Poczucie sprawstwa, to poczucie mocy!!!

Jak to się dzieje, że nasza wyobraźnia – nasze wyobrażenie rzeczywistości tak często nas zawodzi. Jesteśmy zaskoczeni lub wstrząśnięci… Zdumieni i porażeni wypowiadamy klasyczne: „A myśmy się nie spodziewali, przecież miało być zupełnie inaczej”…

Czekamy na inną miłość, piękniejszą kobietę, ciekawszą pracę… na mocne wrażenia w górach, na wyjeździe czy meczu piłki nożnej… Na lepszy smak potrawy, wspanialsze wakacje, fantastycznie napisaną książkę lub płytę muzyczną, która doprowadzi nas do granic… Czekamy, mamy nadzieję, wydaje się nam – że zasługujemy…

Zwykle szykujemy się na więcej, większe, bogatsze i na mocniej wreszcie – silniej i intensywniej doświadczane i przeżywane…

Człowiek w ogóle lubi doświadczać??? Nie znam takich, którzy chętnie poddani całkowitej deprywacji sensorycznej, zgodziliby się na „nic nie czucie”, „nic nie przeżywanie” – czyli na tzw. „żadnych bodźców” wokół mnie…

Nawet jeśli jest to ból, nieprzyjemne uczucie, kiedy cierpimy – jesteśmy gotowi to zaakceptować, bo nawet negatywne odczucia są lepsze, niż żadne. Nasza fizyczność, nie znosi pustki. Potrzebujemy innych, potrzebujemy aby coś się w nas zadziało, aby miało konsekwencje… Szukamy doznań, doświadczeń fizycznych i chemicznych, stymulacji!!!

Życie musi mieć smak, życie powinno więc i mieszać to, co słodkie i słone, radość i łzy. Zbyt rzadko dziękujemy za życie takie, jakim ono jest. Ale gdy zaakceptujemy je, pokochamy, pogodzimy się z tym, na co nie możemy mieć żadnego wpływu, będzie nam dużo łatwiej… Choć niektórzy nienawidzą takiej optyki, brak wpływu na sytuację kojarzy im się z trudem, z niewolnictwem, zależnością, przymusem. Czymś, co wydaje się mało humanitarne…

Chcielibyśmy za wszelką cenę znać to, co niesie przyszłość, nie czekać – ale oczekiwać… Powiązane są tu ze sobą dwie ludzkie cechy: poczucie sprawstwa (zależność/oraz pasywność lub aktywność), kreacjonizm i wreszcie – poczucie kontroli sytuacji, zdarzeń (wpływu na swoje i innych – życie)… 

Przede wszystkim my ludzie lubimy być przygotowani na wszystkie ewentualności – uprzedzamy fakty i wyobrażamy sobie ten dzień, to wydarzenie. Czasem staramy się dobrze przygotować: a to na podróż, na chorobę, na przyjście dziecka na świat – ale też na czyjąś śmierć – odejście… 

Wiemy dlaczego, prawda??? Oswajamy rzeczywistość. Oswajamy z nią – także i siebie.

Mocne doznania i szybkie życie

Potrzebujemy czuć, by żyć. 

Intensywnie lub też jak mówimy – prawdziwie.

Wielu ludzi mówi, że trzeba intensywnie żyć i mocno, wręcz spektakularnie odchodzić. Nie w łzach czy strachu. Ale tak prawdziwie, aby się podpisać pod tym, czego się dokonało. Przecież nasze życie jest takie krótkie, i wtedy kiedy nam się wydaje, że dopiero zaczyna się to, co dobre, to, co dla nas najlepsze, gaśnie nasza gwiazda…  

W dodatku jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy lepiej i mamy rację oraz monopol na prawdę. Jestem wyjątkową córką, jedynym dzieckiem jakie warto uznać… Nikt nie zasługuje na nagrodę czy awans bardziej jak ja… Miejsce dla medali jest na mojej szerokiej piersi.

