Potrzebujemy czuć… bo wtedy życie ma smak

Potrzebujemy czuć, by żyć. 

Intensywnie lub też jak mówimy – prawdziwie.

Wielu ludzi mówi, że trzeba intensywnie żyć i mocno, wręcz spektakularnie odchodzić. Nie w łzach czy strachu. Ale tak prawdziwie, aby się podpisać pod tym, czego się dokonało. Przecież nasze życie jest takie krótkie, i wtedy kiedy nam się wydaje, że dopiero zaczyna się to, co dobre, to, co dla nas najlepsze, gaśnie nasza gwiazda…  

W dodatku jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy lepiej i mamy rację oraz monopol na prawdę. Jestem wyjątkową córką, jedynym dzieckiem jakie warto uznać… Nikt nie zasługuje na nagrodę czy awans bardziej jak ja… Miejsce dla medali jest na mojej szerokiej piersi.

Nawet gdy czynimy zło, tak właśnie jesteśmy zaślepieni i przekonani o pozytywach dokonań. Fałszywe majaki i przekonania. Prawdy odległe i nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

Jak to się robi, nie wiadomo, ja nie wiem tego… Czasem też trudno mi pomóc drugiej osobie wskazać, co i w jaki sposób powinna zmienić w spojrzeniu na siebie i na zmieniającą się rzeczywistość…

Nasze życie, jego motywacja nie są dla nas jasne. I dobrze. Po co szukać motywacji, lepiej dostrzegać cel – konkretne małe lub większe zadanie… Żyjemy, czynimy założenia i podejmujemy decyzje, nie wiemy do końca jak – ale tak się dzieje… Czasem mówimy: stało się, wydarzyło się…

Czy tak najczęściej robię??? Czy to jest typowe dla nas, ludzi???

Mniej ważne „co robimy”, martwmy się o konsekwencje dla innych i dla siebie, o powody, o motywację… Ostrożnie i z wrażliwością – przewidujmy raczej – antycypujmy, a nie tylko „wyobrażajmy sobie”. 

Nasza wyobraźnia, choć najbardziej rozbudowana, ukształtowana czy kontrolowana – najczęściej – nas samych zawiedzie na manowce…

dziekanowice nasz dom 196 

O umiejętności wybaczania

porządki na

Prawdziwa mądrość tkwi w powiedzeniu dotyczącym przebaczania, wybaczania… „Czasem najciężej jest wybaczyć samemu sobie”. Wybaczyć i zapomnieć o ranach, o tym co złe słowo i czyn zrobiło ze mną. Czy stałem się ruiną, czy jestem jak stara dachówka potrzaskana przez grad…

Boli mnie to, co zrobiłem, co wypowiedziałem, krzywda jaką uczyniłem drugiej osobie…

Mówimy o sile sumienia, o wyrzutach trawiących człowieka, o odległości jaka nagle rośnie pomiędzy nami. O wielkości lub właśnie karłowaceniu serca. O mniejszym odczuwaniu relacji. O poczuciu odczłowieczenia, czyli obrzydzeniu czy niechęci odczuwanej do samego siebie… Tego trudnego, innego i nielubianego najczęściej… Odrzucanego…

Gdybyśmy przeżywali takie poruszenia serca, chyba nie doszłoby nigdy do kolejnych wojen, zniszczeń, ataków terrorystycznych. Postawienie człowieka i człowieczeństwa w centralnym miejscu i szacunek do życia i zdrowia ludzkiego, stałby się granicą i twierdzą dla naszego lekkodusznego i lekkomyślnego podejmowania decyzji, dla służalczego i tępego wykonywania rozkazów. Nawet głupich i bzdurnych…

Nie szukalibyśmy wymówek w religii, światopoglądzie, przekonaniu, wychowaniu… tradycji czy dziedziczonych prawach. Świat nie tkwił by na głowie, jak dziś…

Przebaczenie wymaga pracy wewnętrznej w obszarze samoakceptacji, polubienia siebie i rozumienia swoich ograniczeń. Dawania sobie prawa do popełniania błędów ale i wyciągania mądrych wniosków. Życie pokazuje nam bardzo często że świat nie jest „czarno – biały” lecz pełny niuansów i światłocieni, a życiem wypełniamy go właśnie my – boskie stworzenie pomiędzy światem zwierząt i roślin… Że to od nas, istot rozumnych, wymaga się myślenia i odczuwania (współczucia) ogólnie mówiąc – wrażliwości.  Empatii, czyli wczuwania się w położenie życiowe i sytuację innej osoby.

