Szukać porozumienia za wszelką cenę???

Czasem przychodzi przemilczeć wiele…

#Szukanie rozwiązań… 
Współpraca, a nie kompromis czy inny rodzaj współzależności i pozornej straty, zamiast zysku! Przystanąć i nie dać się sprowokować. Komunikacja, sprawna i dobra – to nie wszystko. Zwłaszcza, że czasem towarzyszy nam tylko przekonanie o posiadaniu takich umiejętności.
I choć ja, uczę się tego – krok po kroku – od parunastu już lat czy miesięcy, to  w niektórych sprawach wiem 
a może z czasem odkryłam i zrozumiałam, że „mniej, znaczy więcej”.
Zawsze jednak podkreślam, że w każdej trudności, w konfliktach czy też „trudnych sprawach” warto jest osobiście spotkać się – rozmawiać, kontaktować się. Wyjaśnianie na piśmie, gmatwa… lub – źle nastawia. Nie każdy z nas dobrze reaguje na słowo pisane. Czasem wydruk tekstu staje się bronią (też tak w życiu miałam, byłam zaatakowana i podsumowana za to, co napisałam mało świadomie – i wysłałam pocztą…. mailem ).

Niestety, czasem to wyrok albo samobójstwo – wtedy już – zwaśnione strony mogą nie szukać porozumienia… Zniszczyć wroga a nie oportunistę czy adwersarza. Dobrze, gdy drugą stronę – rozmówcę – zna się 
wcześniej, dobrze się „ją czyta” z zachowań, przyzwyczajeń, z jego zwyczajów i pasji…. 
Dobrze „znać się” po prostu już całe lata, lata znajomości.
I jeszcze ja, to – co po mojej stronie…

Dobrze jest odnosić treści i przemyślenia do twojego charakteru ale i … nastroju chwili… Ważne by pamiętać o niezwykłej prawdzie, naprawdę starej, stara prawda psychologów -to ta, że  zawsze w swoich aktywnościach „istniejemy i mówimy, zachowujemy się w kontekście”!!!

Do tego zadam pytanie:   Czy omawianie swoich trudności z innymi matkami, mężami, pracownikami, zawodnikami czy też rodziną – po szybkich zmianach – pomaga ??? 

Wydaje mi się że niekoniecznie” …



Z autopsji powiem,  że w ostatni czwartek  (ubiegły tydzień 20.11.2014 r. wypłaciłam taką ustną wątpliwość, i zareagowałam burzliwie na zarzuty „tzw. do wszystkich dzieci, a w tej sytuacji do rodziców naszych „studniówkowiczów”… Ja – nie wytrzymałam… Dla mnie zachowanie faceta, który za wszelką cenę starał się upokorzyć nas – naszą szóstkę – czy też, wywołać skruchę??? i poczucie winy???…Strasznie poczułam się!!! Jak wyrwany do tablicy szczeniak czy też chłopiec do bicia


Wiesz, czasem tak bywa…

i uczymy się milczeć ale wnikliwie obserwować i analizować…

i trzeba się odezwać, ale w ustanej rozmowie wyjaśniamy „na gorąco”różne wątpliwości, 
mówimy też tak, aby miały okazję zniknąć  sarkazmy, 
w relacji z człowiekiem – szanujemy każdego człowieka, nie dlatego comówi i jak – ale za to, że jest człowiekiem…, cel też rozmowy jest inny – nie „załatwia się”  kogoś ani też   „nie idzie na wojnę” za to mamy – coś na kształt „współdziałania” czyli  „ty coś dla mnie, i ja coś w twoim kierunku”…
Warto tak spojrzeć  i na problem, i na siebie (na obie strony sporu). Zawsze powiem, że warto…

#ZATOPIĆ SIĘ W NIM….

