O sile, wybieraniu i wyborach…

Aktywnie, samodzielnie i do końca. Bez asekuracji i pomocy innych… Bohaterowie życia. Królowie!

To daje poczucie mocy, wzmocnienie i przekonanie o własnych możliwościach. Na co dzień czujemy się pod silną presją ze strony otoczenia, ulegamy wpływom – słuchamy rad innych i wszystkich wypadkowych komentarzy znanych osób, z których zdaniem się liczymy… 

Przekonani, że generalnie nie ja, ale „jacyś inni” pewnie mają rację…

Takie zagubienie pogłębia się w nas. Coraz częściej mamy przeświadczenie o tym, że nie mamy wpływu na swoje życie, o braku autonomii w podejmowaniu decyzji, o sieci zależności… chcemy uwzględnić w naszych wyborach i decyzjach wszystko… czasem nawet okoliczności przyrody. Po jakimś czasie okazuje się – że nie tylko mamy związane ręce… ale że po prostu cierpimy. Psychicznie i fizycznie…    

Owszem, zależymy jedni od drugich, łączą nas więzy pokrewieństwa, relacje przyjacielskie, różne stopnie zażyłości… zależymy od siebie, wpływamy na siebie, modelujemy swoje życie – zmieniamy się intensywnie… czasem nawet dostosowujemy się do sytuacji…

Często – cierpimy.

Patrząc w lustro przestajemy się rozpoznawać, bo to, co charakterystyczne i wyjątkowe – znika, zanika… bo przynosiło tylko gorycz cierpienia. Ale i ten stan zewnętrznej, pozornej spójności, wzajemnego przenikania się – staje się trudny i nienaturalny.

Z czasem – zapominamy jacy byliśmy… Jakie mieliśmy cechy indywidualne, na czym polegała nasza wyjątkowość. Dlaczego ktoś wybrał (i wybierał) właśnie mnie… 

Zbiorowość, tłum i masa… dokładnie: szarość, bylejakość i powszechność. Jak kiedyś „uniformizacja” czy klasyczne już – „opakowanie zastępcze”, na stałe wpisane zostały w naszą egzystencję. Potrafią umniejszyć, do końca zabić i zatracić człowieka – jednostkę. Uśmiercić jego – nieśmiertelną przecież – duszę…

Pracuj nad źródłem lęku, obaw i stresem – poznaj i opanuj je

Czy przyglądamy się swoim lękom, czy poznajemy ich źródła…

Czy oswajamy lęk w sobie, aby coraz rzadziej zaglądał nam w oczy?

Czy pracujemy nad nim?

Jeśli zapytam przeciętnego Malinowskiego jak odróżnia strach, lęk – czyli przeżywaną panikę oraz stres… powie mi pewnie o ich złożonych płaszczyznach, o czasie trwania, powrotach – powtórzeniach, sytuacjach w jakich się pojawia czy jakie powodują go oraz o tym, co czuje – bo jednak wiele z nich u źródła ma emocje i następujące po sobie odczucia z ciała…

Kiedy zapytam co z nim robisz, i czy robisz to faktycznie, rozmówca raczej zapyta mnie o więcej danych, niż potwierdzi. Aktywność wygaszamy do zera w sytuacji stresu, zmęczenia i zagubienia… 

Niewielu z nas potrafi konfrontować to zjawisko, ten stan ciała i umysłu z rzeczywistością – zapytać siebie: „ok, nie jest najlepiej… ale co takiego mi grozi”… „czuję się nie najlepiej, ale co się dzieje”… Warto zapytać: Jakie konsekwencje mnie czekają – teraz i w ogóle.

Niesamowicie ważne jest dobre postawienie pytania: Co uzyskuję a co tracę w danej sytuacji – czego może mnie nauczyć, co uzyskam na jej dobrym przejściu. Co znaczy dla mnie „wygrać”.

Co sobie wyobrażam, tworzę w swojej głowie… jakie obrazy i obawy są typowe dla mnie. Co jest realnością? Czy istnieje prawda obiektywna jeśli chodzi o przeżywanie sytuacji trudnych i wymagających większej mobilizacji, o sytuacje zadaniowe?

Jeśli każda sytuacja spotkania z kimś ważnym czy też rozmowa o pracę lub egzamin wywołują takie nieprzyjemne skutki, jakie czuję i przeżywam w środku, a wspomnienie o nich już na wstępie rujnuje kolejne sytuacje – to warto oglądać i analizować tę rzeczywistość i to, co we mnie, w moim wnętrzu zachodzi… Odkryć te sfery, nad którymi jestem w stanie zapanować – zmieniać je i odzyskać tym samym częściową kontrolę nas sobą i nad daną sytuacją… Nie mogę zmienić całej rzeczywistości, ale wiele mogę zmienić w sobie…

Gdy ćwiczę, myślę i mój umysł po wielu próbach odbiera/przekazuje/podaje dalej tylko dobre/właściwe oraz obiektywne informacje oraz komunikaty do reszty ciała… już jestem o krok przed swoim strachem. Wtedy zamknięcie oczu i poprawa/uspokojenie oddechu może mi przynieść ulgę i uspokojenie…

Wiele źródeł trudności i nieporozumień nosimy w sobie…

W wielu takich myślach na swój temat wspomagali nas nasi bliscy. Utrwalili w nas pozycję „przegranego”, looser’a…

Spodziewamy się często najgorszego… Nie dajemy sobie szansy (kolejny raz) i wyznaczamy w ten sposób coraz niższe poprzeczki, zbyt łatwe cele… 

Nie stwarzamy sobie możliwości odniesienia sukcesu, wygrania rywalizacji – z góry zakładamy porażkę i ustępujemy pola innym… Pochylamy głowę, oddajemy pole – często też prowokujemy wtedy atak czy jakiś rodzaj zemsty.

Nie wierzymy w siebie, własne możliwości i umiejętności oceniamy jako zbyt niskie i niewystarczające… Innych postrzegamy jako lepszych, mądrzejszych i urodziwych. Własne przekonania i pragnienia zaczynamy nazywać złudzeniami… marzeniami…

Innym źródłem odczuwania lęku, przerażenia i w konsekwencji całego zjawiska stresu – jest moja fantazja, psikusy jakie robi mój umysł. Ale także obawy rodzące się w głowie, a wynikające z wcześniejszych doświadczeń. Brak wcześniejszych sukcesów utrwala stereotyp myślenia o sobie… Gasi i tak wątłe już przekonanie, że mogę i potrafię…

Tak łatwo się wycofać i zrezygnować, gdyby nie to, co zaczynamy czuć w środku… Znamy to, ten moment jak zaczyna boleć dusza… Nasze oczy mokre od łez… I jakie przekonania rodzą się w głowie właśnie na swój temat… Co myślę każdego następnego dnia, z czym się budzę… Ten sam, znajomy smutek i rozpacz, ten głód i pragnienie… Wiecznie nie zaspokojone.  

Przypisujemy zbyt wielkie znaczenie tym zdarzeniom i sytuacjom jakie już miały miejsce w naszym życiu, stają się odnośnikiem i pewnym wzorem. 

Granicą poza jaką – niestety – nie wychodzimy. My ją stawiamy.