany serca i ducha, relacje i odczuwanie… Przestajemy mówić  o symptomie i chorobie, zaburzeniu czy jego manifestacji. 

Widzimy konkretnego człowieka… jego dzień, jego życie, jego sprawę.

Tylko i aż to powoduje, że szukamy nowej i innej drogi, że usilnie zastanawiamy się, myślimy o tym i planujemy. Zmieniamy, sprawdzamy dane działanie… i znów dostosowujemy. 

Dlatego tak ważne jest poznanie. Ważne jest to co dzieje się na początku i cała diagnoza, rozpoznanie… a potem czujność na zmianę. 

Bo psychika człowieka i jego problemy tej natury, tej sfery – to nie to, co widzi nawet gołym okiem lekarz – dermatolog. Nie działają tu antybiotyki czy szczepionka. W dodatku jeden na drugiego oddziałujemy w różnym stopniu i na różne sposoby. Każdy   z nas jest kompletnie inny, różny, nawet gdy pozory na to nie wskazują a wyniki naszych działań o tym nie świadczą. 

Troska o drugiego czasem przesłania nam własne dobro. Choć nie warto zatracać siebie, tracić swojego punktu widzenia, bo jak nie mam kontaktu ze sobą – w jaki sposób spojrzę na drugiego człowieka, na jego rzeczywistość. 

Kiedy poznaję, otworzę się na czyjeś cierpienie, dyskomfort i trudność jaką przeżywa, zawsze mogę dokonać wyboru. Nadal szukać… 

Drugi człowiek jest do jakiegoś stopnia tajemnicą, ale tajemnicą wartą zbadania, źródłem poznania…  

Niesforne dzieci – smutne matki i sfrustrowani ojcowie

Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia… Znikąd. Czują się samotne w swoich zmaganiach – zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu – makijaż, zdrowy wygląd – sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody – bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie „wiosenne gazety”. Mniej, chudziej, wolniej… uśmiechnij się… bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę – zwolnij.

Świat paradoksów i pobożnych życzeń.

W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny… Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i „zajęcie się sobą”. Na odmianę – odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.

Czy nie zbyt wiele… jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor – gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca… gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, ile przede mną – a ile już poza mną???

Gdzie rozum, gdzie serce… Gdzie one są i czy razem funkcjonują… Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten – z gazet, z tabloidów i reklam, „z plakatów” i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ „udzielaczy tylko”  kredytów na te wszystkie „dary nieba” i wysoko oprocentowanych pożyczek…

Obraz rodziny, więzi i miłości – tej rodzinnej. Rola w nim – kobiety, ikony i odwzorowania boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby – delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.

Tak wygląda nasz dzień codzienny…

Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy – systemowy i klatkowy wielkich osiedli oraz anonimowych społeczności… Zabudowanych i ciasnych – drogich przecież miast. Ale – inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.

Inny – w relacjach międzyludzkich. Inny rys ma ta wspólnota podczas uroczystości rodzinnej, okoliczności sentymentalnej – w dniu rocznicy, święta – świąt czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem…

Inny wreszcie – w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal – w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych – boazerii. Na co dzień. Na szaro-buro!!!

Każdy z domowników, zna swe miejsce… Ale matka – stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać… Mąż – mężczyzna – zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś – wypić, aby się rozluźnił…

A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach. Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje… Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się – delikatnie, zmysłowo…

Bez względu na siebie – swoją chorobę czy stan swojego zdrowia… Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada… Bo warto???

Ze względu – na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę – o jakiej „myśli, wspomina”: konsekwencje obietnicy, słowa… i ta ulotna a tak mocna…  Ta trwała i nieśmiertelna wierność, tym ideałom i tej jednaj, jedynej przysiędze.

Rewelacje wiosenne lepsze niż… rewolucje kuchenne. O ekologii i rodzinie słowa

O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.

Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i – ogólnie mówiąc – środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. 

Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek – jaką jest rodzina – tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. 

Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny – wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia – potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko – czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: „gdzie tkwi błąd?” – gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. 

Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? 

Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra – Wójcik

http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm

Mroczna wieża jako „short-cut”

Oglądało się to i owo, a ostatnio, zatrzymałam się w zadumie i wspomnieniach właśnie pod wpływem filmu!!! I takie zapętlenie mi się urodziło i zostało…

Teraz o samym filmie… i jego następstwach.

Pierwsza część ekranizacji… „Mrocznej wieży”, tej powieści – no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz – przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet). 

Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia – w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane – byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny… a my w wartkiej akcji nie znaleźli byśmy tych głębszych walorów. Bo to przez oczy bohaterów… patrzymy „na rzeczywistość taką, jaką ona  jest naprawdę…


To, co pierwotne… jest i było zawsze. 

To, co wtórne – nakłada się i łączy i pomnaża – życie, wartości, obawy czasem i lęki – emocje i bogactwo zachowań – nasze ach i och… uniesienia. Świat – zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia – to magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa… nawet gdy człowiek czy postać ginie, przejmuje jej energię i życie, buduje siebie i innych – nią  Coś większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym samym cudowną miłość, więź… Bez lęku i bez strat.

Jedynie przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii.

Bo to drzewo, to życie i jego początek, jego Stwórca – jak pierwowzór tego drzewa filmowego „ze światłowodów” – ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie….

Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca… gdy na śmierć przecież, jest w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I – gdy gaśnie… Rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek… Nowa szansa. Tak właśnie – wspominam ten film.

Avatar. Hosty… Stworzenie i stwórca… Westworld. Zamiana krzeseł, zamiana ról…

Początek jak z kaplicy Sykstyńskiej, stworzenie – akt twórczy. Tu jest początek, a gdzie się zakończy i czym??? Kto to wie???  

dav