O porzuceniu – a pikantnie

Dziekanowice – widok na nadjeżdżające od strony Wa-wy pociągi

Mogłabym rzec – to był zwyczajny dzień i nie zwiastował niczego szczególnie dobrego czy złego… ale wydarzenia jakie zastartowały od południa – aż do godziny piętnastej, sprowokowały lawinę – słów, hejtu do mnie li tylko, nie do pracodawcy – bo o jakość wykonywanych obowiązków poszło….

Choć było też kilka innych „złamanych serc”.

Trzeba przyznać że niektórzy mają wśród znajomych i przyjaciół, i tych co do których słabość jest… Czasem serducha kiedy indziej – umysłu…

Zabolało. Mocno i mnie…Choć nie wykrzykiwałam nikomu w twarz. Czyżbym był zapomniany, czyżby Bóg o mnie już nie pamiętał? Kolebał mi się…

Czasem i my, zadajemy takie pytania, doświadczając głębokiej i dojmującej samotności. Nie przeżyliśmy żadnej widocznej tragedii, niby – nic złego się nie stało, a tu nie wiadomo skąd – samotność, bezradność, strach lub panika.

I zalewa nas pustka – choć wydaje mi się, że to powaga, cisza najpierw mnie wypełnia… i jakiś nieokreślony smutek. Gdzie mój rycerz, mój obrońca…

Ale właśnie ze złego i słabego, z trudnego i marudnego, ze zmrożonego – zważonego – wolno bijącego, coraz wolniej – przykładaniem lodu, chłodu samotności – domrażaniem go ma szansę urodzić się coś dobrego. Nowa jakość… Nowa ja, wstać z kolan, wznieść się z popiołu…

– Takie przeżycie może się stać prawdziwym, czasem łaski. Prowokuje do wytrwałej i naprawdę upartej modlitwy. Rodzi wiarę, że Ojciec działa, że jest… i mój biologiczny, patrzy już może z nieba na mnie, ale ten w Duchu – i w Prawdzie, to już na pewno trwa przy mnie… w kłopotach, w trosce, w tym i oskarżycielskim tonie kierowanym do mnie, a zwłaszcza w godzinie męki, w piętnastej jej minucie!!! On nie może mnie zostawić, zapomnieć – aż do tej chwili i nie może zapomnieć o swoim ukochanym dziecku.

Co innego mąż… prawie się rozstaliśmy po krótkiej wieczornej bitwie, słownej wojnie!!!!

Kobiety bloggera

javascript:void(0);

Tak mi się napisało…

w końcówce tekstu, mnie zawiało… tak mi się napisało, że wyszła z tego

Zawiałow… z jej prozą w śpiewie, ledwo oddaną, wypowiedzianą i wyśpiewaną, świeżością i modą – w blond-urodą i uroczą – w wardze, dziurką po kolczyku…

wypowiedzianą

prawdą – dla kobietów, od kobiety…

O kobietach i dla kobiet!!!!

https://mycamino2010.blogspot.com/2019/03/a-ja-mimo-wczoraj-jestem-tez-z-dzis.html?showComment=1553522178481#c2512057340512341224Prawda – mnie wyzwoli…

Myślimy emocjonalnie…
Kierujemy się emocjami…

Czy kobiety??? Czy one bardziej… Nie – każdy i każda z nas. Oczywiście, przez moją grzeczność, nie podkreślam, że „ciepli” czyli Sam Wiecie Kto… cały czas są w emocjach, one im gmatwają i rozmywają – nie tylko serce i duchowość, czy jakiegoś tam „podszeptywacza” niby duszka – takiego błękitnego jak dymek.
Ale to całe ich „jestestwo”, jego istota, jest słabością i ciągłym urażaniem… Wrażeniem że są urażani, dyskryminowani i odrzucani – przez wszystkich i wszędzie – w każdym zakątku i w urzędzie… ignorowani i umniejszani.

