Czytaj: przepraszam…

Czy wybaczysz mi, że nie zaczekałam na ciebie – kiedy o to prosiłeś, a potem – gdy milczałeś tylko patrząc….

Ja szukałam czegoś dla siebie – myślałam tylko o sobie. Ja – mój świat i moje życie, moje plany, pragnienia i marzenia, i czy pomieszczę je – czy zdążę je wszystkie zrealizować.

Nie bardzo interesowało mnie co o tym myślisz, spieszyłam się – myśląc, że życie na mnie nie poczeka, że ucieka mi i między palcami, przepływa jak woda.

A teraz patrzę na nas, na naszą młodość i nie widzę dziś już nic, nie pamiętam, nie rozumiem – pytam cię, gdzie to wszystko się schowało, dlaczego poszarzało i brak mu kształtu… skąd ta pospolita nuda. Kiedyś wszystko takie barwne, wyjątkowe i takie nasze…

Szukam, i tylko patrzę. Tyle rozumiem, co nic. Tyle czuję, że serce moje rozsypuje się w proch i pęka w piersi. Nie cofnę czasu, ani chwili nie dodam do tego co odeszło…

Boję się wzrokiem sięgać zbyt daleko. Mogę nie zrozumieć wcale – tak jak początku, tak też końca.

 

Dziekanowicka zaduma, 3.11.2018 r.

Zdążyć

Zanim ktoś odejdzie, przyjść i z nim porozmawiać

Nawet gdy nie rozpoznaje naszej twarzy, tak po prostu

Pobyć razem – od poranka do zmierzchu

Posłuchać szelestu ususzonego ostu

 

Rozpocząć wspólne marzenie, przegadać plany

Na białej kartce naszkicować to, co w duszy drzemie

Oddalić się na chwilę, by zatęsknić mocno

I znów przyjść, całować bardziej pustą ziemię

 

Odchodząc zostawiamy puste po sobie miejsce

Jak gniazdo, porzucone bo już go nam nie potrzeba

Unosimy się wysoko, gdzieś pomimo chmur i gwiazdy

Starając się bez przeszkód wejść do ciasnego nieba

 

Dzień Zaduszny, 2.11.2018 r.

Cud

Oczekując go, podtrzymujemy nadzieję…

Mocno wierzymy, że się okaże osiągalny, dostępny – wyczekany… że się stanie…

Na wszelki wypadek – wzmacniamy swą prośbę. Szukamy odpowiedniego świętego, orędownika, który wesprze i podtrzyma naszą prośbę, doda jeszcze mocy – lepiej zrozumie i przekaże tę potrzebę.

My sami nie rozumiemy tego – gdy się „nie dzieje”, nie wydarza. Jesteśmy niemile zaskoczeni. Zadajemy wtedy pytanie: dlaczego dla innych tak… czy Bóg jest komuś drugiemu przychylniejszy, łaskawszy… 

A może zwyczajnie, po ludzku sobie nie zasłużyłam na tę łaskę???

Cuda się dzieją, choć ich tak nie nazywamy, nie dostrzegamy często tego co istotne lub niepowtarzalne w życiu. Nie traktujemy jako dar… zdrowie, przyjaźń, rozwój, miłość osoby bliskiej… spokój czy wymarzona praca… uśmiech i radość dziecka. Pogoda – gdy jesteśmy w górach czy nad morzem. Powrót do sił po chorobie. Zrobione zakupy lub podany obiad – gdy leżymy w łóżku chorzy… gorąca herbata. Wszystko co z miłości, prosto z serca…

Dobro wraca ze zdwojoną mocą. Infekuje, w pozytywny sposób – kiełkuje jak listki rzeżuchy na wiosnę. Błyszczy jak kropla miodu na palcu. Dobro jest bezcenne, wspaniałe.

Bóg wysłuchuje modlitw i próśb jakie są zgodne z jego wolą. To chyba jest pierwszy warunek skuteczności. I konieczny. On ma pomysł na nas i na świat, na rzeczywistość jaka nas otacza. Choćbyśmy zagadali go, argumentami i jakąś racją pozostaje cierpliwie czekać. 

Druga rzecz, to przyjąć – co ma dla mnie. Nie to, czego ja bym pragnął, o co walczę czy martwię się – ale jego wola jest święta… Pewnie wie lepiej o co w tym wszystkim chodzi i jakie będą długofalowe skutki – jaka nauka wypłynie z jego dopustu. 

Jeśli nam się coś zdaje, to bądźmy pewni – że tylko nam się tak zdaje. Bo rzeczywistość, świat i gwiazdy nie krążą wokół nas… To nie o nas ta opowieść i ta walka, te zmagania. 

Jesteśmy tylko okruchem, prochem… jedną chwilką. Błyskiem ognika. Tylko przez moment zdajemy się być tu, i dalej odchodzimy. 

Szukając cudu, zdarzy się, że odkryjemy prawdziwych siebie, czasami zaskakujących – a czasem – mocno rozczarowujących.

