O miłości czyli #twardy jak #piernik

Upór jest rzeczą i cechą bardzo ludzką. Tkwienie w przyzwyczajeniach, powtarzanie błędów, skupianie się na drobnostkach, na rzeczach trywialnych i małostkowych. Równocześnie – brak wizji, rozmachu.

Bronienie się przed zmienianiem siebie, przed pracą nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi…

Człowiek jak już coś ma i wypracował to, uczepia się tego jak pijany płotu…

To trochę tak jak z miłością.

Wydaje się nam, że ją posiadamy, że znaleźliśmy i wystarczy się jej kurczowo złapać.

Nic bardziej błędnego, miłości nie da się włożyć w ramy, nie możemy czekać, aż będzie pączkowała czy też rozwijała się jak pąk róży. Miłość zmienia się i zmienia nas. A my, chcielibyśmy hermetycznego – mocnego na nią zamknięcia. Pułapki… Puszki, słoja.


I popadamy w tę naszą iluzję, bronimy się przed rozwojem wewnętrznym, przed wysiłkiem i wszelką pracą.

Bronimy tej naszej „fasady” miłości jak swojej, jak własnej i pozostaje nam tylko jedna miłość – miłość własna.


O ludzki egoizm, zamknięcie się na innych, pozorną obronę siebie – rzeczywiście nie jest nam trudno. Kłopot w tym, że prawdziwa miłość wymaga wyjścia z siebie, poza siebie. Potrzeba jej czystej siły i braku złudzeń, abyśmy stanęli w prawdzie, bez oszustwa i półprawdy, nazywania po imieniu „dziwnych prawd”. 


P1070717

Byśmy nie chowali po kątach uczuć, emocji i zasad jak suchych pierników, pokrytych lukrem – ale i kurzem. Bez smaku i bez wartości. Bo staną się pokarmem dla myszy, a nie dla duszy…

Bez lukru i … pomady

P1070658

Tylko niektóre z naszych działań nie budzą wątpliwości. Często ich prawdziwe intencje, motywy „dobrych rad” czy udzielanej drugiej osobie pomocy są zgoła odmienne niż deklarowane…

Czy nie ma w nich – tych najprostszych „odruchach serca” – więcej z potrzeby zaistnienia, bycia, zaznaczenia „taki właśnie jestem”, „oto ja”, a także odczucia nieposkromionej satysfakcji. Czy rośniemy w samozachwycie i samozadowoleniu, urastamy w sobie. Miłość własna nie ma końca. Nie zna końca, bo nie potrafimy też wskazać jej początku. 

Czy nie o to chodzi, że chcemy czasem poczuć się mocni, potrzebni, znaczący, istotni dla siebie bardziej, niż innych…

Skąd w nas tyle dobra, nagle jest go tak „zaskakująco” wiele… 

Prócz prawdziwych przesłanek i szczerości jakie deklarujemy podczas realizacji naszych aktywności każdy nosi w sobie i inne ziarenko… Cechę prawdziwie ludzką i  immanentną, chęć budzenia podziwu, respektu, szacunku dla siebie… budowania i tworzenia legendy o sobie. To nie żaden mistycyzm, a pycha…

Pchamy się na plakaty, na sztandary, czasem cierpiąc – nawet na ołtarze. Smagani wichrem historii, tarapaty mając za nic, popadając w niełaskę, doświadczając odrzucenia i obojętności ludzi. Spuszczamy głowę, ale patrzymy czujnie czy w oczach innych czai się już podziw i miłość… 

Człowiek jest przedziwną istotą o pokręconych czasem intencjach. Te najgłębiej skrywane, są zwykle prawdziwe. Co o tym świadczy? Często prawdziwa cisza wokół dobra, wokół człowieka o czystym sercu… i brak rozgłosu nadany jego posunięciom są najlepszym tego dowodem.

Kiedyś Szymon Hołownia próbował silnie nagłośnić program „Prawdziwi bohaterowie”, w którym generalnie chodziło o to, by nagradzać ludzi i nagłaśniać w mediach ich czyny. Upowszechniać, upubliczniać, gorąco chwalić… Ale czy faktycznie ci, i tylko ci, których kandydatury udało się tam zobaczyć zasłużyli na to miano. Czy tacy zwykli, codzienni bohaterowie nie chodzą między nami, czy nie stoją obok w kolejce czy autobusie… 

Bez lukru, z krwi i kości, prawdziwi ludzie… Są między nami i pozostaną chyba w tym życiowym cieniu, cichutko i konsekwentnie, robiąc swoje.    