Już nawet ja – w codziennym rachunku sumienia – obrabiam to w myśli: czy nie popatrzyłam zbyt krzywo i zaskoczona, ale jednak może. Czy w spojrzeniu „oceniająca” lub „piętnująca”, na tę parkę „ciepłych”, jak ich moja Ania nazywa – wchodzących do galerii na kawę czy zakupy (KZ-KZ itd.),z ich gestami i z tym ich tembrem głosu, w przesadnych okularach, w ogóle przesadnych w każdym calu… To nie Singapur, nie Bangkok… nie ulica Amsterdamu…
Mieszkam w Polsce…
W jej cnotliwszej części… W historycznej i w długo-wiekowej stolicy tego kraju nad Wisłą, w Krakowie…
A naprzeciw mnie – w ruchome drzwi galerii „Serenada”… pakują się oni. Z ich wizją… wrażeniem, z jakąś wydumaną i karykaturalnie podkreślaną prawdą, wykrzywioną w oprawach ich okularów. No nie… Nie!!! 

No bo – jak, z przeproszeniem mam nie być zaskoczona…
No jestem, nie zmienię tego…
„Nie ma bata” 

Toż Bóg kiedyś mnie zapyta: dawałaś zgodę lub przyzwolenie??? Na niezgodne z naturą zachowanie czy ostentacyjną prezentację tych „walorów”, gestów – mowy i zachłannego uśmiechu. No nie ma bata… muszę być w zgodzie i szczera… Ze samą sobą, no przecież tak będę na tę rzeczywistość jaką zostawiam, patrzyła z dystansu… z moich lat życia, „leciech” – 100lecie czy 200 lecie życia mego… 

I przed moim „Stworzycielem i Zbawicielem” co ja powiem…
A że tolerancja, że Kraków to nie zaścianek, że Europa sięgnęła znów tradycji starożytnego Rzymu i tych późniejszych wyzwolonych czasów francuskich „bawidamków” XVII-XVIII wieku, patrz: zasadzani jak kapusta włoska czy brokuła – na polskim tronie…
Tak sztywno i chorowicie, roznoszących trypa… 
Tak usilnie przywożonych do zimnej, chłodnej Polski Franków z każdej (z ich dynastii). Dobór negatywny: import „franków”… w dziób kopanych… 
dziś nawet waluty o tej nazwie nie mają, już nie pamiętają… 
Ale walczą i biją kości i twarze łamiąc wszystkim w innych niż policyjne – kamizelkach…
Pomarańczowa, a może żółta – nie, nie tak!!!

Bo czas – na naszą rewolucję…
Znów to „czas najwyższy”…

Grzebnąć w emocjach. Walnąć pięścią w stół…
W myśli i czynach, w uczynkach…
Bo szlachta się nie dogadała, a wielmożowie by się powybijali – gdyby z jednej z rodzin – królewskich – uczynić, usankcjonować…
Więcej czarownic do spalenia nie było, nie zarejestrowałam wtedy – oddając ciuchy w Reserved…
chciałam…

Dość.
Ja tak mam, nie poradzę… Pracuję tak nad sobą – by białe dla mnie było białe, a czarne – czarnym – abym zło, mogła spokojnie nazwać, dać miano mu, i od niego odwrócić się całą sobą, plecami.. przydepnąć, zmacerować, zabić je w zarodku… by mi się nawet do stopy – nie przykleiło…

Stanę tam, przed Bogiem – jak każdy z nas. Nawet jak ateusz czy agnostyk…

Ale ja – przynajmniej w pokorze i po znojnym życiu. 
W prawdzie stanę… W prawdzie powiem, i będzie to też – prawdziwe. 

Tego się będę trzymać – bo na kłamstwie i kombinatoryce – wywraca się dziś wszystko, i cały ten świat… cały ten zgiełk – 
jak śpiewali klasycy naszego, polskiego rock’a, prawdziwego i pełnego mocy lat 90-tych ubiegłego stulecia. Wowww… 

Pracuj nad źródłem lęku, obaw i stresem – poznaj i opanuj je

Czy przyglądamy się swoim lękom, czy poznajemy ich źródła…

Czy oswajamy lęk w sobie, aby coraz rzadziej zaglądał nam w oczy?