Warto pamiętać zawsze o regule, że granicą dla naszej wszechwładzy, pseudo-wolności, swawoli i samowoli – jest właśnie drugi człowiek i jego wolność, bezpieczeństwo oraz życie.

Poznanie i mądrość to coś czego doświadczamy przez całe nasze życie, naprawdę dzieje się ona w czasie… wymaga czasu… wymaga pracy i uwewnętrznienia. Każde z nas, może pomóc drugiemu i pokazać – jak sam tego dokonuje, rozwija swoje zdolności i pasje, jak pracuje zawodowo i tworzy. Ale też jak potyka się i upada, uczy się na błędach i dokonuje korekty. Może i ja mam prawo zapytać, rozwiać i przepracować swoje wątpliwości – zatrzymać się w ślepym biegu ku przepaści… Wyścigu „przed” siebie…

Powinniśmy zewrzeć mocno siły i opanować właśnie to „wybaczanie sobie”, najtrudniejsze przecież – patrzenie na siebie z miłością czyli „miłosierne wybaczanie”. Niezapominanie o sprawach trudnych przecież, ale uczenie się i korzystanie z błędów, wnioskowanie. Stworzeni do rozwijania się, obdarzeni tą cechą, nie możemy zaniechać praktykowania takich umiejętności w naszym życiu.

Jak pokazuje ono: zostajemy wielokrotnie poddani próbom i aby wyjść z nich zwycięsko, musimy poznać nie tylko swoje możliwości, ale i spore ograniczenia. Otaczający nas ludzie mogą nam pomóc to unaocznić, uświadomić sobie.

Inaczej po co byliby postawieni na Ziemi ci wszyscy ludzie dookoła nas???

No bo przecież nie „psu na buty…”, prawda???

Zazdrość i zawiść towarzyszą nam od wieków…

Towarzyszą nam od zarania wieków. Gdy mamy do czynienia z różnicami, ktoś ma czegoś więcej, a ktoś inny – mniej. Kogoś bardziej kochają i wybierają go, rodzice obdarzają uwagą jedno z dzieci, a pracodawca – faworyzuje kogoś i nigdy nie omija go podwyżka czy awans, podróż…
Najbardziej charakterystyczne zjawisko dla ludzi i ich relacji, najczęściej gdy dochodzi do pewnego rodzaju przewagi psychicznej czy fizycznej, różnicy i dysproporcji… bogactwa lub innych obfitości. Emocji dla kogoś silniejszej. Powodzenia u płci przeciwnej…

Rodzi to w nas nie tylko nieufność i ogólne poczucie niesprawiedliwości, my nie możemy już na daną osobę patrzeć, przebywać z nią, rozmawiać, życzyć jej dobrze… Chwalić czy wspierać… Zaczynają się fantazje, życzenia – ale nie te przedstawiane w ciepłych słowach, ale o złym końcu, w podtekście o fiasku, przegranej, stracie, nieszczęściu… dotknięciu jakąś skazą, złym fatum, zarazą…

Myślimy o zemście, tylko dlaczego i czym ta osoba zawiniła…

Tyle zła i złych myśli mieszka w nas, ile ich dopuścimy. Zajmują miejsce naszej życzliwości i radości życia, rozwijają się jak żółć i jakaś zaraz w ciele, w sercu, jak jakiś nowotwór mózgu – pałaszują żywą i dobrą tkankę… Zajmują serce i umysł… Jeśli na to pozwalamy i gdy dolewamy więcej skrywanych, a trudnych emocji, jak oliwy do ognia, płoną żywym światłem…

