Głęboko, i coraz głębiej

Chciałabym żyć, kochać i czuć do spodu – każdą chwilę

Jakby nie była ona tylko życiem, ale przeżywaniem – się spalaniem,

Tak jakby było ich tylko i aż – tyle

By ze swoją mocą, nie dały opowiedzieć się jednym zdaniem.

 

Mało mi tego wszystkiego, tych lat po części przespanych

Momentów zatrzymania, straty – tych nienazwanych

Bez głębi, bez charakteru – zgaszonych, bez koloru i mocy

Jakbym kalkulowała co będzie dziś, a co dopiero po północy

 

Nie chcę by pomieściły się w kilku tylko zeszytach życiorysu

By dały się krótko streścić  w formie czarnych znaczków ich zapisu,

O tym marzę, by na kanwie każdej historii – ktoś mógł nakręcić film,

Aby człowiek, nie musiał „opowiadać życia”, tylko nim najprawdziwiej żył…

 

Poronin, 2.09.2018 r.

Trudna miłość…

Każdy chciałby kochać z uśmiechem na ustach. Szczęśliwy… 

Bez problemów – bez obciążeń. Bez obaw o jutro… pretensji ze strony innych…

Mieć i przeżywać poczucie radości z tego, kogo wychowujemy, ale też z kim żyjemy. I czasem nadchodzi taki dzień, gdy przełykamy gorycz wstydu, bo zawiodła nas pociecha, dokonała jakiejś strasznej rzeczy w życiu, komuś zalazła za skórę… Była złośliwa i zła, „przemocowa” lub też coś zabrała – ukradła. Pokazała jakiś gest lub wysmarowała paszkwil. Nie z ciekawości – ale najczęściej z nudy…

A tyle razy prosiliśmy… tłumaczyliśmy.

Była więc nadzieja, kwitła… i szybko umarła. Na pniu. 

I tak, zmyliło nas określenie „pociecha” – bo nie ucieszyła nas wcale. Kolejna gorycz, lecz i ją przyjdzie nam przełknąć z malutką (kurczącą się) godnością poruszonego człowieka. No i jak pracować dalej, tak starać się, tak czule wychować, tak opanować to, co młode i nieokiełznane, by w przyszłości stał/stała się dla nas – powodem do dumy… 

Bawią mnie wtedy określenia – jakich przesadnie wtedy używamy, gdy grzeczny – to np. tatusia syneczek, córeczka…. gdy łobuz – gdzie jest i była matka!!! Tak się czasem rozkłada odpowiedzialność za małego lub młodego człowieka. Czasem też – rodzic przychodzi poprzedzając sprawiedliwy atak – zmartwiony, rozczarowany i załamany. Bo przecież leżącemu, nie dokopią już – sam się skarży na bezradność, na swoją słabość.

Pamiętać trzeba, że w takiej sytuacji i tak niewygodnej pozycji – do rzeczonego kopania, do potępienia, znajdował się (jak jesteśmy rodzicami) prawie każdy z nas. Nie rodzimy się przecież z doktoratem czy magisterium z wychowania pociech. Trudno nam się odnaleźć w tej dynamicznej relacji. Czasem kosztuje nas to zmianę całego myślenia o świecie, o sobie… Zawsze pod chęcią współpracy – dostrzegamy pogodzenie się z faktami, bezsilność lub pokorę.

Jeśli ktoś żałuje fałszywie, kłamliwie tylko – osłaniając siebie, to i tak przecież poniesie owoce (grona) swoich oddziaływań, wychowania. Poniesie je już do końca, przez całe życie. To nie jest chwila wstydu – bo tylko chwilę trwa przyznanie się i pokorne wysłuchanie tego, co inni mają do powiedzenia. Co ich zabolało, zszokowało, poruszyło…

To jest życie. 

Ono boli… Tak ma być i jest.

Ludzie nie oszczędzają sobie razów, rugają drugiego z jakąś pasją, przyjemnością lub czasem z satysfakcją. Chcą czasem zobaczyć drugą osobę na kolanach. Kiedy zmalała, skurczyła się. Upodloną i uległą… Poczucie bezradności drugiego – powoduje, że my – czujemy się lepsi… mądrzejsi. Umieszczamy siebie wyżej… 

Złudzenie, belka w oku… 

Tak szybko zapominamy, mocno odcinamy się od tego, co trudne i kłopotliwe… Co było problematyczne i dla nas. Od życiowych niepowodzeń. 