Czy pracujemy nad nim?

Jeśli zapytam przeciętnego Malinowskiego jak odróżnia strach, lęk – czyli przeżywaną panikę oraz stres… powie mi pewnie o ich złożonych płaszczyznach, o czasie trwania, powrotach – powtórzeniach, sytuacjach w jakich się pojawia czy jakie powodują go oraz o tym, co czuje – bo jednak wiele z nich u źródła ma emocje i następujące po sobie odczucia z ciała…

Kiedy zapytam co z nim robisz, i czy robisz to faktycznie, rozmówca raczej zapyta mnie o więcej danych, niż potwierdzi. Aktywność wygaszamy do zera w sytuacji stresu, zmęczenia i zagubienia… 

Niewielu z nas potrafi konfrontować to zjawisko, ten stan ciała i umysłu z rzeczywistością – zapytać siebie: „ok, nie jest najlepiej… ale co takiego mi grozi”… „czuję się nie najlepiej, ale co się dzieje”… Warto zapytać: Jakie konsekwencje mnie czekają – teraz i w ogóle.

Niesamowicie ważne jest dobre postawienie pytania: Co uzyskuję a co tracę w danej sytuacji – czego może mnie nauczyć, co uzyskam na jej dobrym przejściu. Co znaczy dla mnie „wygrać”.

Co sobie wyobrażam, tworzę w swojej głowie… jakie obrazy i obawy są typowe dla mnie. Co jest realnością? Czy istnieje prawda obiektywna jeśli chodzi o przeżywanie sytuacji trudnych i wymagających większej mobilizacji, o sytuacje zadaniowe?

Jeśli każda sytuacja spotkania z kimś ważnym czy też rozmowa o pracę lub egzamin wywołują takie nieprzyjemne skutki, jakie czuję i przeżywam w środku, a wspomnienie o nich już na wstępie rujnuje kolejne sytuacje – to warto oglądać i analizować tę rzeczywistość i to, co we mnie, w moim wnętrzu zachodzi… Odkryć te sfery, nad którymi jestem w stanie zapanować – zmieniać je i odzyskać tym samym częściową kontrolę nas sobą i nad daną sytuacją… Nie mogę zmienić całej rzeczywistości, ale wiele mogę zmienić w sobie…

Gdy ćwiczę, myślę i mój umysł po wielu próbach odbiera/przekazuje/podaje dalej tylko dobre/właściwe oraz obiektywne informacje oraz komunikaty do reszty ciała… już jestem o krok przed swoim strachem. Wtedy zamknięcie oczu i poprawa/uspokojenie oddechu może mi przynieść ulgę i uspokojenie…

Wiele źródeł trudności i nieporozumień nosimy w sobie…

W wielu takich myślach na swój temat wspomagali nas nasi bliscy. Utrwalili w nas pozycję „przegranego”, looser’a…

Spodziewamy się często najgorszego… Nie dajemy sobie szansy (kolejny raz) i wyznaczamy w ten sposób coraz niższe poprzeczki, zbyt łatwe cele… 

Nie stwarzamy sobie możliwości odniesienia sukcesu, wygrania rywalizacji – z góry zakładamy porażkę i ustępujemy pola innym… Pochylamy głowę, oddajemy pole – często też prowokujemy wtedy atak czy jakiś rodzaj zemsty.

