Paproch w oku

Coś mnie podrażniło… nie mogę znaleźć spokoju serca, czuję się jak małż, wpadły w oko słowa, ale zmęczenie nie pozwoliło ich zbyt prosto obrobić i zapomnieć…
Wszedł przed chwilą do mojego pokoju Albercik – mówi, „potknąłem się rano na kamieniu, wpadłem w trawę i dotknąłem jej okiem, i podrażniła mnie, bo na trawę jestem uczulony”. I trze to oko bida mała.
Bo higienistka zajęta, a on potrafi to uszanować, mimo że ma tylko 8 lat – że ktoś jest do zaopiekowania się i ważniejszy – przed nim…
I mnie tak wpadło coś w serce, dwa i trzy dni temu – a teraz uważnie przyglądam się tym, którym mogę dać i dotknąć ich tą trawą, tym piaskiem… Wrzucić im trochę pyłu, by zajęły się sprawami ciut większymi niż jajecznica, mycie okna, ścieranie kurzu z biurka…

Czy naprawdę wszystko przeminie?
Czy zostanie mi pamięć o Albercie i kosmatej, wszędobylskiej trawie???

Boli? To żyjemy…

Miałam okazję poprzedni weekend spędzić modlitewnie, „wyciszeniowo” i rozwojowo zarazem – rozwijałam moją osobistą relację. Ale kontekst był piękny – siadałam z kilkoma paniami, starszymi już i słuchałam ich rozmów, ich niezwykle ciepłych słów o nadchodzącej starości, utracie sił…
Nie tylko znane nam wszystkim hasło robiło wrażenie: „jak mnie boli, rano – to czuję że żyję, dziękuję za to i po prostu się cieszę!”…
Najbardziej bawiło mnie, gdy ktoś z prowadzących spotkanie używał zwrotu: „przypomnijcie sobie, pamiętacie???”, odnosząc się do wcześniejszych zajęć lub wczorajszych treści… Nakłaniał nas do uważności, na to, co robimy i omawiamy.
Wtedy jedna z nich, Mariolka chyba, mówiła: „są takie dni, gdy ja nawet nie pamiętam jak mam na imię”
Rozbrajające. Jak ja ją kocham, jak rozumiem…
Naprawdę, wszystkie Mariolki w moim życiu to fantastyczne i oryginalne dziewczyny. Ciekawe świata, znające swoje możliwości i ograniczenia, coś w tym jest.

Zapiski kłusownika

Nawet gdy przerzucamy się odpowiedzialnością za dokonane w naszym dzieciństwie zmiany, towarzyszące nam cierpienie, posunięcia innych ludzi, myślimy tylko o tych złych i słabych. Z tej perspektywy daleko nam do sukcesu… nawet jego zarysu.
Oddalamy się od tego, co możemy zrobić wspólnie. W spotkaniu człowieka z człowiekiem, pracy terapeutycznej nie chodzi przecież o szukanie i wskazywanie winnych.
Trzeba zrobić coś, mały krok… a czasem wiele. Cierpienie powoduje często pośpiech – a w życiu mamy czas ograniczony. Skutki pośpiechu i niechlujstwa – dotkliwie bolą…

Choćby nic się nie działo… obrazki zawsze będą śmigały…


Niecierpliwość to nasza mała przywara, gdy pojawia się zbyt wiele liter mózgi przegrzewają się i wyłączają. To już staje się swego rodzaju tradycją… Może mniej obrazków – zdało by się rzec, gdzież tam… chętnie dajemy się omotać temu co świeci, błyska i zmienia się w tempie często nas uszkadzającym. Więc do  dzieła, młoda gromado… zasypcie nas tego rodzaju materiałem a już wkrótce zapomnimy co to treść, forma i w ogóle…. słowo pisane ….

