Lęk i obawa

Wydaje nam się trywialne i niegodne uwagi to, że jakiś inny człowiek przeżywa w sobie paniczny lęk z którym nie może dać sobie rady. Czasem o tym mówi, ale potem – żałuje bo ktoś śmieje się z niego, nie traktuje poważnie…

Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.

Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa – jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę. proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić – wchodzi pod ławkę… Zdziwiona, stwierdziła: – On chyba ma więcej lęków niż ja… Obydwie uśmiechnęłyśmy się. tak, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną… Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka… Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować – oswoić go z rzeczywistością…

Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: – To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło… Ona martwi się o mnie…

Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym – że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą…

Pokazuje mu – jak sama kiedyś walczyła ze „swoimi lękami”. Mówi, że jest trudno – ale da się!!! Nie ma drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.

No ma dziecko zacięcie!!!

Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, a kiedyś nawet – wypłynąć na głębię…

Poznać i wybrać…

Czy dane nam jest wyjść, uciec z takich sytuacji??? Przerwać łańcuch zdarzeń, osłabić jego ogniwa???

 Na szczęście rutynie przeczą kolejne, za każdym razem inne, głębokie i te delikatne – rozmowy z ludźmi i problemy o jakich opowiadają. Odbiór tej sytuacji, jej przeżywanie. Emocje jakie obudziły. Stany serca i ducha, relacje i odczuwanie… Przestajemy mówić  o symptomie i chorobie, zaburzeniu czy jego manifestacji. 

Widzimy konkretnego człowieka… jego dzień, jego życie, jego sprawę.

Tylko i aż to powoduje, że szukamy nowej i innej drogi, że usilnie zastanawiamy się, myślimy o tym i planujemy. Zmieniamy, sprawdzamy dane działanie… i znów dostosowujemy. 

Dlatego tak ważne jest poznanie. Ważne jest to co dzieje się na początku i cała diagnoza, rozpoznanie… a potem czujność na zmianę. 

Bo psychika człowieka i jego problemy tej natury, tej sfery – to nie to, co widzi nawet gołym okiem lekarz – dermatolog. Nie działają tu antybiotyki czy szczepionka. W dodatku jeden na drugiego oddziałujemy w różnym stopniu i na różne sposoby. Każdy   z nas jest kompletnie inny, różny, nawet gdy pozory na to nie wskazują a wyniki naszych działań o tym nie świadczą. 

Troska o drugiego czasem przesłania nam własne dobro. Choć nie warto zatracać siebie, tracić swojego punktu widzenia, bo jak nie mam kontaktu ze sobą – w jaki sposób spojrzę na drugiego człowieka, na jego rzeczywistość. 

Kiedy poznaję, otworzę się na czyjeś cierpienie, dyskomfort i trudność jaką przeżywa, zawsze mogę dokonać wyboru. Nadal szukać… 

Drugi człowiek jest do jakiegoś stopnia tajemnicą, ale tajemnicą wartą zbadania, źródłem poznania…  

Niepokoje, znoje nasze i pustka…

Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka… Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, „zaspokajacze i zapełniacze…mile widziane”.

Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu… i zamyśleniu – nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie – kawałku niecodziennego.vloga…. NV właśnie o. Adama Szustaka… Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama – szczerej „nocnej spowiedzi” przed słuchaczami… – zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!

Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu – ja nie wiem…

Pewnie kiepska – może nawet, całkiem zła… Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka…

Wtedy też, zaświecił mi się mój „zielony ogarek”, ten – jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz… czy to nie jest „zaraz”, zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją – jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także – w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce…

I tak „pozytywistycznie” patrząc na to zjawisko – jakie Ojciec Szustak popełnił: „ma ojciec rację, świętą rację… to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta”.

Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi – jest najpierw dziwnie, smutno i szaro… ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też – samotnie, strasznie i potwornie…

Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!

A nawet w poniższych komentarzach jest to „pomieszane”!!!

Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby – nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności – poczucia winy, zadaniowości – czyli tzw. „zawinienie” sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach – nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!

Jeden czyta – „depresja” inny „samotność” czy „nowe może przede mną” – inne czyli szansa…

A ktoś jeszcze – przeczekam… Kłopot i trudność – jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej „czuję, że się rozpadam”tak się nie robi, to nieludzkie – miałam pierwsze odczucie, ale… Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza…

Inne komentarze – są pozytywniejsze, ciekawe ale – też – magiczne!!!

O tej sprawie – „pustce” jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!