Nie wierzymy w siebie, własne możliwości i umiejętności oceniamy jako zbyt niskie i niewystarczające… Innych postrzegamy jako lepszych, mądrzejszych i urodziwych. Własne przekonania i pragnienia zaczynamy nazywać złudzeniami… marzeniami…

Innym źródłem odczuwania lęku, przerażenia i w konsekwencji całego zjawiska stresu – jest moja fantazja, psikusy jakie robi mój umysł. Ale także obawy rodzące się w głowie, a wynikające z wcześniejszych doświadczeń. Brak wcześniejszych sukcesów utrwala stereotyp myślenia o sobie… Gasi i tak wątłe już przekonanie, że mogę i potrafię…

Tak łatwo się wycofać i zrezygnować, gdyby nie to, co zaczynamy czuć w środku… Znamy to, ten moment jak zaczyna boleć dusza… Nasze oczy mokre od łez… I jakie przekonania rodzą się w głowie właśnie na swój temat… Co myślę każdego następnego dnia, z czym się budzę… Ten sam, znajomy smutek i rozpacz, ten głód i pragnienie… Wiecznie nie zaspokojone.  

Przypisujemy zbyt wielkie znaczenie tym zdarzeniom i sytuacjom jakie już miały miejsce w naszym życiu, stają się odnośnikiem i pewnym wzorem. 

Granicą poza jaką – niestety – nie wychodzimy. My ją stawiamy.

Nie mów tak, gdy myślisz „nie”

O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie… Ale przecież asertywność – prócz tego, że to nie zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa – daje nam wolność oraz pokazuje na zgodność naszych myśli i następujących po nich czynów. Asertywność to postawa zgodności. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania a nie osoby oraz to co zrobię sam – jaki czyn podejmę i jak zakomunikuję o swojej decyzji….

 W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i zgodność, dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny spokój – nie mamy wątpliwości. Generalnie – ich nie mamy lub nie dopuszczamy do takiego odczucia… W obu stronach wymiany, sobie i adwersarzu – nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany. 

Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej – przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty… do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas – powoduje ów dyskomfort. 

 Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal – pozostajemy we współzależności… I tyle, aż tyle… Więc jak tu mówić – nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi… nie lubię… mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam – aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej „zgody powszedniej” – nawet milczącego „tak”.

 Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością – tym moim „dość tego!”. Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to by mieć przewagę… ale zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie…

 Jestem mały, jestem słaby… Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna… ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć… Nie, nie będę więcej jej jadła…

 Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna – już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem! 

Trudna miłość…

Każdy chciałby kochać z uśmiechem na ustach. Szczęśliwy… 

Bez problemów – bez obciążeń. Bez obaw o jutro… pretensji ze strony innych…

Mieć i przeżywać poczucie radości z tego, kogo wychowujemy, ale też z kim żyjemy. I czasem nadchodzi taki dzień, gdy przełykamy gorycz wstydu, bo zawiodła nas pociecha, dokonała jakiejś strasznej rzeczy w życiu, komuś zalazła za skórę… Była złośliwa i zła, „przemocowa” lub też coś zabrała – ukradła. Pokazała jakiś gest lub wysmarowała paszkwil. Nie z ciekawości – ale najczęściej z nudy…

A tyle razy prosiliśmy… tłumaczyliśmy.

Była więc nadzieja, kwitła… i szybko umarła. Na pniu. 

I tak, zmyliło nas określenie „pociecha” – bo nie ucieszyła nas wcale. Kolejna gorycz, lecz i ją przyjdzie nam przełknąć z malutką (kurczącą się) godnością poruszonego człowieka. No i jak pracować dalej, tak starać się, tak czule wychować, tak opanować to, co młode i nieokiełznane, by w przyszłości stał/stała się dla nas – powodem do dumy… 

Bawią mnie wtedy określenia – jakich przesadnie wtedy używamy, gdy grzeczny – to np. tatusia syneczek, córeczka…. gdy łobuz – gdzie jest i była matka!!! Tak się czasem rozkłada odpowiedzialność za małego lub młodego człowieka. Czasem też – rodzic przychodzi poprzedzając sprawiedliwy atak – zmartwiony, rozczarowany i załamany. Bo przecież leżącemu, nie dokopią już – sam się skarży na bezradność, na swoją słabość.

