Ciekawość i zachłanność

Zadajemy tyle pytań i tak bardzo na nich się koncentrujemy, że przestajemy słuchać odpowiedzi. Jesteśmy przeważnie urzeczeni samymi sobą, popadamy w ten samozachwyt i oddajemy się uwielbieniu, rozkoszy i podziwowi. Nigdy kimś, a zawsze – sobą.

Wydaje nam się, że większość zadań wykonujemy perfekcyjnie, nie chcemy się też przyznawać do błędów i potknięć. Biegniemy na oślep przekonani o zasadności naszych ruchów, nieomylności działań i słów…

Bagatelizujemy momenty w życiu, gdy poniżamy i ośmieszamy drugiego człowieka – ciężko jest nam przyznawać się do błędów. Ale łatwo je powtarzamy… Potem markujemy działanie, udajemy odwagę – choć pod nią ukrywamy tylko butność. Nie… każdy tak robi, jest małostkowy i bezduszny, ale nie ja…

Nasze pobudki określamy jako wielkie, ważne czy zasadne…

To mały człowiek w nas tkwi, rozpycha się… Panoszy… Oswajamy swój strach, spychamy lęki głęboko do środka, dumni – że trwamy, jesteśmy i żyjemy. Kradniemy cudzą energię tak często, jak i pomysły. Potem – najwyżej spuścimy nisko głowę, chwila wstydu, i dalej… w życie, w drogę…

 

Zdobywamy i tracimy

Przyjaźń.

Krucha, misterna konstrukcja, zmieniająca się z czasem. Oscylująca pomiędzy bliskością, złudzeniem a prawdą. Zyskująca z czasem na wartości. Sprawdzana, badana… Testowana nieustannie.

Rzadka… Egzotyczna. Niecodzienna…

Ludzka cecha, sprawdzian bliskości i znajomości drugiego człowieka, codzienna, tak rośnie jak jej dostarczamy pokarmu, duchowej strawy.

Rzeczywisty owoc zabiegów człowieka, płynąca prosto z serca i angażująca nas całych. Trudna, niełatwa… Wymagająca pielęgnacji… Niecodzienna… Ale warta wszystkiego. Nie do zastąpienia…

 

 

Rewelacje wiosenne lepsze niż… rewolucje kuchenne. O ekologii i rodzinie słowa

O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.

Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i – ogólnie mówiąc – środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. 

Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek – jaką jest rodzina – tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. 

Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny – wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia – potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko – czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: „gdzie tkwi błąd?” – gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. 

Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? 

Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra – Wójcik

http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm

Spokój i dostojność…

Wydaje nam się, że im więcej powiemy, im głośniejsi jesteśmy – myślimy, że zaznaczymy swoją obecność, popularność i podkreślimy siłę. Czy nie wyrazem swojego ciała, oczu i pyszczka, tym spokojem i opanowaniem, poczuciem spokoju i wyższości reaguje nasz członek rodziny… Ona wie, że więcej niż słowa i zapewnienie znaczy ciepło i opieka, miłość – to wszystko wypełnia przestrzeń.

Ona czuje kto tu rządzi. I dlatego – zawsze dobrze wybiera. Każdemu tego życzę… Tej pewności. Tego spokoju. Tego – dostojeństwa…

Paproch w oku

Coś mnie podrażniło… nie mogę znaleźć spokoju serca, czuję się jak małż, wpadły w oko słowa, ale zmęczenie nie pozwoliło ich zbyt prosto obrobić i zapomnieć…
Wszedł przed chwilą do mojego pokoju Albercik – mówi, „potknąłem się rano na kamieniu, wpadłem w trawę i dotknąłem jej okiem, i podrażniła mnie, bo na trawę jestem uczulony”. I trze to oko bida mała.
Bo higienistka zajęta, a on potrafi to uszanować, mimo że ma tylko 8 lat – że ktoś jest do zaopiekowania się i ważniejszy – przed nim…
I mnie tak wpadło coś w serce, dwa i trzy dni temu – a teraz uważnie przyglądam się tym, którym mogę dać i dotknąć ich tą trawą, tym piaskiem… Wrzucić im trochę pyłu, by zajęły się sprawami ciut większymi niż jajecznica, mycie okna, ścieranie kurzu z biurka…

Czy naprawdę wszystko przeminie?
Czy zostanie mi pamięć o Albercie i kosmatej, wszędobylskiej trawie???