Pustka, jak w fizyce – próżnia – nie znosi być „próżna” przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura – zapełnić ją – byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu…

I my, dajmy działać wtedy Bogu…

Tam gdzie jest miejsce – wkracza duch… każdy… Dobry Duch – Duch święty też ma ten zwyczaj, przygotowuje on miejsce wspierając nas, gdy jest decyzja – bo Bóg – decyzjom błogosławi – ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu – Bóg… i Bóg – Jezus…

„Puste” tak po ludzku… to dobre miejsce, już czekające – przygotowane, bo uporządkowaliśmy je – posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie – jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie – pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem…

Dobrym, w sensie – wystarczająco dobrym obszarem człowieka – bo gościnnie otwartym.

Poczucie sprawstwa, to poczucie mocy!!!

Jak to się dzieje, że nasza wyobraźnia – nasze wyobrażenie rzeczywistości tak często nas zawodzi. Jesteśmy zaskoczeni lub wstrząśnięci… Zdumieni i porażeni wypowiadamy klasyczne: „A myśmy się nie spodziewali, przecież miało być zupełnie inaczej”…

Czekamy na inną miłość, piękniejszą kobietę, ciekawszą pracę… na mocne wrażenia w górach, na wyjeździe czy meczu piłki nożnej… Na lepszy smak potrawy, wspanialsze wakacje, fantastycznie napisaną książkę lub płytę muzyczną, która doprowadzi nas do granic… Czekamy, mamy nadzieję, wydaje się nam – że zasługujemy…

Zwykle szykujemy się na więcej, większe, bogatsze i na mocniej wreszcie – silniej i intensywniej doświadczane i przeżywane…

Człowiek w ogóle lubi doświadczać??? Nie znam takich, którzy chętnie poddani całkowitej deprywacji sensorycznej, zgodziliby się na „nic nie czucie”, „nic nie przeżywanie” – czyli na tzw. „żadnych bodźców” wokół mnie…

Nawet jeśli jest to ból, nieprzyjemne uczucie, kiedy cierpimy – jesteśmy gotowi to zaakceptować, bo nawet negatywne odczucia są lepsze, niż żadne. Nasza fizyczność, nie znosi pustki. Potrzebujemy innych, potrzebujemy aby coś się w nas zadziało, aby miało konsekwencje… Szukamy doznań, doświadczeń fizycznych i chemicznych, stymulacji!!!

Życie musi mieć smak, życie powinno więc i mieszać to, co słodkie i słone, radość i łzy. Zbyt rzadko dziękujemy za życie takie, jakim ono jest. Ale gdy zaakceptujemy je, pokochamy, pogodzimy się z tym, na co nie możemy mieć żadnego wpływu, będzie nam dużo łatwiej… Choć niektórzy nienawidzą takiej optyki, brak wpływu na sytuację kojarzy im się z trudem, z niewolnictwem, zależnością, przymusem. Czymś, co wydaje się mało humanitarne…

Chcielibyśmy za wszelką cenę znać to, co niesie przyszłość, nie czekać – ale oczekiwać… Powiązane są tu ze sobą dwie ludzkie cechy: poczucie sprawstwa (zależność/oraz pasywność lub aktywność), kreacjonizm i wreszcie – poczucie kontroli sytuacji, zdarzeń (wpływu na swoje i innych – życie)… 

Przede wszystkim my ludzie lubimy być przygotowani na wszystkie ewentualności – uprzedzamy fakty i wyobrażamy sobie ten dzień, to wydarzenie. Czasem staramy się dobrze przygotować: a to na podróż, na chorobę, na przyjście dziecka na świat – ale też na czyjąś śmierć – odejście… 

Wiemy dlaczego, prawda??? Oswajamy rzeczywistość. Oswajamy z nią – także i siebie.

Mocne doznania i szybkie życie

Potrzebujemy czuć, by żyć. 

Intensywnie lub też jak mówimy – prawdziwie.

Wielu ludzi mówi, że trzeba intensywnie żyć i mocno, wręcz spektakularnie odchodzić. Nie w łzach czy strachu. Ale tak prawdziwie, aby się podpisać pod tym, czego się dokonało. Przecież nasze życie jest takie krótkie, i wtedy kiedy nam się wydaje, że dopiero zaczyna się to, co dobre, to, co dla nas najlepsze, gaśnie nasza gwiazda…  

W dodatku jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy lepiej i mamy rację oraz monopol na prawdę. Jestem wyjątkową córką, jedynym dzieckiem jakie warto uznać… Nikt nie zasługuje na nagrodę czy awans bardziej jak ja… Miejsce dla medali jest na mojej szerokiej piersi.