Pamiętać trzeba, że w takiej sytuacji i tak niewygodnej pozycji – do rzeczonego kopania, do potępienia, znajdował się (jak jesteśmy rodzicami) prawie każdy z nas. Nie rodzimy się przecież z doktoratem czy magisterium z wychowania pociech. Trudno nam się odnaleźć w tej dynamicznej relacji. Czasem kosztuje nas to zmianę całego myślenia o świecie, o sobie… Zawsze pod chęcią współpracy – dostrzegamy pogodzenie się z faktami, bezsilność lub pokorę.

Jeśli ktoś żałuje fałszywie, kłamliwie tylko – osłaniając siebie, to i tak przecież poniesie owoce (grona) swoich oddziaływań, wychowania. Poniesie je już do końca, przez całe życie. To nie jest chwila wstydu – bo tylko chwilę trwa przyznanie się i pokorne wysłuchanie tego, co inni mają do powiedzenia. Co ich zabolało, zszokowało, poruszyło…

To jest życie. 

Ono boli… Tak ma być i jest.

Ludzie nie oszczędzają sobie razów, rugają drugiego z jakąś pasją, przyjemnością lub czasem z satysfakcją. Chcą czasem zobaczyć drugą osobę na kolanach. Kiedy zmalała, skurczyła się. Upodloną i uległą… Poczucie bezradności drugiego – powoduje, że my – czujemy się lepsi… mądrzejsi. Umieszczamy siebie wyżej… 

Złudzenie, belka w oku… 

Tak szybko zapominamy, mocno odcinamy się od tego, co trudne i kłopotliwe… Co było problematyczne i dla nas. Od życiowych niepowodzeń. 

Od tej trudnej miłości, gdy wychowujemy „młodych”. Nasze dzieci. 

Współczesna obsesja – agresja

Agresywnych nie lubi nikt, lecz się ich boi, wycofuje się przed taką znajomością. Są to zachowania niszczące relacje. Ale my – stwarzamy furtki!!! 

Staje się wygodna, nie trzeba zbyt wnikliwie analizować, wchodzić w sytuację i zatracać w empatii. Krótko, rzeczowo i na temat… Wręcz -zadaniowo.

Tak, lęk oraz frustracja są pewną pułapką… Ale to agresywna i bezrefleksyjna postawa zbiera w na co dzień żniwo. To „coś” rozbija rodzinę, wspólnotę krwi ale i inne grupy. Nie ma już celu, który jednoczy siły. Który uszlachetnia, spaja, wzmacnia. Są pojedyncze, incydentalne zadania. Taka zmiana powoduje, że nie podejmujemy wspólnych działań wzmacniając jedni – drugich. Doświadczenie rosnących trudności w porozumiewaniu się, kłótni i konkurencji – utrwalają w nas samych poczucie, jak niewiele już możemy wspólnie. Jak trudno dogadać się. Do czego doprowadziłby brak determinacji i podporządkowania, brak współpracy np. sforę wilków – watahę w środku zimy??? Ta świadomość, że nic sami nie zdziałamy, skazuje nas na psychologiczną i społeczną śmierć, na niebyt. Wszystko nas zaskakuje, a cała rzeczywistość rozpada się na naszych oczach i przygniata swym ciężarem… 

Najgorsze jest to, czego dokonujemy w myśleniu. Reinterpretacja – ściśle określona. Według przepisu… Usprawiedliwienie tego, co nie jest rozwojowe… Czasem wręcz mówimy, że ta cecha drapieżcy – jest „cenna” na pewnym stanowisku, w jakimś zawodzie, że jest świadectwem mocy. I tu uwaga…. Tak, cechuje życie ale tylko samotnika. Strzelca. Snajpera.

Dajemy w ten sposób siłę temu co kostyczne i brutalne oraz pozwalamy trwać i umacniać się w naszym codziennym życiu i w relacjach, w otaczającej nas – pewnej patologii. 

Nazywamy normą lub korzystnym to, co rozbija. Co niszczy jedność. 

 Naszym chlebem codziennym ma być trwanie w dyskomforcie i cierpieniu. 

Agresja kwitnie!!! Mnożą się współcześni konkwistadorzy.