Odpowiedzialność za pomaganie

Wiedzieć coś o pomaganiu, rozumieniu sytuacji czy psychice rozmówcy – to tylko myśleć, że się wie jak i komu przekazać wiadomość, jak dobrać gest, uśmiech i każde słowo…
Wnętrze człowieka jest tak delikatne jak mechanizm zegara, jak piórko ptaka czy skorupka jego jaja, jeśli myślimy tu o eksperymentowaniu to raczej wróćmy do pieczenia ciast lub gotowania…

Okrutny jest człowiek

Tyle obrazów okrucieństwa wobec zwierząt, my zwykliśmy przeżywać i potępiać tylko te, wobec ludzi.

Ten sam instynkt zabijania, krzywdzenia, wymierzania bólu… budowania przewagi towarzyszy każdemu z tych zachowań czy czynności… 

Mówimy lub czytamy: tylko wobec kobiety, dziecka, młodszego, mniejszego, słabszego… wczoraj może i kochaliśmy – dziś nienawidzimy…

Jak i dlaczego, skąd pochodzą takie uczucia i taka postawa. Karanie kogoś za to, że nie może nam stawić czoła, obronić się czy prosić kogoś o obronę swych granic. Oczywiście są chronicznie nieczuli czy okrutni z natury. Ale co z całą resztą, z tymi którzy patrzą i nie reagują na przemoc i na okrucieństwo…

Patrzymy na puchate kulki, szczeniaki i kociaki…

A potem ktoś rozsyła czy udostępnia obrazy zakatowanych, zmasakrowanych lub też skrzywdzonych zwierząt i pupili, obrazy braku troski i serca, braku odpowiedzialności za ofiarowane nam życie i bezpieczeństwo. Zależą od nas, cierpią przez nas – z naszych rąk… ból i strach, uszkodzenia, złamania… 

Czasem mam te obrazy przed oczami, długo jeszcze, obrazy hodowli zwierząt futerkowych – zawsze ktoś „życzliwy” mi je udostępni, a ja, nie potrafię tego w sobie pomieścić, sama nie mając nawet futra… 

Po prostu nie! Dla zasady, dla moich wartości… ze względu na to, że bardzo kocham zwierzaki, patrzę im w oczy i często nie boję się w ich kierunku wyciągnąć dłoni. Nie, bo burzy to moje wyobrażenie i mój spokój. 

Znęcanie się i okrucieństwo nie tylko podlegające pod „niebieską kartę”, człowieka wobec człowieka, ale i takie, na jakie nie ma we mnie ludzkiej zgody, na naszych „braciach mniejszych” jest zwyrodnieniem charakteru, osoby… Jeśli nie potrafimy kochać i przytulić zwierzaka, mamy w sobie chłód, napięcie i poczucie mocy bez zahamowań, nie pokochamy wtedy też mocno człowieka, nie nauczymy się bliskości…

Wybaczyć? Zapomnieć, Nie…    

Pożegnanie

Pożegnanie nigdy nie bywa ostatnie. Po ostatnim, przychodzi czas na kolejne… potem już nie możemy się doliczyć ile ich było. 

Żegnamy naszą pierwszą miłość, żegnamy się z marzeniami… odchodzi w niepamięć nasz „pierwszy raz”, nasze miejsce urodzenia – a potem pracy i związane z nimi osoby. Nawet przyjaciół żegnamy, bo bywa, że porzucają nas czy zdradzają w trudnych sytuacjach.


Droga przez życie w efekcie zawsze jest dla nas nowa i samotna, nawet gdy ktoś dopinguje i towarzyszy w niewielkiej odległości. W oddaleniu kibicuje lub tylko patrzy z boku.

Trzy dni temu żegnałam ojca. Odszedł, ale moje pogodzenie się z tą spokojną śmiercią nastąpiło już wiele lat temu, świadomość i akceptacja tego faktu już dawno była moim udziałem. Pamiętam do dziś ten moment, tę chwilę, tę podróż – w której byłam. Tam moja zgoda i zrozumienie powoli dopełniało całości. Nie w ostatnim tygodniu. Wiele też innych śmierci wraca tak do mnie, mniej zawinionych, bardziej niespodziewanych… zaskakujących i zmieniających wiele.