Od tej trudnej miłości, gdy wychowujemy „młodych”. Nasze dzieci. 

Współczesna obsesja – agresja

Agresywnych nie lubi nikt, lecz się ich boi, wycofuje się przed taką znajomością. Są to zachowania niszczące relacje. Ale my – stwarzamy furtki!!! 

Staje się wygodna, nie trzeba zbyt wnikliwie analizować, wchodzić w sytuację i zatracać w empatii. Krótko, rzeczowo i na temat… Wręcz -zadaniowo.

Tak, lęk oraz frustracja są pewną pułapką… Ale to agresywna i bezrefleksyjna postawa zbiera w na co dzień żniwo. To „coś” rozbija rodzinę, wspólnotę krwi ale i inne grupy. Nie ma już celu, który jednoczy siły. Który uszlachetnia, spaja, wzmacnia. Są pojedyncze, incydentalne zadania. Taka zmiana powoduje, że nie podejmujemy wspólnych działań wzmacniając jedni – drugich. Doświadczenie rosnących trudności w porozumiewaniu się, kłótni i konkurencji – utrwalają w nas samych poczucie, jak niewiele już możemy wspólnie. Jak trudno dogadać się. Do czego doprowadziłby brak determinacji i podporządkowania, brak współpracy np. sforę wilków – watahę w środku zimy??? Ta świadomość, że nic sami nie zdziałamy, skazuje nas na psychologiczną i społeczną śmierć, na niebyt. Wszystko nas zaskakuje, a cała rzeczywistość rozpada się na naszych oczach i przygniata swym ciężarem… 

Najgorsze jest to, czego dokonujemy w myśleniu. Reinterpretacja – ściśle określona. Według przepisu… Usprawiedliwienie tego, co nie jest rozwojowe… Czasem wręcz mówimy, że ta cecha drapieżcy – jest „cenna” na pewnym stanowisku, w jakimś zawodzie, że jest świadectwem mocy. I tu uwaga…. Tak, cechuje życie ale tylko samotnika. Strzelca. Snajpera.

Dajemy w ten sposób siłę temu co kostyczne i brutalne oraz pozwalamy trwać i umacniać się w naszym codziennym życiu i w relacjach, w otaczającej nas – pewnej patologii. 

Nazywamy normą lub korzystnym to, co rozbija. Co niszczy jedność. 

 Naszym chlebem codziennym ma być trwanie w dyskomforcie i cierpieniu. 

Agresja kwitnie!!! Mnożą się współcześni konkwistadorzy.

Agresję wzmacniamy, przyzwalając na nią. Normalizujemy ją… Usprawiedliwiamy często. 

Kojarzy nam się z sukcesem. Z lepszym wynikiem i niezależnością. 

Ale też – z wyścigiem szczurów. Nieliczeniem się z drugim człowiekiem, jego stanem i wrażliwością, stratą czy jego wartościami. Chcę – żądam – mam (zdobywam). 

Niszczenie innych osób, konkurencja, stosowanie pułapek i podpuszczanie innych, by poprawić swoją pozycję i samopoczucie – staje się tylko formą „terapii naszych niedoskonałości”. Zasłoną dymną…

Uważajmy, aby nasza własna nonszalancja i nieświadomość tego, jakim jest zagrożeniem rodząca się w nas frustracja nie zwiodły nas jak pawi ogon. Zwalniając tym samym, od wszelkiej odpowiedzialności… Szkodzą one pracy w grupie – ale też są toksyczne dla życia rodzinnego, towarzyskiego, wpływają wreszcie na wychowanie dzieci. Lansowanie określonych postaw życiowych i stylu przekazu, rozmowy… 