Agresję wzmacniamy, przyzwalając na nią. Normalizujemy ją… Usprawiedliwiamy często. 

Kojarzy nam się z sukcesem. Z lepszym wynikiem i niezależnością. 

Ale też – z wyścigiem szczurów. Nieliczeniem się z drugim człowiekiem, jego stanem i wrażliwością, stratą czy jego wartościami. Chcę – żądam – mam (zdobywam). 

Niszczenie innych osób, konkurencja, stosowanie pułapek i podpuszczanie innych, by poprawić swoją pozycję i samopoczucie – staje się tylko formą „terapii naszych niedoskonałości”. Zasłoną dymną…

Uważajmy, aby nasza własna nonszalancja i nieświadomość tego, jakim jest zagrożeniem rodząca się w nas frustracja nie zwiodły nas jak pawi ogon. Zwalniając tym samym, od wszelkiej odpowiedzialności… Szkodzą one pracy w grupie – ale też są toksyczne dla życia rodzinnego, towarzyskiego, wpływają wreszcie na wychowanie dzieci. Lansowanie określonych postaw życiowych i stylu przekazu, rozmowy… 

Zamiast radzenia sobie ze złością i rozpoznawania lęku w sytuacji która nas niszczy, pracy poznawczej nad sobą i zmiany nastawienia, korekty zachowań oddajemy się temu co wynika ze zwierzęcej natury, gdzieś w nas tkwiącej. Nie uczymy się panować nad sobą. Nie powstrzymamy w ten sposób wyrażanej i okazywanej agresji…. Zwykłej, surowej i instrumentalnej agresji skierowanej właśnie na osobę…

Bo gdzie tu jest zysk z sytuacji??? Dać upust niewygodzie, trudności i napięciu z jakim nie nauczona jestem poradzić sobie. A gdzie odpowiedzialność i wysiłek? Nieuleganie naturze? Czy to ma być dobre??? Czy ma służyć rozwojowi wykonanie tego tylko, co złe i okrutne – za wysoką przecież cenę. 

Boję się

Wydaje nam się, że wszystkie zadawane przez nas pytania są proste i nie sprawią żadnej trudności – szczególnie małemu człowiekowi, uczniowi…

Dziś od takich prostych i przyjemnych pytań skierowanych do dzieci zaczęłam z nimi trudne spotkanie, było ciekawie i zabawnie. Ale nastrój prysł gdy przeszliśmy do tego, co było istotą spotkania – czego się boją i lękają w szkole, na zajęciach, kogo… co ich przeraża.

Jak łatwo obiecać dziecku: Zajmę się tym, pomogę… i wzbudzić jego zaufanie, wyrazić troskę i obiecać pomoc… Dzieci często same dają odpowiedź i receptę na spotykające ich trudności, nieszczęścia, bolączki…

Inne, wychodząc z lekcji wyrażają zwątpienie i brak nadziei: „I tak się nic nie da zrobić, nic się nie zmieni”… I to jest chyba dla mnie najgorsze a dla nas wszystkich – smutne, bo nawet ja, czuję nałożone na mnie ograniczenia…

To oni są tu niesamowicie skupieni, zagubieni – szczerzy i prawdziwi, oni – którzy mają po 10 lat!!!

Ale co potem? Jak wyjść z twarzą, ale też podjąć się przynajmniej części tych obietnic, realizując je… Przecież nie zwolnię (ja, czy też dyrektor) tego nauczyciela na jakiego się skarżą, rozmawiałam z nim też wielokrotnie – ale jest to rodzaj muru, bariery… Przekonanie o swojej nieomylności.

Ale odczucia dziecka, są spontaniczne i szczere… zaskakują mnie dojrzałością i determinacją, bo przez człowieka naprawdę można przestać lubić sam trudny przedmiot… Przez to jacy jesteśmy, czego wymagamy, jak traktujemy dziecko, czy pozwalamy się mu rozwijać, smakować tę mądrość, odnosić sukcesy i zdobywać stopniowo wiedzę – czy też, już na starcie, wydajemy sąd o tym, kim jest i kim będzie za kilka lat… sąd wartościujący. Czy „rangujemy” klasę czy oceniamy bezpośrednio, punktując i tworząc  mrożący krew w żyłach – szkolny dystans….