Ludzie wpływają jedni na drugich, pamiętam moment śmierci teścia, tuż przed świętami Wielkiejnocy, i ten czas gdy po latach – a kilka tygodni wcześniej trafiła w moje ręce książka o afirmowaniu życia, o zgodzie na to co jest i jak jest, o akceptacji człowieka z jego wadami, słabościami i nałogami… bardzo mi pomogła, choć nie zdążyłam porozmawiać z ojcem mojego męża o tym. W moim ojcu zobaczyłam jakiś czas temu, bo chciałam w nim taką perspektywę zobaczyć – twarz i miłość Boga, oddanie, siłę i ochronę, determinację – moc, to co było kiedyś już, odeszło i było przeszłością, ale co z tego… chciałam go takim pamiętać i oglądać. By kochało mi się go łatwiej. Będę takiego go pamiętać…

 

Rozwody bez stylu

Młodzi rodzice i małżonkowie rozstają się teraz strasznie, nieludzko, niedojrzale, boleśnie… W stylu potwornym, kosztem dzieci i swoich najbliższych, koszmarnie ranią siebie i dzieci…

Wyobrażenie o rodzinie jakie mam – nie jest sielankowe, jest całkowicie pozbawione lukru i pompatyczności. Rodzina zaczyna się wtedy, gdy nie jest różowo i nie marcepanem się karmimy. Gdy potrzebne są wyrzeczenia, cierpliwość, pomoc i współpraca – wzajemna troska, wyręczanie się i dawanie oparcia, czasu a nawet pieniędzy, gdy ich brakuje… na chleb i mleko.

Nie sprzedaje się w rodzinie swoich umiejętności i czasu – a oddaje go darmo, gości się przy stole bliskich – dzieli się posiłkiem, radością i troskami, umiejętnościami, wtedy można się poczuć „w domu, w rodzinie…”


Ale nie każdy zna taką sielankę, czasem ludzie rozstają się, rozwodzą, oddalają się od siebie – a coraz większa liczba w stylu podłym, najgorszym z możliwych… Raniąc się i uderzając mocno, używając jako zasłony najczęstszego z argumentów, dzieci. My – dorośli – trafiamy w czuły punkt. Chcemy by bolało, chcemy zobaczyć obnażone wnętrze – mięso, ciało, stracone nerwy – i łzy… 

Nie jesteśmy istotami idealnymi, mamy swoje wady, ale zbyt często nie rozwiązujemy trudności, rezygnujemy na starcie i izolujemy się. Nie naprawiamy, nie pracujemy nad związkiem.  Szukamy prostszego i łatwiejszego – bycia, życia, trwania w innym złudzeniu. Rozwalamy cudzy świat dając sobie prawo do tej inwazji. Rzeczywistość drugiego człowieka, jego zdanie, jego marzenia i życiowe cele jest wtedy jak szklana bombka…

Co nas oddala, co nas różni – dziś?. – Zbyt wiele… 

Nadeszły takie czasy, że nie doceniamy wysiłku, pracy, trenigu, cierpliwości, trudu, frustracji, siły więzi. Nie traktujemy poważnie cudu ciężkiej pracy. Wzajemne oskarżanie się, uderzenia – traktujemy jak sport, jak rozrywkę. Nie interesują nas koszty emocjonalne takiej aktywności… nie przywiązujemy wagi do dobra dzieci czy dalszej rodziny. Ktoś patrzy, ktoś widzi, inny czuje… ma serce. My – mamy na myśli i na celowniku wygraną.

Daleka droga do siebie. Przez zimę, przez chłód emocji wygasłych jak popiół ogniska. Coraz dalsza droga. 

Stajemy się powoli „wykształciuchami” bez stylu, bez klasy i bez charakteru.  

 

Drzewo i człowiek

Drzewa mają wielkie znaczenie w życiu człowieka, mówimy, że chcielibyśmy mieć dom z buczyny, że sadzimy drzewo upamiętniając ważne wydarzenia, że ciosamy kołki komuś na głowie. Na drzewie lub pod nim ukrywaliśmy w dzieciństwie sekrety. Najczęściej w ich koronach mieszkają ptaki, chronią się wiewiórki… drzewa dają cień, niosą ukojenie. 

Drzewa też – ich połacie dają nam upragniony tlen, gdy rosną – po prostu są „za darmo”, są darem Boga dla nas… I różnorodnością. Wciąż przecież tworzymy nowe odmiany i szczepy – bawiąc się czasem w bogów. 