Zamiast radzenia sobie ze złością i rozpoznawania lęku w sytuacji która nas niszczy, pracy poznawczej nad sobą i zmiany nastawienia, korekty zachowań oddajemy się temu co wynika ze zwierzęcej natury, gdzieś w nas tkwiącej. Nie uczymy się panować nad sobą. Nie powstrzymamy w ten sposób wyrażanej i okazywanej agresji…. Zwykłej, surowej i instrumentalnej agresji skierowanej właśnie na osobę…

Bo gdzie tu jest zysk z sytuacji??? Dać upust niewygodzie, trudności i napięciu z jakim nie nauczona jestem poradzić sobie. A gdzie odpowiedzialność i wysiłek? Nieuleganie naturze? Czy to ma być dobre??? Czy ma służyć rozwojowi wykonanie tego tylko, co złe i okrutne – za wysoką przecież cenę. 

Boję się

Wydaje nam się, że wszystkie zadawane przez nas pytania są proste i nie sprawią żadnej trudności – szczególnie małemu człowiekowi, uczniowi…

Dziś od takich prostych i przyjemnych pytań skierowanych do dzieci zaczęłam z nimi trudne spotkanie, było ciekawie i zabawnie. Ale nastrój prysł gdy przeszliśmy do tego, co było istotą spotkania – czego się boją i lękają w szkole, na zajęciach, kogo… co ich przeraża.

Jak łatwo obiecać dziecku: Zajmę się tym, pomogę… i wzbudzić jego zaufanie, wyrazić troskę i obiecać pomoc… Dzieci często same dają odpowiedź i receptę na spotykające ich trudności, nieszczęścia, bolączki…

Inne, wychodząc z lekcji wyrażają zwątpienie i brak nadziei: „I tak się nic nie da zrobić, nic się nie zmieni”… I to jest chyba dla mnie najgorsze a dla nas wszystkich – smutne, bo nawet ja, czuję nałożone na mnie ograniczenia…

To oni są tu niesamowicie skupieni, zagubieni – szczerzy i prawdziwi, oni – którzy mają po 10 lat!!!

Ale co potem? Jak wyjść z twarzą, ale też podjąć się przynajmniej części tych obietnic, realizując je… Przecież nie zwolnię (ja, czy też dyrektor) tego nauczyciela na jakiego się skarżą, rozmawiałam z nim też wielokrotnie – ale jest to rodzaj muru, bariery… Przekonanie o swojej nieomylności.

Ale odczucia dziecka, są spontaniczne i szczere… zaskakują mnie dojrzałością i determinacją, bo przez człowieka naprawdę można przestać lubić sam trudny przedmiot… Przez to jacy jesteśmy, czego wymagamy, jak traktujemy dziecko, czy pozwalamy się mu rozwijać, smakować tę mądrość, odnosić sukcesy i zdobywać stopniowo wiedzę – czy też, już na starcie, wydajemy sąd o tym, kim jest i kim będzie za kilka lat… sąd wartościujący. Czy „rangujemy” klasę czy oceniamy bezpośrednio, punktując i tworząc  mrożący krew w żyłach – szkolny dystans….

Uważaj, co obiecujesz – bo pod słowami: „zajmę się tym”, czy „jestem tu po to, by wam pomóc” podpisujesz się ty sam… A przed tobą – na tych twarzach malują się niepewność i obawa, oraz wszystkie ludzkie nadzieje, marzenia, niepokoje i poczucie bezradności, tropionego i wystawionego na strzał – teraz jeszcze – słodkiego dzieciaka – zwierzaka!!!!

Mądry Polak…

Czasem Polak mądry…

Częściej – przemądrzały, taki jakiego uwagi bardziej bolą niż wspierają i pomagają drugiej osobie. Odbywa spory i waśnie, kłóci się o pochody i uroczystości – jaki powinny mieć kształt i wydźwięk. Na różnicę zdań i pomysły innych reaguje alergią, i daną osobę wpisuje zwykle na czarną listę.

Taki codzienny Polak jest, a jaki powinien być. Gdzie szukać w nim ciepła, wrażliwości i tolerancji, że o miłości drugiego – bliźniego już nawet nie wspomnę. Kto odmienił nas, zamkną w nas pokłady ciepła i ograniczył tę otwartość, spokój  życzliwość jakiej byliśmy kiedyś pełni, z jakiej byliśmy dumni? Węszymy zdradę i podstęp, spodziewamy się zwykle tego co trudne i najgorsze.