Nie potrafimy sobie sami poradzić z problemem, jeśli ktoś nie pomoże nam dostrzec szerokiej perspektywy zjawiska, gdy nie otworzy nam oczu na to,co w nas dzieje się, co się zmienia, co się psuje… Co infekuje, powoduje gangrenę naszego ciała, konstrukcji – serca i umysłu….
Jesteśmy słabi wobec tego, co zamienia nas w zombie emocjonalne i duchowe.  Owoc grzechu, owoc zaufania do Złego/ Złemu…

W pewnej już chwili myślimy kategoriami: „Tylko my, ja i moje”… Niebezpiecznie zbliżamy się wtedy do zniekształcenia percepcji rzeczywistości. Braku empatii i życzliwości.
Zamykamy się w małostkowej i ciasnej skorupie naszej marnej egzystencji.

Każdy człowiek, nawet bliski, staje się wykoślawionym zjawiskiem, starcem, lutym mrożącym serce i ścinającym krew w żyłach… Groźnym, zachłannym, konkurującym, zachłannym…
Oddalamy się – jak ludożercy, o których głośno i poetycko ostrzegał nas Zbigniew Herbert w „Liście do Ludożerców”…

Wiosenne porządki

Nie tylko wietrzymy pościel, czyścimy meble czy szafki w kuchni, wyrzucamy rzeczy stare i niekoniecznie już używane i przesadzamy kwiaty do nowych doniczek… czasem trzeba troszkę odświeżyć wnętrze, przemalować, zedrzeć te trzy – cztery warstwy starej farby olejnej czy akrylowej, by odsłonić na nowo i nadać świeżość o jakiej nasze otoczenie zapomniało.

Na wiosnę przychodzi też czas żeby pożegnać się ze starym w nas. A to przyzwyczajenia, a to nasze słabości i to, z czym kulejemy, grzeszki obżarstwa czy innych nadmiarów, koncentracja na sobie a nie otoczeniu. Wiosna dodaje sił by kategorycznie odrzucić lub zakończyć poszczególne etapy w życiu, rozwoju, awansie… teraz albo nigdy – myślimy. Rozpocząć dietę, zmienić fryzurę i odnowić garderobę. Usłyszeć apel rodziny – zrób, zajmij się, spróbuj… wytrwaj wreszcie!!!

To nasze rozwojowe poruszenie oby było tym zdecydowanym i mocnym, nie trwało jak iskra, tylko przez chwilę, abyśmy widząc pierwsze i obiecujące efekty – nie stracili samego celu z oczu.

Choć wytrwałość jest właśnie nam potrzebna, przyda się i oparcie w innych, ten „dobry duch”, poczucie, że w zmaganiu nie jesteśmy sami. Nie tylko by mówić: „to dla ciebie to robię”, „to dla ciebie tak ciężko pracuję, tak się staram”. Chodzi o towarzyszenie osoby w poczuciu wolności, spontanicznej radości – w uśmiechu…

Wystarczy przecież, że takim zmianom towarzyszy poczucie utraty, pomniejszania komfortu i dobrostanu… wyrzeczenia się czegoś istotnego co dotychczas zajmowało nam znaczną część rzeczywistości.

Nie musimy dodatkowo odczuwać samotności. Tak mówi przecież każda z nas: „Zgadzam się, lecz zgoda nie ma ceny, chcę by towarzyszyła jej radość”.

„Wesprzyj mnie! Bądź przy mnie!” Efekt murowany.

Pożegnać, pogrzebać…

O dramacie rodzących się i umierających zaraz dzieci, pożegnaniu się z odchodzącymi maluszkami ale też jak ciężko o tym mówić i wreszcie – jak długo się pamięta, każdy z nas trochę wie. A to w rodzinie  ktoś miał takie doświadczenie, a to ktoś bliski opowiadał… Może sami też uczestniczyliśmy w odchodzeniu, żegnaniu się z dzieckiem, próbie ratowania go. W godzinach spędzonych przy łóżku… W ostatnim też pożegnaniu, we wsparciu rodziców…

Wolontariat jest na razie przerwany, bo w maju już sesja, ale przyjedzie czas i trzeba jeszcze sił, by do niego wrócić…

