O porzuceniu – a pikantnie

Dziekanowice – widok na nadjeżdżające od strony Wa-wy pociągi

Mogłabym rzec – to był zwyczajny dzień i nie zwiastował niczego szczególnie dobrego czy złego… ale wydarzenia jakie zastartowały od południa – aż do godziny piętnastej, sprowokowały lawinę – słów, hejtu do mnie li tylko, nie do pracodawcy – bo o jakość wykonywanych obowiązków poszło….

Choć było też kilka innych „złamanych serc”.

Trzeba przyznać że niektórzy mają wśród znajomych i przyjaciół, i tych co do których słabość jest… Czasem serducha kiedy indziej – umysłu…

Zabolało. Mocno i mnie…Choć nie wykrzykiwałam nikomu w twarz. Czyżbym był zapomniany, czyżby Bóg o mnie już nie pamiętał? Kolebał mi się…

Czasem i my, zadajemy takie pytania, doświadczając głębokiej i dojmującej samotności. Nie przeżyliśmy żadnej widocznej tragedii, niby – nic złego się nie stało, a tu nie wiadomo skąd – samotność, bezradność, strach lub panika.

I zalewa nas pustka – choć wydaje mi się, że to powaga, cisza najpierw mnie wypełnia… i jakiś nieokreślony smutek. Gdzie mój rycerz, mój obrońca…

Ale właśnie ze złego i słabego, z trudnego i marudnego, ze zmrożonego – zważonego – wolno bijącego, coraz wolniej – przykładaniem lodu, chłodu samotności – domrażaniem go ma szansę urodzić się coś dobrego. Nowa jakość… Nowa ja, wstać z kolan, wznieść się z popiołu…

– Takie przeżycie może się stać prawdziwym, czasem łaski. Prowokuje do wytrwałej i naprawdę upartej modlitwy. Rodzi wiarę, że Ojciec działa, że jest… i mój biologiczny, patrzy już może z nieba na mnie, ale ten w Duchu – i w Prawdzie, to już na pewno trwa przy mnie… w kłopotach, w trosce, w tym i oskarżycielskim tonie kierowanym do mnie, a zwłaszcza w godzinie męki, w piętnastej jej minucie!!! On nie może mnie zostawić, zapomnieć – aż do tej chwili i nie może zapomnieć o swoim ukochanym dziecku.

Co innego mąż… prawie się rozstaliśmy po krótkiej wieczornej bitwie, słownej wojnie!!!!

O kobietach i dla kobiet!!!!

https://mycamino2010.blogspot.com/2019/03/a-ja-mimo-wczoraj-jestem-tez-z-dzis.html?showComment=1553522178481#c2512057340512341224Prawda – mnie wyzwoli…

Myślimy emocjonalnie…
Kierujemy się emocjami…

Czy kobiety??? Czy one bardziej… Nie – każdy i każda z nas. Oczywiście, przez moją grzeczność, nie podkreślam, że „ciepli” czyli Sam Wiecie Kto… cały czas są w emocjach, one im gmatwają i rozmywają – nie tylko serce i duchowość, czy jakiegoś tam „podszeptywacza” niby duszka – takiego błękitnego jak dymek.
Ale to całe ich „jestestwo”, jego istota, jest słabością i ciągłym urażaniem… Wrażeniem że są urażani, dyskryminowani i odrzucani – przez wszystkich i wszędzie – w każdym zakątku i w urzędzie… ignorowani i umniejszani.

Już nawet ja – w codziennym rachunku sumienia – obrabiam to w myśli: czy nie popatrzyłam zbyt krzywo i zaskoczona, ale jednak może. Czy w spojrzeniu „oceniająca” lub „piętnująca”, na tę parkę „ciepłych”, jak ich moja Ania nazywa – wchodzących do galerii na kawę czy zakupy (KZ-KZ itd.),z ich gestami i z tym ich tembrem głosu, w przesadnych okularach, w ogóle przesadnych w każdym calu… To nie Singapur, nie Bangkok… nie ulica Amsterdamu…
Mieszkam w Polsce…
W jej cnotliwszej części… W historycznej i w długo-wiekowej stolicy tego kraju nad Wisłą, w Krakowie…
A naprzeciw mnie – w ruchome drzwi galerii „Serenada”… pakują się oni. Z ich wizją… wrażeniem, z jakąś wydumaną i karykaturalnie podkreślaną prawdą, wykrzywioną w oprawach ich okularów. No nie… Nie!!! 