Piętnujemy w innych niedociągnięcia i błędy, cieszymy się z potknięć i upadków… rozpoczynając ten okrutny proceder już w szkole. Oceniać – sprawdzać, kontrolować i podsumowywać – robimy to z upodobaniem… Każdy z nas marudzi, poucza, czasem naśmiewa się i drwi z tego, co jest pomysłem innych. Nie dlatego, że potrafimy – my takim kompulsywnym przymusem po prostu żyjemy. Rozliczam – więc żyję!!! Oceniam – więc mam i zdobywam przewagę…

Oddalamy się od siebie, bo dystans jest namiastką przeżywanego poczucia bezpieczeństwa. Jeśli jestem z kimś daleko, nie odczuję porażki ani straty. Czuję się samotny – tym lepiej gdy tworzę dystans, barierę… nie można mnie dotknąć, zranić, wczuć się „we mnie” i moje potrzeby. Nie znam nikogo, i nikogo nie jestem już ciekawy…

Inaczej jest jeśli dotychczas mieliśmy pozytywne doznania z kontaktu, wspomnienia z dzieciństwa, długotrwałą przyjaźń… byliśmy wierni, zakochani, spędziliśmy jakiś czas w relacji, związku. Doznaliśmy dobra, serdeczności, nauczyliśmy się kochać – przeżywaliśmy radość…

Gorzej to przyjmujemy, jesteśmy zaskoczeni – i musimy zaprzeczyć temu doświadczeniu, tej logice…

Trudniej, gdy mieliśmy coś dobrego i pozytywnego, a utraciliśmy to… Czuliśmy się bogaci lub obdarowani…

Wracamy do tych chwil wspomnieniem, rozpamiętujemy… Mówimy wtedy – niby do siebie – tajemniczo zawieszając głos: „Mądry Polak po szkodzie”

Ciekawość i zachłanność

Zadajemy tyle pytań i tak bardzo na nich się koncentrujemy, że przestajemy słuchać odpowiedzi. Jesteśmy przeważnie urzeczeni samymi sobą, popadamy w ten samozachwyt i oddajemy się uwielbieniu, rozkoszy i podziwowi. Nigdy kimś, a zawsze – sobą.

Wydaje nam się, że większość zadań wykonujemy perfekcyjnie, nie chcemy się też przyznawać do błędów i potknięć. Biegniemy na oślep przekonani o zasadności naszych ruchów, nieomylności działań i słów…

Bagatelizujemy momenty w życiu, gdy poniżamy i ośmieszamy drugiego człowieka – ciężko jest nam przyznawać się do błędów. Ale łatwo je powtarzamy… Potem markujemy działanie, udajemy odwagę – choć pod nią ukrywamy tylko butność. Nie… każdy tak robi, jest małostkowy i bezduszny, ale nie ja…

Nasze pobudki określamy jako wielkie, ważne czy zasadne…

To mały człowiek w nas tkwi, rozpycha się… Panoszy… Oswajamy swój strach, spychamy lęki głęboko do środka, dumni – że trwamy, jesteśmy i żyjemy. Kradniemy cudzą energię tak często, jak i pomysły. Potem – najwyżej spuścimy nisko głowę, chwila wstydu, i dalej… w życie, w drogę…

 

Czytaj: przepraszam…

Czy wybaczysz mi, że nie zaczekałam na ciebie – kiedy o to prosiłeś, a potem – gdy milczałeś tylko patrząc….

Ja szukałam czegoś dla siebie – myślałam tylko o sobie. Ja – mój świat i moje życie, moje plany, pragnienia i marzenia, i czy pomieszczę je – czy zdążę je wszystkie zrealizować.

Nie bardzo interesowało mnie co o tym myślisz, spieszyłam się – myśląc, że życie na mnie nie poczeka, że ucieka mi i między palcami, przepływa jak woda.