„Korona drzewa” – mówimy, a więc pień wieńczy coś pięknego, jedynego w swoim rodzaju, ile drzew – tyle oryginalnych pomników, pamiątek wydarzeń, śladów historii i przyrody…

Mówimy – kochać kogoś do grobowej deski, i z tych desek – najczęściej – ktoś zrobi dla nas trumnę… Pod drzewem prosimy kogoś o rękę lub przyjmujemy oświadczyny… przytulamy się, całujemy, nawet rodzimy się i umieramy – też w ciszy drzew, przy ich niemym udziale…


Uwielbiam dwa testy psychologiczne, typowo projekcyjne – jakie można wykorzystać w pracy i z dorosłymi i z dziećmi. Zwłaszcza ze każdy z nas w ukryciu, dla samego siebie coś tam zawsze rysuje, szkicuje, bazgrze ołówkiem… I choć, niestety, jest wielu przeciwników testów projekcyjnych, to stanowią one naprawdę dobre źródło informacji oraz często, punkt wyjścia do pracy z człowiekiem, do rozmowy… do zadumy, skoncentrowania się na kilku problemach – wyboru ich do dalszej pracy psychologicznej…

Test człowieka jest trudny, zajmujący ale wielopłaszczyznowy.


Test drzewa jest wyjątkowy – twórczy, nieposkromiony, szalony, czasem zaskakująco ciekawy. Trudny w interpretacji – to fakt, jednak sam czas wykonania testu, praca danej osoby włożona w kontakt z papierem i ołówkiem – li tylko, stanowi całą głębię i bogactwo informacji o jej okoliczności ale też – o całym życiowym kontekście. Analizujemy całość tego zdarzenia, badania… Rysowanie, aktywność, oddanie pracy. Kiedy indziej – opór i drobne zaniechania, wymazywanie treści, poprawki – ten cały wkład, a dają one zwykle mocno zaskakujący efekt…


Test projekcyjny czasem nam coś mówi, kiedy indziej – milczy o czymś… 

Drzewo zawsze milczy, ale wyraża. 

Pozostaje milczeć, czekać, słuchać – rozchylić gałęzie, próbując znaleźć ukryte pomiędzy nimi – drobne owoce. 

Narkotyki kradną wolność

Nie do końca wiem, czy młody człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak bardzo jest już sam wobec wyborów. Gdy zaczyna wypuszczać się poza granice domu, miejsca bezpiecznego i przyjaznego, przebywać z innymi na domówce, prywatce czy dyskotece i wystawiać się na zachętę i pokusy ze strony otoczenia…

Narkotyki i dopalacze rujnują nasz kręgosłup, każą sprawdzać przekonania i prawdy jakie niesiemy z sobą… weryfikują niezależność sądów i wyborów.

Najczęściej nie ma wtedy przy nas nikogo, nikogo życzliwego…

Diler, nawet jeśli nam coś ofiarowuje, nie robi tego z przyjaźni i troski. Nie zbliża się do nas emocjonalnie, Nie jest odpowiedzią na braki, deficyty. Nie ratuje z opresji, lecz osacza powoli…

Zabiera coś, a nie daje…

Co zabierają nam narkotyki i dopalacze??? Pozbawiają autonomii, wolności, jedynego naszego bogactwa. Naszego prawa do samostanowienia i niezależności, do szczęścia. Wpadamy w pułapkę – bo samotność, bo nikt nas tak dobrze nie zna i nie rozumie… bo ktoś nas skreślił, odrzucił czy zostawił.

Bo przestaliśmy samych siebie lubić i cenić, wierzyć w odmianę trudnej sytuacji…

Tak ważne jest by nie być samemu w czasie, gdy kryzys goni kryzys, gdy samotność zbiera żniwo.

Samotność jest trudna. Brak nadziei – jest straszny… A najbardziej jego wyolbrzymianie, to, jak rośnie w nas z każdą chwilą… Przytłacza nas, przygniata, umniejsza…

Przepełnia nas ta sama gorycz samotności i porażki.

Czujemy się zagubieni – tak to prawda… Ale nie pozostawajmy wtedy sami, bo stajemy się mniej czujni na zagrożenie. Przyjaciele nie są tak daleko, możemy ich wezwać, zaprosić, poprosić o pomoc.

Gdy ktoś obiecuje fałsz i nieprawdę, nie brnijmy w fikcję. Wolności nie ma na zewnątrz, ona mieszka w nas, nie oddalajmy się od niej, nie sprzedawajmy jej za substytuty.