No bo – jak, z przeproszeniem mam nie być zaskoczona…
No jestem, nie zmienię tego…
„Nie ma bata” 

Toż Bóg kiedyś mnie zapyta: dawałaś zgodę lub przyzwolenie??? Na niezgodne z naturą zachowanie czy ostentacyjną prezentację tych „walorów”, gestów – mowy i zachłannego uśmiechu. No nie ma bata… muszę być w zgodzie i szczera… Ze samą sobą, no przecież tak będę na tę rzeczywistość jaką zostawiam, patrzyła z dystansu… z moich lat życia, „leciech” – 100lecie czy 200 lecie życia mego… 

I przed moim „Stworzycielem i Zbawicielem” co ja powiem…
A że tolerancja, że Kraków to nie zaścianek, że Europa sięgnęła znów tradycji starożytnego Rzymu i tych późniejszych wyzwolonych czasów francuskich „bawidamków” XVII-XVIII wieku, patrz: zasadzani jak kapusta włoska czy brokuła – na polskim tronie…
Tak sztywno i chorowicie, roznoszących trypa… 
Tak usilnie przywożonych do zimnej, chłodnej Polski Franków z każdej (z ich dynastii). Dobór negatywny: import „franków”… w dziób kopanych… 
dziś nawet waluty o tej nazwie nie mają, już nie pamiętają… 
Ale walczą i biją kości i twarze łamiąc wszystkim w innych niż policyjne – kamizelkach…
Pomarańczowa, a może żółta – nie, nie tak!!!

Bo czas – na naszą rewolucję…
Znów to „czas najwyższy”…

Grzebnąć w emocjach. Walnąć pięścią w stół…
W myśli i czynach, w uczynkach…
Bo szlachta się nie dogadała, a wielmożowie by się powybijali – gdyby z jednej z rodzin – królewskich – uczynić, usankcjonować…
Więcej czarownic do spalenia nie było, nie zarejestrowałam wtedy – oddając ciuchy w Reserved…
chciałam…

Dość.
Ja tak mam, nie poradzę… Pracuję tak nad sobą – by białe dla mnie było białe, a czarne – czarnym – abym zło, mogła spokojnie nazwać, dać miano mu, i od niego odwrócić się całą sobą, plecami.. przydepnąć, zmacerować, zabić je w zarodku… by mi się nawet do stopy – nie przykleiło…

Stanę tam, przed Bogiem – jak każdy z nas. Nawet jak ateusz czy agnostyk…

Ale ja – przynajmniej w pokorze i po znojnym życiu. 
W prawdzie stanę… W prawdzie powiem, i będzie to też – prawdziwe. 

Tego się będę trzymać – bo na kłamstwie i kombinatoryce – wywraca się dziś wszystko, i cały ten świat… cały ten zgiełk – 
jak śpiewali klasycy naszego, polskiego rock’a, prawdziwego i pełnego mocy lat 90-tych ubiegłego stulecia. Wowww… 

Ciekawość i zachłanność

Zadajemy tyle pytań i tak bardzo na nich się koncentrujemy, że przestajemy słuchać odpowiedzi. Jesteśmy przeważnie urzeczeni samymi sobą, popadamy w ten samozachwyt i oddajemy się uwielbieniu, rozkoszy i podziwowi. Nigdy kimś, a zawsze – sobą.

Wydaje nam się, że większość zadań wykonujemy perfekcyjnie, nie chcemy się też przyznawać do błędów i potknięć. Biegniemy na oślep przekonani o zasadności naszych ruchów, nieomylności działań i słów…

Bagatelizujemy momenty w życiu, gdy poniżamy i ośmieszamy drugiego człowieka – ciężko jest nam przyznawać się do błędów. Ale łatwo je powtarzamy… Potem markujemy działanie, udajemy odwagę – choć pod nią ukrywamy tylko butność. Nie… każdy tak robi, jest małostkowy i bezduszny, ale nie ja…

Nasze pobudki określamy jako wielkie, ważne czy zasadne…

To mały człowiek w nas tkwi, rozpycha się… Panoszy… Oswajamy swój strach, spychamy lęki głęboko do środka, dumni – że trwamy, jesteśmy i żyjemy. Kradniemy cudzą energię tak często, jak i pomysły. Potem – najwyżej spuścimy nisko głowę, chwila wstydu, i dalej… w życie, w drogę…

 

Zdobywamy i tracimy

Przyjaźń.

Krucha, misterna konstrukcja, zmieniająca się z czasem. Oscylująca pomiędzy bliskością, złudzeniem a prawdą. Zyskująca z czasem na wartości. Sprawdzana, badana… Testowana nieustannie.

Rzadka… Egzotyczna. Niecodzienna…

Ludzka cecha, sprawdzian bliskości i znajomości drugiego człowieka, codzienna, tak rośnie jak jej dostarczamy pokarmu, duchowej strawy.

Rzeczywisty owoc zabiegów człowieka, płynąca prosto z serca i angażująca nas całych. Trudna, niełatwa… Wymagająca pielęgnacji… Niecodzienna… Ale warta wszystkiego. Nie do zastąpienia…