Nawet gdy czynimy zło, tak właśnie jesteśmy zaślepieni i przekonani o pozytywach dokonań. Fałszywe majaki i przekonania. Prawdy odległe i nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

Jak to się robi, nie wiadomo, ja nie wiem tego… Czasem też trudno mi pomóc drugiej osobie wskazać, co i w jaki sposób powinna zmienić w spojrzeniu na siebie i na zmieniającą się rzeczywistość…

Nasze życie, jego motywacja nie są dla nas jasne. I dobrze. Po co szukać motywacji, lepiej dostrzegać cel – konkretne małe lub większe zadanie… Żyjemy, czynimy założenia i podejmujemy decyzje, nie wiemy do końca jak – ale tak się dzieje… Czasem mówimy: stało się, wydarzyło się…

Czy tak najczęściej robię??? Czy to jest typowe dla nas, ludzi??? 

Mniej ważne „co robimy”, martwmy się o konsekwencje dla innych i dla siebie, o powody, o motywację… Ostrożnie i z wrażliwością – przewidujmy raczej – antycypujmy, a nie tylko „wyobrażajmy sobie”. 

Nasza wyobraźnia, choć najbardziej rozbudowana, ukształtowana czy kontrolowana – najczęściej – nas samych zawiedzie na manowce…

Spokój i dostojność…

Wydaje nam się, że im więcej powiemy, im głośniejsi jesteśmy – myślimy, że zaznaczymy swoją obecność, popularność i podkreślimy siłę. Czy nie wyrazem swojego ciała, oczu i pyszczka, tym spokojem i opanowaniem, poczuciem spokoju i wyższości reaguje nasz członek rodziny… Ona wie, że więcej niż słowa i zapewnienie znaczy ciepło i opieka, miłość – to wszystko wypełnia przestrzeń.

Ona czuje kto tu rządzi. I dlatego – zawsze dobrze wybiera. Każdemu tego życzę… Tej pewności. Tego spokoju. Tego – dostojeństwa…

To czym się różnimy, buduje i wzbogaca nas

Różnice – w zachowaniu, w mowie w temperamencie. W wychowaniu, w pełnieniu naszych obowiązków zawodowych. W rozmowie z ludźmi…. W poziomie wchodzenia w relację… 

W tym co i jak lubimy jeść, gdzie odpoczywać i w jaki sposób. Jaką literaturę, sztukę i muzykę – kochamy. One wszystkie stają się czasem powodem do dyskusji, do kłótni i sporu, do wymiany zdań, czy dłuższego rozstania się…. A czasem – nowym i świeżym tematem, znakiem epoki czy dekady, motorem dla poznawania siebie głębiej, i wciąż od nowa… Są objawem zaciekawienia jednej osoby, drugą.

Można je nazwać pęknięciami. Różnicami. Niepowtarzalnościami w szczegółach…

Ta nieidentyczność, nieciągłość, wyjątkowość – ta niepowtarzalność ludzka jest cudowna. 

Ależ byłoby nam nudnie gdybyśmy byli tacy sami – jak garść kredek lub długopisów, schowanych w głębokiej kieszeni. Słabo używanych, mało też i rzadko ostrzonych…

Bez ciekawości i pasji, bez poszukiwania tego kogoś – wyjątkowego i upragnionego, kto na nas gdzieś czeka, nasze życie byłoby uboższe i nijakie. Te różnice i pęknięcia pomiędzy nami wypełniają czas oraz powodują, że drży miedzy nami powietrze, czuć napięcie – płynące ładunki od jednej do drugiej osoby. Przyciąganie i odpychanie w życiu… Oddalenie, które wpływa na tęsknienie za drugą osobą, mocne podążanie za drugą stroną…    

Czy to nie to często odczuwane pragnienie staje się motorem do zmiany, przeprowadzki, do podejmowania trudnych decyzji – porzucenia domu i rodziny, wchodzenia w związek małżeński… do przekraczania barier. Wreszcie do rozwoju naukowego i postępu. Tęsknota, brak… uczucie pustki i głodu.

Że można jeszcze więcej, że można inaczej… pragnienie staje się i darem, i przekleństwem zwłaszcza gdy nie sposób go zaspokoić. 