A teraz patrzę na nas, na naszą młodość i nie widzę dziś już nic, nie pamiętam, nie rozumiem – pytam cię, gdzie to wszystko się schowało, dlaczego poszarzało i brak mu kształtu… skąd ta pospolita nuda. Kiedyś wszystko takie barwne, wyjątkowe i takie nasze…

Szukam, i tylko patrzę. Tyle rozumiem, co nic. Tyle czuję, że serce moje rozsypuje się w proch i pęka w piersi. Nie cofnę czasu, ani chwili nie dodam do tego co odeszło…

Boję się wzrokiem sięgać zbyt daleko. Mogę nie zrozumieć wcale – tak jak początku, tak też końca.

 

Dziekanowicka zaduma, 3.11.2018 r.

Zdążyć

Zanim ktoś odejdzie, przyjść i z nim porozmawiać

Nawet gdy nie rozpoznaje naszej twarzy, tak po prostu

Pobyć razem – od poranka do zmierzchu

Posłuchać szelestu ususzonego ostu

 

Rozpocząć wspólne marzenie, przegadać plany

Na białej kartce naszkicować to, co w duszy drzemie

Oddalić się na chwilę, by zatęsknić mocno

I znów przyjść, całować bardziej pustą ziemię

 

Odchodząc zostawiamy puste po sobie miejsce

Jak gniazdo, porzucone bo już go nam nie potrzeba

Unosimy się wysoko, gdzieś pomimo chmur i gwiazdy

Starając się bez przeszkód wejść do ciasnego nieba

 

Dzień Zaduszny, 2.11.2018 r.

Cud

Oczekując go, podtrzymujemy nadzieję…

Mocno wierzymy, że się okaże osiągalny, dostępny – wyczekany… że się stanie…

Na wszelki wypadek – wzmacniamy swą prośbę. Szukamy odpowiedniego świętego, orędownika, który wesprze i podtrzyma naszą prośbę, doda jeszcze mocy – lepiej zrozumie i przekaże tę potrzebę.

My sami nie rozumiemy tego – gdy się „nie dzieje”, nie wydarza. Jesteśmy niemile zaskoczeni. Zadajemy wtedy pytanie: dlaczego dla innych tak… czy Bóg jest komuś drugiemu przychylniejszy, łaskawszy… 

A może zwyczajnie, po ludzku sobie nie zasłużyłam na tę łaskę???

Cuda się dzieją, choć ich tak nie nazywamy, nie dostrzegamy często tego co istotne lub niepowtarzalne w życiu. Nie traktujemy jako dar… zdrowie, przyjaźń, rozwój, miłość osoby bliskiej… spokój czy wymarzona praca… uśmiech i radość dziecka. Pogoda – gdy jesteśmy w górach czy nad morzem. Powrót do sił po chorobie. Zrobione zakupy lub podany obiad – gdy leżymy w łóżku chorzy… gorąca herbata. Wszystko co z miłości, prosto z serca…

Dobro wraca ze zdwojoną mocą. Infekuje, w pozytywny sposób – kiełkuje jak listki rzeżuchy na wiosnę. Błyszczy jak kropla miodu na palcu. Dobro jest bezcenne, wspaniałe.

Bóg wysłuchuje modlitw i próśb jakie są zgodne z jego wolą. To chyba jest pierwszy warunek skuteczności. I konieczny. On ma pomysł na nas i na świat, na rzeczywistość jaka nas otacza. Choćbyśmy zagadali go, argumentami i jakąś racją pozostaje cierpliwie czekać. 

Druga rzecz, to przyjąć – co ma dla mnie. Nie to, czego ja bym pragnął, o co walczę czy martwię się – ale jego wola jest święta… Pewnie wie lepiej o co w tym wszystkim chodzi i jakie będą długofalowe skutki – jaka nauka wypłynie z jego dopustu. 

Jeśli nam się coś zdaje, to bądźmy pewni – że tylko nam się tak zdaje. Bo rzeczywistość, świat i gwiazdy nie krążą wokół nas… To nie o nas ta opowieść i ta walka, te zmagania. 

Jesteśmy tylko okruchem, prochem… jedną chwilką. Błyskiem ognika. Tylko przez moment zdajemy się być tu, i dalej odchodzimy. 

Szukając cudu, zdarzy się, że odkryjemy prawdziwych siebie, czasami zaskakujących – a czasem – mocno rozczarowujących.