Złe komentarze się maże…

Zapadły mi głęboko słowa o. Szustaka z jego nowego vloga – te , które sprowokowała wcześniejsza wrzawa Internetowa, odzew. I -pewnie nie jedna, ale jak zawsze, cechująca się niemiłosierną sieczką i szlamem, upustem  powszechnej krytyki, wyrażanej antypatii i pełnej nienawistnej wichrzycielskiej krwi, piany bitej i naczyń rozbijanych na głowach autorów: twórców filmików, tekstów i muzyki, ludzi o duszach mniej i bardziej artystycznych, autorów oryginalnych i naprawdę – różnych – programów,  zamieszczanych powszechnie w social-mediach, w przestrzeni i piszących w ogóle – blogerów… Kapitalny zwrot i komentarz do tych „nienawistnych spojrzeń i publikowanych „zdań własnych”: a mianowicie „kogo to obchodzi??? czy ktoś cię pyta o zdanie i prosi o twoje wrażenia (za wyjątkiem tych, co proszą i zapraszają do polubień???). Masz prawo je mieć ale nie ma musu – wyrażać…
Zwłaszcza w formie – ubliżanie, hejt, czyli nienawidzenie osoby autora. Poniżanie go…

Cudna wypowiedź, prawdziwe słowo. I na końcu – zaproszenie do „pokojowej” wojny pełnej miłości i uśmiechu – z tym co w nas małe, pokurczone i pełne zazdrości…
A jednak to, co mocno rezonuje, odwala w głowie… Sprawia, że oddalamy się od człowieka i jego świeżej i kruchej – idei, od naszego brata, od kolegi, od miłości. I wtedy, właśnie wtedy – znów w krzywym zwierciadle patrzymy na siebie, na dzieło doskonałe i bez skazy – pozornie. I podziwiamy narcystycznie – siebie!

Na piedestale, na pomniku znów – my!!!

Chociaż nie chcemy – odpychamy

Nikt tak bardzo, jak człowiek, nie potrafi w tym świecie ranić dotkliwiej oraz mocno, po czym, nieszczerze też żałować. 

Najczęściej ofiarą padają bezbronni i najmłodsi, czasem też zwierzęta, bezgranicznie ufające… człowiek jednak z wiekiem uczy się ostrożności i uczy się „jak nie zaufać”. W ten sposób rosną nam szwadrony mniej uczuciowych, nieufających, ostrożnych i wyalienowanych. Pozostających daleko, nawet od własnego ciała, pragnień, chcenia czy niechcenia. Odsuwają się – także od siebie samych starając się nie zagłębiać zanadto. 

W kolejnych pokoleniach to oni będą „odpychać…”P1070735 chociażby tego nie chcieli robić.         

Odpowiedzialność za pomaganie

Wiedzieć coś o pomaganiu, rozumieniu sytuacji czy psychice rozmówcy – to tylko myśleć, że się wie jak i komu przekazać wiadomość, jak dobrać gest, uśmiech i każde słowo…
Wnętrze człowieka jest tak delikatne jak mechanizm zegara, jak piórko ptaka czy skorupka jego jaja, jeśli myślimy tu o eksperymentowaniu to raczej wróćmy do pieczenia ciast lub gotowania…

W majestacie nieba

Zmęczonym stopom dać podporę, dać ulgę…

Usiąść, odetchnąć, dać się unieść marzeniom – odciąć od rzeczywistości.

Czasem chce mi się znów iść, oddalić się – uciec od tego co jest codziennością, pewną powtarzalnością dni. Mam ochotę i pragnienie – zrobić sobie przerwę. Wolny czas…


Każdy ma takie swoje marzenia i tęsknoty, oddalenia od dnia powszedniego i ochoty… jakim ulega bądź jakie od siebie odsuwa. Bycie sam na sam z takimi utratami, złymi inwestycjami, świadomością czasu jaki się przetrawiło na niczym… na czymś miałkim przypominają o tym częściej. 


Kiedy dodatkowo zdamy sobie sprawę z tego ile mamy lat, jakie plany i marzenia towarzyszyły naszej młodości i jak niewiele z nich doprowadziliśmy do szczęśliwego finału, jak niewiele osiągnęliśmy. Pomyślimy o zależności, o brakach… o uśpionych pragnieniach – całe nasze błądzenie, droga, jej nierówności – kamienie, błoto i glina stają nam przed oczami. 


Nasza samotna droga – powolne fizyczne konanie. 

Piękne konanie – w majestacie nieba….

 

#Test na #człowieka

Zastanawiam się, o ile łatwiej byłoby zdać nam sprawdzian z bycia człowiekiem, jeśli nieskończenie wiele razy przećwiczylibyśmy algorytmy postępowania i bycia w bliskiej relacji. 