Ale bez niego nie dojdziemy do istoty problemu, nawet nie zbliżymy się, nie staniemy na naszym Księżycu… A tak w naszej ciekawości, zadawanych pytaniach, stawianych problemach badawczych, w eksplorowaniu świata nadal pojawia się milion nowych pytań i dróg, stąd mało prawdopodobne byśmy kiedyś mogli oddać się słodkiej nudzie…

Nie tylko planowana miłość

Dwa zdarzenia nie przystające czasem do siebie, dwa światy trudne do pogodzenia… Rzeczywistości nie przystające, jak kąty w geometrii, płaszczyzny, jak figury…

Czasem jesteśmy gotowi przepracować jakąś trudną relację, podjąć decyzję o skutkach bolesnych i trudnych w warunkach wyższej konieczności. Odchodzący rodzice, umierając – przy łóżku proszą – o pogodzenie się i gest pojednania pomiędzy dziećmi czy wnukami. Pozostawiają do realizacji pakiet pilnych „zadań” do wykonania: – miłość, – odnowienie relacji, – słowo pierwszy raz wypowiedziane do siebie, od lat…

Zadanie domowe lub zadanie życiowe – „do wykonania”. Czasem obarczają dodatkowo – swoją odpowiedzialnością, kiedy indziej, obwiniają za nieudolność i lata przeżyte w gniewie i nienawiści. Nie potrafią żyć i nie mogą odejść niespokojni o to, co pozostawiają.

Ludzkie relacje nie są łatwe, te w rodzinach – raczej kruche i delikatne, wrażliwe są na zmiany, naciski i ingerencje. Przestajemy się lubić, potępiamy za pojedyncze słowa, oddalając się – palimy mosty i zaminowujemy drogi prowadzące do zbliżenia i rozmowy. 


Czasem trzeba osób trzecich lub rodzinnej tragedii, by naprawić bardzo stare rany, pozwolić się im zamknąć, zabliźnić, zarosnąć świeżym mchem,pokrzywami, trawą – czy też – lepiej, bo cudownie, zalać je uzdrawiającymi: oliwą i winem…   

Nigdy nie wiemy, rozpoczynając cały korowód – czy nasza rozmowa i podjęte działania nie wywołają dużo trudniejszych emocji i bólu. Jaki będzie ich dalszy scenariusz i przebieg. Jednak noszenie w sercu bólu, pretensji i zawiści, cierpienie ponad miarę – a męczeńsko utrwalane, z czasem gorzej wygląda. A my – funkcjonujemy chorobliwie, jak zombie, fatalnie znosimy tę nienawiść, pogardę i złość w bezsilności.


Zadra pielęgnowana w sercu, działa na nas bardzo źle. Uzdatnia nas zbyt często do dalszego, konsekwentnego czynienia zła i paskudzenia wokół siebie… W innych obszarach, w stosunku do kolejnych ludzi – w domu i pracy… Potrzebujemy wtedy, tak sobie to tłumaczymy, dalszego udowadniania i uzasadniania tego, co robimy. Mówimy coraz odważniej, raniąc inne osoby, dlaczego cię nie lubię, gardzę tobą, śmieszysz mnie – myślimy to i wypowiadamy bez względu na konsekwencje, i tylko to, co złe – o drugim człowieku… 

Szukamy argumentów z czasem produkując kolejne… „tak, ale…”: szykany, złośliwości – z lęku, złości i bezsilności – wskakujemy w ludzką pogardę.

Mamy szansę wybaczyć, nie musimy zapomnieć do końca. Ale takie pielęgnowanie urazy tylko szkodzi. Uleczenie zaś relacji – jest dojrzałą odpowiedzią na wiele trudnych emocji i na cierpienie. Uleczenie ducha i woli, miłość i jej rozpalenie w sobie – to ulga i powrót mocy człowieka. Jeśli nie możesz tego uczynić, zamilknij. 

Nie jesteś w stanie pokochać na nowo i zapomnieć???

Oddalić od siebie???

Przyjmij i ofiaruj to cierpienie i doznawane krzywdy dla i za innych, bardziej rozrywanych emocjami i życiem. Ofiaruj je w sercu Temu, który cię miłuje bez granic, bez warunków, bez wszystkich „ale”. Bo zna siebie i zna ciebie, kocha – mimo wszystko, mimo tego ludzkiego brudu i naszych dołów.