ZATOPIĆ SIĘ  W  NIM
Po trochę, po pięć
Kocham iść – idę
Oddalona, wahająca się
Trudną sprawą, jej brudem
Pan we mnie tkwi,
Czasem myślę, że drży
Że boi się tego, czego nie mogę zrobić
Powiedzieć, odpowiedzieć
Krócej z nim, i dla niego tu siedzieć
Bez niego, wiedzieć
Przed obliczem Jego, całego
I że kajam się niezmiernie
Pochylam tylko głowę, płaczę tak, że drżę cała
W środku, we wnętrzu, tajemnie
Taka smutnie, totalnie mała
Znów sama, pojedyncza
Jak struna, jak ostatnia nuta
zagrana, zaśpiewana, 
zbyt trudna, znak o mnie, że „ta”…
Tylko się oddać, zaufać
Rzucić się w Niego, zatracić
Zapaść się po brzegi, kielicha ucapić
Dać się wypełnić, ulec… 
się oddać i oddalić, 
nie puścić Jego szaty,
pozwolić się ocalić  
Rany swe tylko wyleczyć, i innych też
ducha swego ocalić, i tysiąc innych serc
Do ciebie, w siebie, drżeć
Iść, biec…
24.10.2014 r.

#PANIKA ELIASZA

„Milczę, nie mówię niczego…
Drżę wobec nieodgadnionego,
Każdorazowo patrząc na dłonie i w siebie
Odczytuję to, co malujesz codziennie na niebie,
dla mnie i moich dni

Na dwa, na trzy
przez chwile jakie mi szykujesz
zaufaniem i pasją mnie wciąż psujesz
Nadzieją, zwątpieniem ranisz
a realizacją marzeń wciąż mamisz…
dobrocią karmisz…”

Ledwie odgadnij, ledwo słysz
Ty, którego tylko palec człowieka dotykał
Drżał, wielbił, płomień ognia w krzewie – i znikał
w sile wiatru, gromie z nieba, w zefiru powiewie
Wychylony z jaskini
broniąc spokoju swego – świątyni
własnego domu

ty, czekasz gromu
człowieku z pustyni

24.11.2014 r. (miesiąc do wigilii)

POTĘPIENIE SAMEGO SIEBIE

#POTĘPIENIE   SAMEGO   SIEBIE
Podejście pod stromą górę, zbocze  z widokiem na szczęście…
Pierwsze, samotne moje wejście
Najpierw stopy nie czują gruntu, ziemia osuwa się w dół
potem  i  ja – nie czuję mych stóp, i już… 
jar, pionowa ściana i piarg –  są tuż tuż.
Oddech grzęźnie mi w piersi.
Spadam. Wiem, że są ode mnie lepsi.
Oddalam się od szczytu, znów mam daleko. 
Zbyt daleko, do Ciebie. 
Pewnie nie  dasz mi drugiej szansy?
Nie podasz dłoni, nie wstawisz się za mną…
A jednak. 
7.12.2013 

WIERNOŚĆ

#Wierność temu, który do istnienia i do życia mnie powołał… 
I stworzył mój każdy okruch i pył, 
te wszystkie i to wszystko – co się na mnie  złożyło. 

Wierna  mężowi…
Nie, nie tylko – może i wierna swej obietnicy, przysiędze i prawu… Ale jakże wrażliwa na to co z tym robi druga strona… Doświadczenie dwojga ludzi i świadczenie czegoś co na pozór „zwykłego” ale też trudnego. Trwanie w stanie a nie w emocji. Wrośnięcie, jak w drzewo, w grunt, w mur… Sznur pojedynczych chwil i zdarzeń, miłości i radości, związanie się jak stułą z taką samą, jak my, drugą osobą… W byciu „na wieczność”, na ludzkie – zawsze…
Wolność dla drugiej osoby i z drugim człowiekiem??? Paradoks???   
Całe nasze życie koncentruje się na ułożeniu, walce i świadczeniu tego… Oddając w ręce, rękę – moją ludzką, dziewczęcą i człowieczą wolności, ja ją wtedy ofiarowałam mniej dojrzale – całe
21 lat temu. Do dziś potwierdzam każdym, no może co drugim dniem: oddałam, dałam i ofiarowałam, złożyłam ją w cudze dłonie…  
Wiem, to wiem…  Czasem, teraz – wyję do  ciemności, do księżyca,  o to, co zrobiłam… 