Czy można przełożyć to „bycie” na „ćwiczenie” i czy ograniczona liczba zdarzeń, procedur, sytuacji – wyczerpałaby jakąkolwiek i czyjąkolwiek życiową listę…

I jeszcze… każdy z nas ma jakąś swoją specyfikę, do tego działanie fatum i losu, ale też – nakładanie się scenariuszy… plus wypadkowa doświadczeń, zwłaszcza tych złych. Setki niepowodzeń, odrzuceń, bolesnych utrat, nieliczne lub przypadkowe sukcesy. 

Skąd więc pomysł na to, by przyjść do drugiej osoby i prosić o pomoc. O jakieś „panaceum”??? Możemy najwyżej usiąść razem i jak Lis i Mały Książę, patrzeć w jednym kierunku, powoli się do siebie zbliżając.

Każdego dnia, od nowa, o jakąś śmiesznie małą część dystansu. 

Moim zadaniem i sensem pracy jest „dać nadzieję”, trwać przy kimś, ogarniać więcej niż klient, ale i czekać na jego „lepszy moment”.

Znieczulać wcześniejszy ból i pokrzepić…

Dawać nadzieję… Obalać mity.

Drzeć na strzępy wątłe scenariusze… 

Czasem być plastrem.

Kiedy indziej zastrzykiem wypełnionym lekiem czy szczepionką… Namiastką ozdrowienia.

Innym rodzajem doświadczenia.

Zaprzeczeniem powtarzającej się regule. 

Ludzie niechętnie otwierają się, odsłaniają – mając za coś mało interesującego, czy godnego nagrody i powodów do chwały ten szereg blizn i zadrapań na duszy. 

 

Matka i Córka

Chyba nie ma ludzi dobrych i złych. Są ci, którzy się pogubili, już całkiem. Odpadli, polegli na dobre a raczej na złe… I też są ci, którzy potrafili się odnaleźć.

Kobieta, po dłuższej rozmowie, wybucha u mnie płaczem, z napięcia i niepewności. Wpół słowa pęka… a zdawała się taka „przygotowana”.  

Wszystko starała się robić w kontakcie ze swoim dzieckiem, najlepiej, najpełniej – aż zatraciła siebie. W takim napięciu, na takim wysokim „c”… że cisza i panujące napięcie nie były już do zniesienia…

Ani dla niej, ani dla małej jeszcze córki.

Obie reagowały napięciem, milczeniem czy zmęczeniem. Czasem też złością. Ale taką – wiecie, z bezsilności…


Na twarzy maluje się nam wtedy „to”, czego nie chcemy wypowiedzieć, mimowolnie zaciskają się szczęki, zęby. Oczy strzelają na boki… Nie ma takiej siły byśmy powstrzymali przepływające emocje i napięcie, jakie tworzy ich kumulacja we wnętrzu człowieka. Do tego nawet stopnia, że zaczynamy chorować – „somatyzować”.

Jeśli mama zauważyła to w  porę, pozostało jej wiele do uratowania i sporo energii do wydatkowania, aby powstrzymać siebie i swój niszczący wpływ na relację, na burzenie domowego pokoju, ciszy… Może nawet uda im się stworzyć coś wspólnego i wartościowego – jakieś  „dobre rytuały” – spacer, wspólny basen, zakupy tylko we dwie… wyjątkowy deser.

Utarło się mówić, że kobieta do kobiety ma bliżej…

Czasem to właśnie królowa – matka niszczy swoje potomstwo niczym jakąś potencjalną konkurencję, czasem robi to z obawy, kiedy indziej, z bezradności, nieumiejętności bo tego samego doświadczała w dzieciństwie… powtarza schemat, wzorzec, skrypt.

Mamy takie zapisy, skrypty których się nie pozbywamy. Po części – bo nie umiemy – nie wiemy jak, nie czytamy ich, a może, nie potrafimy się z nimi rozstać – bo co wtedy… niewygodna prawda??? Brak uporządkowania, scenariusza, „gotowca” – „szimela”…. jakiegoś usystematyzowania, Boże broń… 

Sami jak palec, zdaje się – bezbronni wobec świata.

Eksperymentować i poszukiwać też trzeba umieć, potrafić…

Ale też – po prostu… chcieć!!!