Nawet gdy czynimy zło, tak właśnie jesteśmy zaślepieni i przekonani o pozytywach dokonań. Fałszywe majaki i przekonania. Prawdy odległe i nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

Jak to się robi, nie wiadomo, ja nie wiem tego… Czasem też trudno mi pomóc drugiej osobie wskazać, co i w jaki sposób powinna zmienić w spojrzeniu na siebie i na zmieniającą się rzeczywistość…

Nasze życie, jego motywacja nie są dla nas jasne. I dobrze. Po co szukać motywacji, lepiej dostrzegać cel – konkretne małe lub większe zadanie… Żyjemy, czynimy założenia i podejmujemy decyzje, nie wiemy do końca jak – ale tak się dzieje… Czasem mówimy: stało się, wydarzyło się…

Czy tak najczęściej robię??? Czy to jest typowe dla nas, ludzi??? 

Mniej ważne „co robimy”, martwmy się o konsekwencje dla innych i dla siebie, o powody, o motywację… Ostrożnie i z wrażliwością – przewidujmy raczej – antycypujmy, a nie tylko „wyobrażajmy sobie”. 

Nasza wyobraźnia, choć najbardziej rozbudowana, ukształtowana czy kontrolowana – najczęściej – nas samych zawiedzie na manowce…

To czym się różnimy, buduje i wzbogaca nas

Różnice – w zachowaniu, w mowie w temperamencie. W wychowaniu, w pełnieniu naszych obowiązków zawodowych. W rozmowie z ludźmi…. W poziomie wchodzenia w relację… 

W tym co i jak lubimy jeść, gdzie odpoczywać i w jaki sposób. Jaką literaturę, sztukę i muzykę – kochamy. One wszystkie stają się czasem powodem do dyskusji, do kłótni i sporu, do wymiany zdań, czy dłuższego rozstania się…. A czasem – nowym i świeżym tematem, znakiem epoki czy dekady, motorem dla poznawania siebie głębiej, i wciąż od nowa… Są objawem zaciekawienia jednej osoby, drugą.

Można je nazwać pęknięciami. Różnicami. Niepowtarzalnościami w szczegółach…

Ta nieidentyczność, nieciągłość, wyjątkowość – ta niepowtarzalność ludzka jest cudowna. 

Ależ byłoby nam nudnie gdybyśmy byli tacy sami – jak garść kredek lub długopisów, schowanych w głębokiej kieszeni. Słabo używanych, mało też i rzadko ostrzonych…

Bez ciekawości i pasji, bez poszukiwania tego kogoś – wyjątkowego i upragnionego, kto na nas gdzieś czeka, nasze życie byłoby uboższe i nijakie. Te różnice i pęknięcia pomiędzy nami wypełniają czas oraz powodują, że drży miedzy nami powietrze, czuć napięcie – płynące ładunki od jednej do drugiej osoby. Przyciąganie i odpychanie w życiu… Oddalenie, które wpływa na tęsknienie za drugą osobą, mocne podążanie za drugą stroną…    

Czy to nie to często odczuwane pragnienie staje się motorem do zmiany, przeprowadzki, do podejmowania trudnych decyzji – porzucenia domu i rodziny, wchodzenia w związek małżeński… do przekraczania barier. Wreszcie do rozwoju naukowego i postępu. Tęsknota, brak… uczucie pustki i głodu.

Że można jeszcze więcej, że można inaczej… pragnienie staje się i darem, i przekleństwem zwłaszcza gdy nie sposób go zaspokoić. 

Ale bez niego nie dojdziemy do istoty problemu, nawet nie zbliżymy się, nie staniemy na naszym Księżycu… A tak w naszej ciekawości, zadawanych pytaniach, stawianych problemach badawczych, w eksplorowaniu świata nadal pojawia się milion nowych pytań i dróg, stąd mało prawdopodobne byśmy kiedyś mogli oddać się słodkiej nudzie…

Nie tylko planowana miłość

Dwa zdarzenia nie przystające czasem do siebie, dwa światy trudne do pogodzenia… Rzeczywistości nie przystające, jak kąty w geometrii, płaszczyzny, jak figury…

Czasem jesteśmy gotowi przepracować jakąś trudną relację, podjąć decyzję o skutkach bolesnych i trudnych w warunkach wyższej konieczności. Odchodzący rodzice, umierając – przy łóżku proszą – o pogodzenie się i gest pojednania pomiędzy dziećmi czy wnukami. Pozostawiają do realizacji pakiet pilnych „zadań” do wykonania: – miłość, – odnowienie relacji, – słowo pierwszy raz wypowiedziane do siebie, od lat…

Zadanie domowe lub zadanie życiowe – „do wykonania”. Czasem obarczają dodatkowo – swoją odpowiedzialnością, kiedy indziej, obwiniają za nieudolność i lata przeżyte w gniewie i nienawiści. Nie potrafią żyć i nie mogą odejść niespokojni o to, co pozostawiają.