Potem milczę i słucham ciszy… Ona wie, więcej wie i rozumie, niż ja…

I jeszcze trwa teraz, i nadal będzie…
Tej totalnej ciszy, i tej – we mnie… 

Powoduję ciszę, by nie słyszeć własnych, pojawiających się pytań. 

Nie dopuszczać ich do siebie, ale i w sobie nosić, nosić zbyt długo… 

Co dzień biorę się „za życie”, za działanie… 
Idę małymi krokami do działań niezależnych, do takich: „znów”, „jeszcze” 
i „od nowa”, do „nowa”… 

Do każdego jutra…

DYPTYK

Może to owoc, może natchnienie boże…
czasem z wydarzeniem, kiedy indziej… z miejscem pobytu, 
ludźmi też, bardzo, być może..

(DYPTYK)


JEZUS I  OWCE


Widziałam Go, szedł, biegł
Pan dotknął się mnie
Wziął mój krzyż, i niesie

Pan zaprowadził mnie na
miejsce pustynne, i ma, stoimy tam
Pochyla się,
po głowie gładzi mnie

Rękę moją ściska jak gąbkę
Pełną octu, mirry i goryczy – 
spod jego krzyża i mojego
Ktoś do Pana głośno krzyczy…

W pustce rozchodzi się, jak w próżni ten krzyk
Cisza, znika praktycznie, martwieje, w mig
Podchodzę bliżej
Żałuję… Proszę o radę

Serce oddaję, pokutuję
Czuję ich zdradę… Potem nic nie czuję… 
w sobie zamieram – On umiera


JEZUS  I  SERCE

Serce oddałam
Serce oddane, „wrazczuję” z sercem jego

Pan mnie dziś, i wczoraj mnie dotknął…
Na mej drodze, przystanął
O radość moją, wierzę, się potknął


23.10.2014 r.

WODA W WINO…

Kiedyś dobry Bóg
Wiele mógł
Odchylił się od stołu,
Matka mu kazali
Popatrzył – nowożeńcy
Struchlali, stali – wobec gości 
On, w ciemności
Oni – bez wina
w poczuciu winy, w małżeńskiej samotności
Nie chciał się podnieść,
Ani gniewem unieść, ani powiek
Jak człowiek, Bóg-człowiek, 
człowiekowi-człowiek
Pomógł
Wodę w wino przemienił
Ludzi zadziwił, święto odmienił
I te twarze…
Rozdziawione, smutne, skulone
Ramionami otulone, 
Święte w momencie święta
A to wesele było,
Cud życia, pierwszy cud,
Dla człowieka – wigilia cudu
A On w tym cudzie, wobec ludu
 (Pasierbiec 14.11.2014 r.)

PATRZĘ W LUSTRO…

Patrzę w lustro
A tam ciągle ja, ta sama
Spodziewam się wciąż kogoś innego…
Ale dlaczego???
Człowiek się tak z sobą budzi i się brzydzi
Samym sobą, taką marną osobą
Nie zasługuje, nie prosi
Wszystko do siebie raczej odnosi
Nie otrzymuje i nie dziękuje
Opuszcza swój czas
Oddaje swój ostatni oddech i moc
Odchodzi, nie ma go
I brak jest takiego mroku w jakim mógłby się schować
Aby resztę z siebie zachować
26.05.2014