Matka jednego z moich uczniów straciła maleńką, kilkumiesięczną córeczkę. Tak się cieszyła na jej urodzenie… Już jej nie ma między nami…

Moja córka zdecydowała się na wolontariat w Szpitalu Dziecięcym, w Prokocimiu –  oddział do wyboru – jednak czekała ją rozmowa z opiekunem wolontariatu, księdzem i jego wskazanie i osąd… Posłuchał i popatrzył na nią, już po rozmowie, zapytał o to, jak sobie wyobraża pomoc, działanie, zadania. Podumał chwilę, i powiedział – „już wiem gdzie cię przydzielić… pójdziesz na onkologię dziecięcą”.

Ciężar ugina trochę kolana.  Wydaje się i jej, i mnie – nie zabawą, a na pewno nie rozrywką… choć często ta aktywność taka teraz jest: gry, zabawy, czytanie książek, strojenie się… Rozmowa, żarty, rysowanie…

Ale najbardziej urzekła mnie prośba jednej z dziewczynek do mojej córki, takiej małej uśmiechniętej buzi – „mogłabyś poczesać mi włoski???”. I myśl. Kurcze, co tu czesać, ona nie ma żadnych włosków. Chemia jej zabrała…

Na to zdziwienie i milczenie mojej córki dziewczynka z uśmiechem zagadała: „Wiem wiem, na głowie nic nie ma… ale chociaż poudawajmy tą szczotką, że mnie czeszesz po główce…”

 

I jak tu nie kochać tego co jest, i takiego jak jest… Zanim odejdzie, zanim się ją tylko taką zapamięta. Moje dziecko ma czasem orzeszek do zgryzienia… I tematy do rozważenia w głowie. Czy lekarz może pomóc. Nie wiem, ale niech przynajmniej spróbuje…

 

Rodzice niczym #Bogowie

 #Rodzice Niczym #Bogowie

Małemu dziecku, 3-5 letniemu rodzice jawią się jako byty doskonałe, wszechmogące… Jedynie ubrane po to pewnie, by nie porażać swą potęgą, siłą wglądu, przenikającym spojrzeniem… ich grymas malujący się na twarzy – budzi strach, przerażenie czy uwielbienie, zazdrość, podziw… czasem pychę, poczucie mocy u latorośli… Osłaniają lub zachęcają do rzeczy niebywale doskonałych…

Co na to klasyczna psychologia???
Tak jest i, tak, ma być… rozwojowo. Inaczej – brak rodziców i tego ich – idyllicznego i idealnego – obrazu Mamy i Taty – zakłóciłyby tylko. Poszukiwanie siebie, kształtowanie siebie i swojego charakteru w starszych latach, i ustosunkowanie się do rodziców, ustawianie się wobec nich. Czy – pozytywne, czy – negatywne, negujące – w opozycji „do”… Bycie „wobec”. To ten pokoleniowy, odwieczny spór z nimi, rodzicami. Z tak bliskimi nam dorosłymi…
Te niekończące się dyskusje, wieczorne kłótnie, słowa – jakie mocno ranią, dywagacje… achy i ochy… wszystkie „być może”, a jednak, nie tak, nie inaczej…

Dlaczego tak jest i czemu w tym trwamy?
Czy dajemy radę tym wszystkim plusom dodatnim i plusom ujemnym?
Nie motywowałby nas ten idylliczny obraz do prawdziwych i zdecydowanych „na wszystko” poszukiwań siebie gdyby nie bliskość jaką do siebie wcześniej mieliśmy…
Ot pada tu pytanie: „Jaki jestem, a – jaki chciałbym być?” – z początku dla nich, potem, dla samego siebie… A jaki??? A – dokąd ja tak naprawdę zmierzam, po co? Z kim, i na ile zagmatwanych sposobów?
Jak chcę żyć… za co, czyli „z czego” zamierzam się utrzymać?
Czy w ogóle chcę coś zmienić w sobie, i dokąd zamierzam…

Pytanie „po co” i „dlaczego”, zostawiamy na sam koniec, na ogonek…
Taka wisienka na torcie…

Dobry rodzic, nie „człowiek – #Bóg”, a zwyczajny człowiek… on pozwoli mnie, jako dziecku i tobie też – upadać, borykać się, mierzyć siły na zamiary, rozwijać się – ale też tracić w sposób naturalny siły i potem na nowo je odzyskiwać.

