Czekamy…

Patrząc na świat, zatrzymuję się – i myślę – jak to wszystko pędzi

dokąd zmierza, w jakim kierunku… co z tego wyniknie

mijamy się jak pospieszne pociągi, nie patrzymy w swoją stronę

czekamy jak kolejny za zakrętem zniknie…

Oddaleni od siebie, stojący na chłodzie – bo samotni coraz bardziej

stopy grzejemy, lecz nie sobie nawzajem, nie…

chcemy przeżyć, przetrwać – tylko tyle i aż tyle, w miłości a nie pogardzie

dojmującej, chłodnej, lepkiej i miękkiej – zapadamy się.

Głodni, mocno zagłodzeni tym czekaniem na jakąkolwiek zmianę

zmęczeni tym podnoszeniem się z upadku,

tym wstawaniem, dźwiganiem się nad każdym ranem

co ofiarujemy następnym pokoleniom w spadku?

Trudno przetrwać, trudno w taki sposób trwać…

Nie każdemu dzień, nie każdemu chleb, czy takie oto życie

Sen to też jakieś umieranie – osuwanie się w niemoc, przepaść

Dobrowolne odchodzenie, na przekór – pogrążanie się w niebycie.

 

 

Kraków – zima, 13.12.2018 r.

Nie mów tak, gdy myślisz „nie”

O asertywności powiedziano już naprawdę wiele. Czasem zbyt dużo, by to wszystko podnieść i unieść w życie. Najczęściej mówi się o odmowie, asertywnej i stanowczej. Mocnej i osobistej odmowie… Ale przecież asertywność – prócz tego, że to nie zachowanie ale cała, złożona, skomplikowana postawa – daje nam wolność oraz pokazuje na zgodność naszych myśli i następujących po nich czynów. Asertywność to postawa zgodności. Jednocześnie odczuwane przekonanie o tym co czuję i wiem, jaki mam stosunek do działania a nie osoby oraz to co zrobię sam – jaki czyn podejmę i jak zakomunikuję o swojej decyzji….

 W tym wszystkim jakże ważna jest pewność i zgodność, dzięki niej uzyskujemy wewnętrzny spokój – nie mamy wątpliwości. Generalnie – ich nie mamy lub nie dopuszczamy do takiego odczucia… W obu stronach wymiany, sobie i adwersarzu – nie wywołujemy poczucia winy, choć pewnie dyskomfort jest przeżywany. 

Dlaczego? Bo często przecież prośba czy propozycja pada z ust osoby dla nas ważnej, istotnej – przyjaciela czy kolegi. Czasem mamy czy taty… do dziecka, i odwrotnie. Ta znajomość, układ tajny przez poufny, wiążący nas – powoduje ów dyskomfort. 

 Bo wydaje nam się że przez całe życie i nadal – pozostajemy we współzależności… I tyle, aż tyle… Więc jak tu mówić – nie chcę, nie potrzebuję, nie zrobię tego, nie smakuje mi… nie lubię… mam przesyt. Gdy myślę o niesmacznym posiłku, który zawsze ugodowo przyjmowałam – aż wreszcie mam tej ugodowości dość, tej „zgody powszedniej” – nawet milczącego „tak”.

 Czym się zasłaniam, ano moją racją, człowiekiem we mnie ze swoją niezależnością czy mądrością – tym moim „dość tego!”. Przecież nie przedkładam siebie nad drugiego człowieka, nie po to by mieć przewagę… ale zachować godność. Zachować wręcz siebie, obronić siebie…

 Jestem mały, jestem słaby… Ale mam swoje zdanie. Bo już wystarczy tej ugody we mnie, nie smakuje mi zupa mleczna z kożuchem. Zawsze była wstrętna… ale wreszcie dojrzałem, ja mam odwagę i podjąłem decyzję by to powiedzieć… Nie, nie będę więcej jej jadła…

 Pierwszy raz czuję się wolna, pierwszy raz niezależna – już czas na mnie. Dojrzewam do bycia osobą niezależną. Do dookreślenia siebie, powiedzenia: Oto jestem! Taka właśnie jestem!