Uważaj, co obiecujesz – bo pod słowami: „zajmę się tym”, czy „jestem tu po to, by wam pomóc” podpisujesz się ty sam… A przed tobą – na tych twarzach malują się niepewność i obawa, oraz wszystkie ludzkie nadzieje, marzenia, niepokoje i poczucie bezradności, tropionego i wystawionego na strzał – teraz jeszcze – słodkiego dzieciaka – zwierzaka!!!!

Tolerancja – tylko słowo?

O tolerancji już tak wiele zostało powiedziane… Za oceną idzie tak mała świadomość i otwartość na drugiego człowieka. Niski poziom współodczuwania oraz taka rezerwa i chłód we wzajemnych stosunkach.


Przecież ta „inność” właśnie o nas stanowi. Ta ubogacająca odmienność…

Czytając w piątek 12.10. mocne komentarze pod artykułem opisującym wybór Nauczyciela Roku przez środowisko ZNP i „Głos Nauczycielski” – periodyk dość poczytny w tym gronie, poczułam się zażenowana… Zawstydzona atakiem pseudo-poprawnych osób. Pomruki niezadowolenia i komentarze pod tekstem… Groźne i skandalizujące komentarze, osób, które siliły się mocno na poprawność polityczną… 

A gdzieś w tym wszystkim zginął człowiek… 

Skoro komuś z odmienną orientacją odmawia się tego, że dobrze pracuje i jest uczciwym facetem, dobrym i pewnie lubianym człowiekiem, to co właściwie takiego się dzieje wokół tematu, i kogo rozjuszył tym – kim i jaki jest…

Gdzie odrobina życzliwości w narodzie… Nie musimy nikogo kochać za jego poglądy czy orientację, ale taka fala wyrzutów, umniejszeń czy paszkwili – komu służy. Komu???

Albo jakim jest świadectwem dla tego środowiska…

Tak prosto jest rzucić kamień, słowo, obelgę… Tak łatwo się innych krzywdzi i oskarża o to nawet, czego nie robią… Tak smutno zaś – patrzy się na owoce: bo są cierpkie i kwaśne. Ja naprawdę zaczynam czuć się i doświadczać tego zaścianka, tej małej naszej otwartości w sercach i umyśle, i trochę boję się tego, że już nie ma prywatności, że nie jesteśmy zdolni do tego, by lubić i szanować innych. I że to wszystko należy się tylko po jakiejś wstępnej umowie, pod warunkiem: jedynie za coś… a nie dlatego – że jesteśmy, że się urodziliśmy i żyjemy… 

Ku czemu zmierzamy???

Do jakich czasów i do jakich doświadczeń skłaniamy się, jakiej wojny stajemy się zakładnikami, żołnierzami i najemnikami???

Ja – spuszczam głowę, wstyd mi, po prostu… Po ludzku…  

Z tym ptakiem, jest właśnie tak… Jest sam… Bo samotny ten lot, jak te ludzkie relacje są pełne samotności…

Zdobywamy i tracimy

Przyjaźń.

Krucha, misterna konstrukcja, zmieniająca się z czasem. Oscylująca pomiędzy bliskością, złudzeniem a prawdą. Zyskująca z czasem na wartości. Sprawdzana, badana… Testowana nieustannie.

Rzadka… Egzotyczna. Niecodzienna…

Ludzka cecha, sprawdzian bliskości i znajomości drugiego człowieka, codzienna, tak rośnie jak jej dostarczamy pokarmu, duchowej strawy.

Rzeczywisty owoc zabiegów człowieka, płynąca prosto z serca i angażująca nas całych. Trudna, niełatwa… Wymagająca pielęgnacji… Niecodzienna… Ale warta wszystkiego. Nie do zastąpienia…