To on poda rękę i wypowie słowo, które krzepi. Jego jasny uśmiech spowoduje nawrót mocy… Zmotywuje, jeszcze raz spowoduje, że powstaniemy do zmagań – sporu lub walki, potyczki najważniejszej – o siebie, o swoje prawa, o jakieś mocne „ja”, dookreślone i właściwe, maksymalnie zobiektywizowane… nie filozoficzne, pokiełbaszone i pogubione, zestrachane i panicznie lękające się życia. Uzasadnione nie tylko tym że żyję, bo stworzył mnie Bóg wykorzystując miłość i bliskość moich rodziców, maksymalną i dobrą miłość… – ale szukam uzasadnienia dalej, uzasadnienia dla #Życia – nie biologią, podziałem i formą blastuli czy podziałem mejotycznym czy mitotycznym – szukam głębiej i dalej….

Zasadności i celu – dla życia – etycznego, moralnie, prawnie niepodważalnego, osadzonego w rzeczywistości, wzbogaconego o prawdziwego ducha… Bo on prawdziwy, przecież, jest!Tak dochodzimy do poszukiwania sensu, sedna życia…

Ale to już zupełnie inna bajka…

Choćby nic się nie działo… obrazki zawsze będą śmigały…


Niecierpliwość to nasza mała przywara, gdy pojawia się zbyt wiele liter mózgi przegrzewają się i wyłączają. To już staje się swego rodzaju tradycją… Może mniej obrazków – zdało by się rzec, gdzież tam… chętnie dajemy się omotać temu co świeci, błyska i zmienia się w tempie często nas uszkadzającym. Więc do  dzieła, młoda gromado… zasypcie nas tego rodzaju materiałem a już wkrótce zapomnimy co to treść, forma i w ogóle…. słowo pisane ….

Dlaczego mówimy „hejt”, mówmy – „nienawidzę cię!”

Nauczyliśmy się pożyczać od innych narodów, nacji i języków słowa, które oddają w jakiś niepełny sposób treść, nasze myśli i nastawienia… Ślepo korzystamy z tego ukrywając za obcobrzmiącym słowem rodzaj treści, nastawienie do drugiego człowieka – formę przekazu, cały ładunek emocjonalny i rodzaj odległości społecznej od drugiego człowieka…

Czego się boimy, a może raczej – czego wstydzimy się??? Skąd pomysł, że zabrzmi to lepiej, inaczej, lżej… że ktoś nie zauważy… nie będzie wiedział co tak naprawdę myślimy. Ot, taka fantazja, takie przekonanie…

Szanując drugiego człowieka, będąc z nim blisko, znając go osobiście, a nie tylko z plotek, tabloidów, opowiadań – nigdy nie popełnilibyśmy pewnie takiego błędu… Może zrobilibyśmy głupotę, ale pozostałby żal czy niesmak… używając eufemizmów i słów typu „hejt” zapominamy, że to także mowa nienawiści, czysta nienawiść pełna jadu, zazdrości lub próba poniżenia, wszystko zaś służy zbudowaniu emocjonalnej przewagi nad drugim człowiekiem.

Moje prawie już dorosłe ale mądre córki wiedzą i rozumieją, że słowo to obosieczny miecz, że rani bardziej niż uderzenie, szturchnięcie, kopniak… Słowo może okaleczyć, bo uderza bardziej w godność i czyni nas bezbronnymi – wszak nie stoi zwykle przed nami ich autor. Zasłania się klawiaturą komputera, ekranem telefonu czy smartfonu.

Moje córki same mówią, że złe słowa – zła mowa boli. Zostaje w pamięci, rodzi inne skutki długotrwałe. Często też rozmawiamy o tym że wypowiadając przekleństwo i złe słowo – ranimy wiele osób, a nawet pokoleń… Otwieramy się na zło, dajemy mu miejsce w naszym życiu… Wpuszczamy je w swoje życie. Sami – własną decyzją….