  

Tolerancja – tylko słowo?

O tolerancji już tak wiele zostało powiedziane… Za oceną idzie tak mała świadomość i otwartość na drugiego człowieka. Niski poziom współodczuwania oraz taka rezerwa i chłód we wzajemnych stosunkach.


Przecież ta „inność” właśnie o nas stanowi. Ta ubogacająca odmienność…

Czytając w piątek 12.10. mocne komentarze pod artykułem opisującym wybór Nauczyciela Roku przez środowisko ZNP i „Głos Nauczycielski” – periodyk dość poczytny w tym gronie, poczułam się zażenowana… Zawstydzona atakiem pseudo-poprawnych osób. Pomruki niezadowolenia i komentarze pod tekstem… Groźne i skandalizujące komentarze, osób, które siliły się mocno na poprawność polityczną… 

A gdzieś w tym wszystkim zginął człowiek… 

Skoro komuś z odmienną orientacją odmawia się tego, że dobrze pracuje i jest uczciwym facetem, dobrym i pewnie lubianym człowiekiem, to co właściwie takiego się dzieje wokół tematu, i kogo rozjuszył tym – kim i jaki jest…

Gdzie odrobina życzliwości w narodzie… Nie musimy nikogo kochać za jego poglądy czy orientację, ale taka fala wyrzutów, umniejszeń czy paszkwili – komu służy. Komu???

Albo jakim jest świadectwem dla tego środowiska…

Tak prosto jest rzucić kamień, słowo, obelgę… Tak łatwo się innych krzywdzi i oskarża o to nawet, czego nie robią… Tak smutno zaś – patrzy się na owoce: bo są cierpkie i kwaśne. Ja naprawdę zaczynam czuć się i doświadczać tego zaścianka, tej małej naszej otwartości w sercach i umyśle, i trochę boję się tego, że już nie ma prywatności, że nie jesteśmy zdolni do tego, by lubić i szanować innych. I że to wszystko należy się tylko po jakiejś wstępnej umowie, pod warunkiem: jedynie za coś… a nie dlatego – że jesteśmy, że się urodziliśmy i żyjemy… 

Ku czemu zmierzamy???

Do jakich czasów i do jakich doświadczeń skłaniamy się, jakiej wojny stajemy się zakładnikami, żołnierzami i najemnikami???

Ja – spuszczam głowę, wstyd mi, po prostu… Po ludzku…  

Z tym ptakiem, jest właśnie tak… Jest sam… Bo samotny ten lot, jak te ludzkie relacje są pełne samotności…

Niesforne dzieci – smutne matki i sfrustrowani ojcowie

Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia… Znikąd. Czują się samotne w swoich zmaganiach – zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu – makijaż, zdrowy wygląd – sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody – bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie „wiosenne gazety”. Mniej, chudziej, wolniej… uśmiechnij się… bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę – zwolnij.

Świat paradoksów i pobożnych życzeń.

W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny… Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i „zajęcie się sobą”. Na odmianę – odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.

Czy nie zbyt wiele… jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor – gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca… gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, ile przede mną – a ile już poza mną???

Gdzie rozum, gdzie serce… Gdzie one są i czy razem funkcjonują… Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten – z gazet, z tabloidów i reklam, „z plakatów” i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ „udzielaczy tylko”  kredytów na te wszystkie „dary nieba” i wysoko oprocentowanych pożyczek…

Obraz rodziny, więzi i miłości – tej rodzinnej. Rola w nim – kobiety, ikony i odwzorowania boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby – delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.

Tak wygląda nasz dzień codzienny…

Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy – systemowy i klatkowy wielkich osiedli oraz anonimowych społeczności… Zabudowanych i ciasnych – drogich przecież miast. Ale – inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.

Inny – w relacjach międzyludzkich. Inny rys ma ta wspólnota podczas uroczystości rodzinnej, okoliczności sentymentalnej – w dniu rocznicy, święta – świąt czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem…

Inny wreszcie – w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal – w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych – boazerii. Na co dzień. Na szaro-buro!!!

Każdy z domowników, zna swe miejsce… Ale matka – stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać… Mąż – mężczyzna – zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś – wypić, aby się rozluźnił…

A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach. Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje… Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się – delikatnie, zmysłowo…

Bez względu na siebie – swoją chorobę czy stan swojego zdrowia… Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada… Bo warto???

Ze względu – na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę – o jakiej „myśli, wspomina”: konsekwencje obietnicy, słowa… i ta ulotna a tak mocna…  Ta trwała i nieśmiertelna wierność, tym ideałom i tej jednaj, jedynej przysiędze.

Rewelacje wiosenne lepsze niż… rewolucje kuchenne. O ekologii i rodzinie słowa

O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.

Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i – ogólnie mówiąc – środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. 

Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek – jaką jest rodzina – tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. 

Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny – wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia – potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko – czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: „gdzie tkwi błąd?” – gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. 

Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? 

Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra – Wójcik

http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm

Niepokoje, znoje nasze i pustka…

Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka… Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, „zaspokajacze i zapełniacze…mile widziane”.

Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu… i zamyśleniu – nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie – kawałku niecodziennego.vloga…. NV właśnie o. Adama Szustaka… Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama – szczerej „nocnej spowiedzi” przed słuchaczami… – zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!

Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu – ja nie wiem…

Pewnie kiepska – może nawet, całkiem zła… Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka…

Wtedy też, zaświecił mi się mój „zielony ogarek”, ten – jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz… czy to nie jest „zaraz”, zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją – jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także – w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce…

I tak „pozytywistycznie” patrząc na to zjawisko – jakie Ojciec Szustak popełnił: „ma ojciec rację, świętą rację… to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta”.

Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi – jest najpierw dziwnie, smutno i szaro… ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też – samotnie, strasznie i potwornie…

Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!

A nawet w poniższych komentarzach jest to „pomieszane”!!!

Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby – nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności – poczucia winy, zadaniowości – czyli tzw. „zawinienie” sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach – nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!

Jeden czyta – „depresja” inny „samotność” czy „nowe może przede mną” – inne czyli szansa…

A ktoś jeszcze – przeczekam… Kłopot i trudność – jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej „czuję, że się rozpadam”tak się nie robi, to nieludzkie – miałam pierwsze odczucie, ale… Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza…

Inne komentarze – są pozytywniejsze, ciekawe ale – też – magiczne!!!

O tej sprawie – „pustce” jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!

Pustka, jak w fizyce – próżnia – nie znosi być „próżna” przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura – zapełnić ją – byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu…

I my, dajmy działać wtedy Bogu…

Tam gdzie jest miejsce – wkracza duch… każdy… Dobry Duch – Duch święty też ma ten zwyczaj, przygotowuje on miejsce wspierając nas, gdy jest decyzja – bo Bóg – decyzjom błogosławi – ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu – Bóg… i Bóg – Jezus…

„Puste” tak po ludzku… to dobre miejsce, już czekające – przygotowane, bo uporządkowaliśmy je – posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie – jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie – pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem…

Dobrym, w sensie – wystarczająco dobrym obszarem człowieka – bo gościnnie otwartym.

To czym się różnimy, buduje i wzbogaca nas

Różnice – w zachowaniu, w mowie w temperamencie. W wychowaniu, w pełnieniu naszych obowiązków zawodowych. W rozmowie z ludźmi…. W poziomie wchodzenia w relację… 

W tym co i jak lubimy jeść, gdzie odpoczywać i w jaki sposób. Jaką literaturę, sztukę i muzykę – kochamy. One wszystkie stają się czasem powodem do dyskusji, do kłótni i sporu, do wymiany zdań, czy dłuższego rozstania się…. A czasem – nowym i świeżym tematem, znakiem epoki czy dekady, motorem dla poznawania siebie głębiej, i wciąż od nowa… Są objawem zaciekawienia jednej osoby, drugą.

Można je nazwać pęknięciami. Różnicami. Niepowtarzalnościami w szczegółach…

Ta nieidentyczność, nieciągłość, wyjątkowość – ta niepowtarzalność ludzka jest cudowna. 

Ależ byłoby nam nudnie gdybyśmy byli tacy sami – jak garść kredek lub długopisów, schowanych w głębokiej kieszeni. Słabo używanych, mało też i rzadko ostrzonych…

Bez ciekawości i pasji, bez poszukiwania tego kogoś – wyjątkowego i upragnionego, kto na nas gdzieś czeka, nasze życie byłoby uboższe i nijakie. Te różnice i pęknięcia pomiędzy nami wypełniają czas oraz powodują, że drży miedzy nami powietrze, czuć napięcie – płynące ładunki od jednej do drugiej osoby. Przyciąganie i odpychanie w życiu… Oddalenie, które wpływa na tęsknienie za drugą osobą, mocne podążanie za drugą stroną…    

Czy to nie to często odczuwane pragnienie staje się motorem do zmiany, przeprowadzki, do podejmowania trudnych decyzji – porzucenia domu i rodziny, wchodzenia w związek małżeński… do przekraczania barier. Wreszcie do rozwoju naukowego i postępu. Tęsknota, brak… uczucie pustki i głodu.

Że można jeszcze więcej, że można inaczej… pragnienie staje się i darem, i przekleństwem zwłaszcza gdy nie sposób go zaspokoić. 

Ale bez niego nie dojdziemy do istoty problemu, nawet nie zbliżymy się, nie staniemy na naszym Księżycu… A tak w naszej ciekawości, zadawanych pytaniach, stawianych problemach badawczych, w eksplorowaniu świata nadal pojawia się milion nowych pytań i dróg, stąd mało prawdopodobne byśmy kiedyś mogli oddać się słodkiej nudzie…