Ludzkie relacje nie są łatwe, te w rodzinach – raczej kruche i delikatne, wrażliwe są na zmiany, naciski i ingerencje. Przestajemy się lubić, potępiamy za pojedyncze słowa, oddalając się – palimy mosty i zaminowujemy drogi prowadzące do zbliżenia i rozmowy. 


Czasem trzeba osób trzecich lub rodzinnej tragedii, by naprawić bardzo stare rany, pozwolić się im zamknąć, zabliźnić, zarosnąć świeżym mchem,pokrzywami, trawą – czy też – lepiej, bo cudownie, zalać je uzdrawiającymi: oliwą i winem…   

Nigdy nie wiemy, rozpoczynając cały korowód – czy nasza rozmowa i podjęte działania nie wywołają dużo trudniejszych emocji i bólu. Jaki będzie ich dalszy scenariusz i przebieg. Jednak noszenie w sercu bólu, pretensji i zawiści, cierpienie ponad miarę – a męczeńsko utrwalane, z czasem gorzej wygląda. A my – funkcjonujemy chorobliwie, jak zombie, fatalnie znosimy tę nienawiść, pogardę i złość w bezsilności.


Zadra pielęgnowana w sercu, działa na nas bardzo źle. Uzdatnia nas zbyt często do dalszego, konsekwentnego czynienia zła i paskudzenia wokół siebie… W innych obszarach, w stosunku do kolejnych ludzi – w domu i pracy… Potrzebujemy wtedy, tak sobie to tłumaczymy, dalszego udowadniania i uzasadniania tego, co robimy. Mówimy coraz odważniej, raniąc inne osoby, dlaczego cię nie lubię, gardzę tobą, śmieszysz mnie – myślimy to i wypowiadamy bez względu na konsekwencje, i tylko to, co złe – o drugim człowieku… 

Szukamy argumentów z czasem produkując kolejne… „tak, ale…”: szykany, złośliwości – z lęku, złości i bezsilności – wskakujemy w ludzką pogardę.

Mamy szansę wybaczyć, nie musimy zapomnieć do końca. Ale takie pielęgnowanie urazy tylko szkodzi. Uleczenie zaś relacji – jest dojrzałą odpowiedzią na wiele trudnych emocji i na cierpienie. Uleczenie ducha i woli, miłość i jej rozpalenie w sobie – to ulga i powrót mocy człowieka. Jeśli nie możesz tego uczynić, zamilknij. 

Nie jesteś w stanie pokochać na nowo i zapomnieć???

Oddalić od siebie???

Przyjmij i ofiaruj to cierpienie i doznawane krzywdy dla i za innych, bardziej rozrywanych emocjami i życiem. Ofiaruj je w sercu Temu, który cię miłuje bez granic, bez warunków, bez wszystkich „ale”. Bo zna siebie i zna ciebie, kocha – mimo wszystko, mimo tego ludzkiego brudu i naszych dołów.

Paproch w oku

Coś mnie podrażniło… nie mogę znaleźć spokoju serca, czuję się jak małż, wpadły w oko słowa, ale zmęczenie nie pozwoliło ich zbyt prosto obrobić i zapomnieć…
Wszedł przed chwilą do mojego pokoju Albercik – mówi, „potknąłem się rano na kamieniu, wpadłem w trawę i dotknąłem jej okiem, i podrażniła mnie, bo na trawę jestem uczulony”. I trze to oko bida mała.
Bo higienistka zajęta, a on potrafi to uszanować, mimo że ma tylko 8 lat – że ktoś jest do zaopiekowania się i ważniejszy – przed nim…
I mnie tak wpadło coś w serce, dwa i trzy dni temu – a teraz uważnie przyglądam się tym, którym mogę dać i dotknąć ich tą trawą, tym piaskiem… Wrzucić im trochę pyłu, by zajęły się sprawami ciut większymi niż jajecznica, mycie okna, ścieranie kurzu z biurka…

Czy naprawdę wszystko przeminie?
Czy zostanie mi pamięć o Albercie i kosmatej, wszędobylskiej trawie???