Narkotyki wiążą nam ręce, umysł, serce…

Nie ma dziś nic za darmo… prócz prawdziwej miłości i prawdziwej przyjaźni.

Dowiadujemy się tej zaskakującej, ale wiecznej prawdy, gdy komuś prawdziwie zależy na nas!

W majestacie nieba

Zmęczonym stopom dać podporę, dać ulgę…

Usiąść, odetchnąć, dać się unieść marzeniom – odciąć od rzeczywistości.

Czasem chce mi się znów iść, oddalić się – uciec od tego co jest codziennością, pewną powtarzalnością dni. Mam ochotę i pragnienie – zrobić sobie przerwę. Wolny czas…


Każdy ma takie swoje marzenia i tęsknoty, oddalenia od dnia powszedniego i ochoty… jakim ulega bądź jakie od siebie odsuwa. Bycie sam na sam z takimi utratami, złymi inwestycjami, świadomością czasu jaki się przetrawiło na niczym… na czymś miałkim przypominają o tym częściej. 


Kiedy dodatkowo zdamy sobie sprawę z tego ile mamy lat, jakie plany i marzenia towarzyszyły naszej młodości i jak niewiele z nich doprowadziliśmy do szczęśliwego finału, jak niewiele osiągnęliśmy. Pomyślimy o zależności, o brakach… o uśpionych pragnieniach – całe nasze błądzenie, droga, jej nierówności – kamienie, błoto i glina stają nam przed oczami. 


Nasza samotna droga – powolne fizyczne konanie. 

Piękne konanie – w majestacie nieba….

 

Dawanie i branie… w zawodzie psychologa

Osoby z którymi się spotykam, na zajęciach i na warsztatach, czasem też w osobistym kontakcie zadają mi pytanie, czy psycholog też „coś z tego ma”, że spotyka się z ludźmi, rozważa i rozsądza, że czasem pomaga a kiedy indziej, doznaje porażki, idzie na kompromis, traci siły… że urabia sobie ręce po pachy…

Dotykamy tu trudnej sfery i samego pytania o motywację czy potrzebę – wybór studiów i samego rodzaju posługiwania swoją wiedzą i umiejętnościami. Ktoś bardziej realizuje się jako badacz, ktoś inny teoretyzuje i rzadko korzysta z wiedzy i doświadczenia, ktoś inny całe życie praktykuje – uczy się, pracuje, służy umiejętnościami osobom potrzebującym, często ofiarowuje czas… Bardzo ciężko zachować równowagę między pracą a byciem psychologiem…

Zdarza się – że w prywatnych spotkaniach zagalopujemy się i nadal jesteśmy „w roli”. Zasłaniamy się, by czuć się mocniejszymi i bezpiecznie.

W tym zawodzie czasem zapomina się zdjąć maskę… Czasem ta maska po prostu przyrasta trwale do twarzy, nie potrafimy się jej pozbyć. Czasem nadużywamy tego, co potrafimy, co opanowaliśmy do perfekcji. Najgorzej chyba, gdy z butami i maską wchodzimy we własne stado, w dom i tu działamy jak w amoku – jesteśmy mniej ludźmi, nadal czujemy się jak w pracy…

Ważna jest równowaga, ważna dla bezpieczeństwa osób zainteresowanych. Psychika ludzka jest krucha, zmacerowana jak listek jesienią, perforowana jak skóra, nie jest ze stali – lecz szkła… Łatwo ją zepsuć i ukruszyć. Warto być delikatnym i tej delikatności się uczyć, praktykować ją – nie oceniając, nie przekreślając szansy na zmianę, nie odbierając wreszcie – nadziei.

Życie samo w sobie jest trudne, jest zmienne, czasem zaskakuje nas – bo trudno być przygotowanym zawsze i na wszystkie ewentualności.

Wybraliśmy zawód w jakim jesteśmy totalnie eksponowani na człowieka. Ma On nadzieję, że nie zepsujemy tego mechanizmu, kruchego jak wnętrze zegara… Osoba oddaje nam się w ręce cała, ryzykuje zmianę w sobie lub relacji, decyduje się na ciężką pracę – porzucenie nawyków i przyzwyczajeń, swoich żali, bólu, trudności, bez wyjątku… ale nadal pełna obaw i wątpliwości.

Ona nam ufa… Bądźmy uważni i ostrożni, i trzymajmy się zasad, bądźmy im wierni nawet gdyby miały być one zapisane na jednej kartce papieru, czy na naszej otwartej dłoni.