Trwanie i czekanie…

CZUJĄC i CZUWAJĄC
Trudno mi coś rzec.  Dodać czy ująć – bo… sama chciałabym spędzić ten jeden, ten każdy dzień, tę noc, dzień i każdy następny. Wybrałam i wybrałabym podobną podróż, i teraz. I wybieram. Dziś wiem, że za każdym razem wracam z Drogi, z Camino “codziennego” szarego i pełnego pyłu, błota, deszczu i kamieni, rzucanych mi w twarz – znów do Compostelli.   Do marzeń… Do serca jakie tam „w kawałku swej drogi” zostawiłam. Znów do Hiszpanii. Dla mnie owocnej i dobrej, dla mojego męża (do dziś) – przeklętej. On zawsze bluzga me świętości,  ja  – trzymam  się  teraz  wiernie  świętości  naszego  małżeństwa. Wierności i bycia transparentną. Dla siebie i dla niego. Samotność mnie boli. Pożegnałam i wtedy, i dziś wiele i wielu… Rzuciłam mu pod nogi wiele moich skarbów, pereł przed wieprze…. licznych tych rzeczy, tych  – będących mi  skarbem…   Oddanych w jakiś sposób innych osób. Czy było wielu zapatrzonych i zadumanych w moje działanie… Samotność wybrałam, i tak… trochę nieświadomie, zaliczyła też to, co mam w życiu  “odsunięcie od siebie bliskich” i w małżeństwie, i w rodzinie. Wybór – jaki czułam że muszę go dokonać… Teraz czuję, że na wyrost, na złość zadziałałam, ale inaczej  już nie umiem. Inaczej,  nie  rozumiem  już, tego, jak  mogę  dla siebie  chcieć,  skoro  codziennie  powtarzam w głębi: „Tylko ty, tylko przy tobie, i z tobą”,  bo sens ma „trwanie przy tobie…” 

#Kobiecie jest inaczej niż trudno (i jeszcze kilka refleksji….)

Mam już w życiu jeden cel, prócz setki innych. Jak Markowski z grupy „Perfekt”, aktualnie – „odnawiam, restauruję i naprawiam…dusze ludzkie”.
Ludzkie dusze. Ciał, jeszcze nie bardzo umiem. Choć czuję, że tak można, tak się pośrednio wpływa na człowieka.
W oddaleniu, nie bardzo umiem. Gdy w chodzę w grupę… częściej milczę. Choć wczoraj ktoś rzucił mi w twarz… słyszę, że ciągle narzekasz. A ja, ja się odsuwam. Ja – usuwam się w cień, w cichość. Wtedy oddaję pole innym, tak mi lepiej, i tak lubię…
Umiesz lepiej, potrafisz, zrób to. Nie wahaj się…
Niszczyć ludzi jest prosto.
Tkwić w miejscu… jest inaczej.
Cieszę się, że cicho siedzieć i zachować spokój umiem. Odnajduję się w tym, tak po prostu. Trwam w tym, bo szukam i czuję że są miejsca w jakich powinnam być, ale i te, w jakich… muszę być, muszę zostać…

Intuicyjnie… i to jest ta śmieszna prawda, ta dziwna jak pułapka – moja intuicja – jaka znów wygrała. I która wbrew mnie, wybrała…

Ta, intuicja, co powiedziała, z jednej strony „nie masz z tego nic” a z drugiej „kontynuuj”.
Rób dokładnie to samo i – tak samo.
Trudne??? I tak… i nie.

Nie tylko dalej tak robię, choć boli – coraz bardziej. Tak już mam. Stawiam kolejne płotki i poprzeczki. Nawet „niską odporność na ból i porażkę” mam wypisane na twarzy, na razy, które zaraz potem następują. Uderzenia o przeszkodę, upadki. Na łajania i na wypominki, zwłaszcza tych, których kochałam i którym ufałam.

Ale… nie traktuję ich już poważnie, ani też – jako przyjaciół mych. Już wcale ich nie traktuję…
Te razy, są dla mnie zbyt ciężkie, by można było ich unikać lub – ich nie czuć.
Nawet to, by  nie czuć… Nie czuć NIC.