Młodzi aktorzy to jeszcze nie gwiazdorzy… jak STARS łapie dusze do TVN – owych produkcji

Dzieciakom się marzy popularność: bardziej pieniądze na wakacje niż sława, słabe role i słabe teksty, ale to dziś się dobrze sprzedaje. Niezbyt głęboko,  bez analizowania – kiedy indziej znów – śmieszna i przesadna na siłę wciskana widzowi quazi-psychologia i głęboka przemiana bohatera…

Przekazują sobie namiary jeden przez drugiego nie bardzo świadomi szkody, jaką czynią sobie – umysłom, wrażliwości i sercu… To nie jest gra, nie jest to profesjonalizm – to dziur zapychacze – polskie telenowele obyczajowe, tematy bardziej z kosmosu niż życia, sieczka i mieszanka wybuchowa.

Charakterologiczne rysy młodych osób wypaczone i wykrzywione pomysłem scenarzysty, kompletny brak odpowiedzialności za pomysł i schemat, za czynione na kolanie założenia co do motywacji, sposobu życia, wrażliwości – a właściwie jej braku.

Najpierw poszukiwali głów do „Rozmów w t(ł)oku”, bardzo określonego zawsze, marginalnego targetu – tematy niezwykle kontrowersyjne… Teraz aktywność TVN i powoli też POLSAT TV – zogniskowała się na tzw. „życiu ulicy”, „życiu szkoły czy osiedla”, opowieści o „marginesie”, i – zwykle – dla jakiegoś marginesu…

Gdy przychodzi do mnie kolejne dziecko z prośbą o opinię, podpis, pieczątkę i zgodę – napisanie mu/jej o braku przeciwwskazań do wykonywania takiego zajęcia – statysty, bo nie aktora,  ja – nie kiwam – ze zrozumieniem głową. Odnoszę się do tego i mówię, co myślę o takim zajęciu, jakie jest zagrożenie – którego na tym etapie – duszyczka i rodzice, nie dostrzegają…

Dziś to jest jakaś kalkulacja. Liczy się tylko możliwość zarobienia pieniędzy na wakacje i … zaczepienia się w branży, na dłużej – niestety…

 

Złe komentarze się maże…

Zapadły mi głęboko słowa o. Szustaka z jego nowego vloga – te , które sprowokowała wcześniejsza wrzawa Internetowa, odzew. I -pewnie nie jedna, ale jak zawsze, cechująca się niemiłosierną sieczką i szlamem, upustem  powszechnej krytyki, wyrażanej antypatii i pełnej nienawistnej wichrzycielskiej krwi, piany bitej i naczyń rozbijanych na głowach autorów: twórców filmików, tekstów i muzyki, ludzi o duszach mniej i bardziej artystycznych, autorów oryginalnych i naprawdę – różnych – programów,  zamieszczanych powszechnie w social-mediach, w przestrzeni i piszących w ogóle – blogerów… Kapitalny zwrot i komentarz do tych „nienawistnych spojrzeń i publikowanych „zdań własnych”: a mianowicie „kogo to obchodzi??? czy ktoś cię pyta o zdanie i prosi o twoje wrażenia (za wyjątkiem tych, co proszą i zapraszają do polubień???). Masz prawo je mieć ale nie ma musu – wyrażać…
Zwłaszcza w formie – ubliżanie, hejt, czyli nienawidzenie osoby autora. Poniżanie go…

Cudna wypowiedź, prawdziwe słowo. I na końcu – zaproszenie do „pokojowej” wojny pełnej miłości i uśmiechu – z tym co w nas małe, pokurczone i pełne zazdrości…
A jednak to, co mocno rezonuje, odwala w głowie… Sprawia, że oddalamy się od człowieka i jego świeżej i kruchej – idei, od naszego brata, od kolegi, od miłości. I wtedy, właśnie wtedy – znów w krzywym zwierciadle patrzymy na siebie, na dzieło doskonałe i bez skazy – pozornie. I podziwiamy narcystycznie – siebie!

Na piedestale, na pomniku znów – my!!!