Boli? To żyjemy…

Miałam okazję poprzedni weekend spędzić modlitewnie, „wyciszeniowo” i rozwojowo zarazem – rozwijałam moją osobistą relację. Ale kontekst był piękny – siadałam z kilkoma paniami, starszymi już i słuchałam ich rozmów, ich niezwykle ciepłych słów o nadchodzącej starości, utracie sił…
Nie tylko znane nam wszystkim hasło robiło wrażenie: „jak mnie boli, rano – to czuję że żyję, dziękuję za to i po prostu się cieszę!”…
Najbardziej bawiło mnie, gdy ktoś z prowadzących spotkanie używał zwrotu: „przypomnijcie sobie, pamiętacie???”, odnosząc się do wcześniejszych zajęć lub wczorajszych treści… Nakłaniał nas do uważności, na to, co robimy i omawiamy.
Wtedy jedna z nich, Mariolka chyba, mówiła: „są takie dni, gdy ja nawet nie pamiętam jak mam na imię”
Rozbrajające. Jak ja ją kocham, jak rozumiem…
Naprawdę, wszystkie Mariolki w moim życiu to fantastyczne i oryginalne dziewczyny. Ciekawe świata, znające swoje możliwości i ograniczenia, coś w tym jest.

Zapiski kłusownika

Nawet gdy przerzucamy się odpowiedzialnością za dokonane w naszym dzieciństwie zmiany, towarzyszące nam cierpienie, posunięcia innych ludzi, myślimy tylko o tych złych i słabych. Z tej perspektywy daleko nam do sukcesu… nawet jego zarysu.
Oddalamy się od tego, co możemy zrobić wspólnie. W spotkaniu człowieka z człowiekiem, pracy terapeutycznej nie chodzi przecież o szukanie i wskazywanie winnych.
Trzeba zrobić coś, mały krok… a czasem wiele. Cierpienie powoduje często pośpiech – a w życiu mamy czas ograniczony. Skutki pośpiechu i niechlujstwa – dotkliwie bolą…

Choćby nic się nie działo… obrazki zawsze będą śmigały…


Niecierpliwość to nasza mała przywara, gdy pojawia się zbyt wiele liter mózgi przegrzewają się i wyłączają. To już staje się swego rodzaju tradycją… Może mniej obrazków – zdało by się rzec, gdzież tam… chętnie dajemy się omotać temu co świeci, błyska i zmienia się w tempie często nas uszkadzającym. Więc do  dzieła, młoda gromado… zasypcie nas tego rodzaju materiałem a już wkrótce zapomnimy co to treść, forma i w ogóle…. słowo pisane ….

Złe komentarze się maże…

Zapadły mi głęboko słowa o. Szustaka z jego nowego vloga – te , które sprowokowała wcześniejsza wrzawa Internetowa, odzew. I -pewnie nie jedna, ale jak zawsze, cechująca się niemiłosierną sieczką i szlamem, upustem  powszechnej krytyki, wyrażanej antypatii i pełnej nienawistnej wichrzycielskiej krwi, piany bitej i naczyń rozbijanych na głowach autorów: twórców filmików, tekstów i muzyki, ludzi o duszach mniej i bardziej artystycznych, autorów oryginalnych i naprawdę – różnych – programów,  zamieszczanych powszechnie w social-mediach, w przestrzeni i piszących w ogóle – blogerów… Kapitalny zwrot i komentarz do tych „nienawistnych spojrzeń i publikowanych „zdań własnych”: a mianowicie „kogo to obchodzi??? czy ktoś cię pyta o zdanie i prosi o twoje wrażenia (za wyjątkiem tych, co proszą i zapraszają do polubień???). Masz prawo je mieć ale nie ma musu – wyrażać…
Zwłaszcza w formie – ubliżanie, hejt, czyli nienawidzenie osoby autora. Poniżanie go…

Cudna wypowiedź, prawdziwe słowo. I na końcu – zaproszenie do „pokojowej” wojny pełnej miłości i uśmiechu – z tym co w nas małe, pokurczone i pełne zazdrości…
A jednak to, co mocno rezonuje, odwala w głowie… Sprawia, że oddalamy się od człowieka i jego świeżej i kruchej – idei, od naszego brata, od kolegi, od miłości. I wtedy, właśnie wtedy – znów w krzywym zwierciadle patrzymy na siebie, na dzieło doskonałe i bez skazy – pozornie. I podziwiamy narcystycznie – siebie!

Na piedestale, na pomniku znów – my!!!