Spacer po jednej pięciolinii

Spacer po tej samej pięciolinii, czy mogę tak nazwać to zaproszenie do spotkania, to zapoznanie się z człowiekiem, tę aktywność???

Moment gdy chore lub mocno zagubione, zaburzone dziecko zaprasza mnie do swojego świata przeżyć, odczuć i związków. Do śladów jakie odcisnęli na nim ludzie, do swoich motyli i ptaków ale też do strachów i potworów… Bo ten świat czasem jest bajką i ułudą, a czasem mrocznym i fantastycznym horrorem bez wyjścia. Labiryntem w którym mrok z lubością przepędza dzień…

Zagubienie dziecka, zwłaszcza zanim zostanie zdiagnozowane przypomina jakąś malarską mroczność. Ten czas jest trudny dla wszystkich stron, jest w nim więcej pytań niż odpowiedzi. Każda osoba cierpi w tym oddaleniu, nieufności, w pytaniach i wątpliwościach – ale też w poczuciu winy jakie na siebie bierze, naciąga jak używaną skórę… 

Tak szybko padamy, rezygnujemy, załamujemy się. Porównujemy się do tych, co mają lepiej, są zdrowsi i piękniejsi, posiadają to, czego nam brak… 

Nie radzimy sobie z trudnością w jaką życie i los wrzuca nas jak wiśnię w kompot. 

Jak ciało w grób, w pustkę – jak zwierzę w pułapkę…

To zaproszenie do „wspólnej wędrówki po pięciolinii” jest pierwszą próbą nawiązania relacji, kontaktu, gdy nawet do współpracy i zrozumienia jeszcze daleko. 

To trochę tak, jak zobaczyć twarz nadziei, anioła… jak dostrzec światło. 

To trochę tak, jak barwa – zwiastun tęczy, danej od naszego Stwórcy, by zakończyć potop, deszcz, powódź czy pożogę. Sygnał i jasny komunikat – żeby pozostać i trwać, jeszcze nie rezygnować, nie dać za wygraną…

Dziecko nie wyrazi potrzeby, nie powie o co mu chodzi, co w nim tkwi, z czym się mierzy… Jest najczęściej pozostawione i czuje się obco, samotne na pełnej łez ziemi, samotne w kosmosie. Dookoła wrogi świat, jego przedstawiciele – smutni, poważni i zatroskani, przejęci – lecz nieumiejętnie pomagający lub wcale…

To jego życie, a takie inne niż wszystkich. Scenariusz z jakiejś dziwnej i niepowtarzalnej historii, dramatu, który trwa i śni się – mimo porannego otwarcia oczu.

Ono trwa w prawdziwym oku cyklonu, bezpieczne. Tam – gdzie znalazło spokój i ukojenie, choć dookoła rozpętała się burza i trwa wycie, hałas, szum, wszystko w nerwach chce oprzeć się i stanąć na ziemi. Możliwie szybko i sprawnie powrócić do równowagi.

Dziecko jest od tego dalekie, ale jest też izolowane… W swej niewiedzy i strachu, zablokowane i smutne. A wszystko to, co je otacza – wygląda podejrzanie tajemniczo. Wsparcie jakie możemy ofiarować jest bezcenne, na samo zaproszenie do jego wielodyscyplinarnego  „utworu”, do jego życia, na pięciolinię – możemy być wdzięczni…

Zachęcam mocno, łapmy te momenty, te błyski i flashe…

Być może jesteśmy „tu i teraz” jedynymi ludźmi dopuszczonymi tak blisko tajemnicy, do trudności…

Cicho odpowiadajmy sobie na pytanie: jakie jest nasze zadanie, po co stanęliśmy na czyjejś drodze, czy mamy tę wiedzę, zdolność i tę moc. Nie musimy wiedzieć i rozumieć od razu, już… Tajemnice innych ludzi otaczają nas przecież dość szczelnie, wypełniając też naszą przestrzeń…

 

 

Był czas, gdy sami tkwiliśmy w kłopocie, w klinczu, w pułapce…

Nasz świat i świat dziecka przenikają się, ale nie są ani tożsame, ani przystające do siebie… 

Nie znajdziemy tu podobieństw czy analogii i nie próbujmy szukać ich na siłę. 

To spotkanie małego człowieka – ono zawsze będzie i niespodzianką, i nową historią, którą warto zgłębić.