Szukajmy wsparcia

Sami – niewiele możemy…

Systemy wsparcia są ważne, jak wsparcie w rodzinie, oparcie przyjaciołach… Motywacja – bo ktoś we mnie wierzy, ufa mi, pokłada nadzieję… Czasem też zdarza się, że gdy gramy „do wspólnej bramki – znajdujemy je w grupie kolegów w pracy. Gdy wykonujesz to samo, wspólne lub podobne zadanie, robi się trochę lżej. 
Ktoś wprowadza cię w nowe obowiązki nie dlatego, aby cię „wkręcić”, „wpuścić w maliny”, macie przecież ten sam – życiowy cel. 

Nawet w rodzinie, w małżeństwie – ponosicie ryzyko razem, wspólnie lub też dzielicie je między siebie. Solidarnie lub komplementarnie. Udzielacie sobie pomocy i wsparcia mając kompletnie różną naturę.
  
Skąd więc strach przed zaangażowaniem, odpowiedzialnością za drugą osobę… Podział obowiązków. Sprzyja temu zarówno powierzone zadanie, jak i jego zespołowość. Dzielimy między siebie pracę i naukę, licząc na rodzinę czy bliskich… Opiekujemy się sobą, troszczymy – czas poświęcając na  schorowaną osobę, dziecko wymagające dozoru i wsparcia. 

Skąd fantazja, że odpowiedzialność za siebie i innych – to jakiegoś rodzaju strata lub ofiara… Bo to prawda życiowa… taka nauka, powtarzalność jeśli nie reguła: „nie wiadomo na pewno, ale wiemy, że obawa czy strach – paraliżuje nas trwale”. 
Złe doświadczenie potrafi być złym doradcą, na całą resztę życia. Zaminować całkowicie sytuację. Unieruchomić nas… 


Ucieczka od odpowiedzialności…

Ze strachu, że zbłądzimy…
Z lęku, że konieczne jest zapłacenie frycowego lub ryzyko utraty.
Ból, ofiara, rezygnacja z siebie lub własnego dobra…

Myślimy też, że nie dorośliśmy do „roli”, że nie potrafimy, że nie damy rady… 
Strach przed samotnością… Przed tym, że w efekcie zostaniemy (jesteśmy) sami, że zbyt mało wiemy, niewiele potrafimy, że zbyt drogo za przyjemności życia trzeba zapłacić… 
Koszt „poświęcenia się”, ciężar podejmowanej zmiany – rozwoju, przemiany. 
A może i to, że niesiemy w sobie obawę, że nie damy rady sami (jako rodzice, jako małżonkowie, jako żona czy mąż), a to strach – że znikniemy niepostrzeżenie, nie zostawiając po sobie niczego znaczącego. 
Że nasze życie może się skończyć szybko, czy też boleśnie lub też – tragicznie. 

Podobno, mężczyźni boją się bardziej – truchleją też na myśl o przegranej, o rezygnacji, o kolejnym – dalszym miejscu poza podium… 
Są mocniej spięci ale też zagubieni, bezradni, zdeterminowani… Stawiają poprzeczkę nierealnie wysoko. A kobiety współczesne – niepewne swej kobiecości, odosobnione w swoich przeżyciach, zaprzeczające pragnieniom i marzeniom, zmęczone domem, obowiązkami (najczęściej podwójnymi). Może i brakuje im życiowego oparcia – ale z problemami radzą sobie sprawniej lub szybciej je próbują oswoić… 
Nie rezygnują łatwo. Na barki zaś – biorą zwykle więcej, niż są w stanie unieść. Padają ze zmęczenia… Coraz bardziej same, samotne…

Małżonkowie…  
Razem???Wspólnie??? Gdzie tam, czasem nawet – niechętnie udzielają sobie wsparcie… Ściśle dzielą pomiędzy siebie obowiązki a nawet – punktują swoje osiągnięcia. Zyskują lub tracą w swoich oczach, zawiedzeni, rozdrażnieni. Pomoc nieumiejętna – lub też żadna.

Podobno kobiety współcześnie lepiej znoszą nowe (typowe dla zmieniającej się rzeczywistości) problemy, obciążenia, zaskoczenie nimi – nie straszna im ta „nowa rzeczywistość”, częste i nieplanowane zmiany. Zaskoczenie, niepewność czy brak stabilności… Łatwiej się do nich przystosowują, odnajdując się w nowych sytuacjach i szybko zmieniających się wymaganiach. Dzielą się odpowiedzialnością chętniej. Nie gubią się tak łatwo lub też odnajdują się w tych czasach… Nie trywializują i nie relatywizują (dbają o to, co ważne i podstawowe). W kolejnych – dokładanych im obowiązkach, powinnościach czy powtarzających się – a dotkliwych – obciążeniach codziennością, nadal działają i radzą sobie. 
A jeśli nawet same nie potrafią dłużej i lepiej funkcjonować – to szybciej (bądź sprawniej) szukają pomocy, mają odwagę o nią prosić… Dodatkowo – przyznają się do błędu, niewiedzy – dając sobie czas na zebranie myśli i zastanowienie się, przygotowanie następnego kroku.

Odpowiedzialność kojarzy się z ciężarem, z trudem i ryzykiem…
Wiadomo, przywilejem, darem czy wyjątkową przyjemnością – to ona nie jest…

   

A mówią…

Czysty i paskudny, nielubiany przeze mnie a czasem jednak jedynie skuteczny – behawioryzm…

Niektórzy mówią, że terapia „awertywna”, prawdziwa, pierwotna, trudna i prostacka… terapia behawioralna jest czymś żałosnym, małostkowym, pozbawionym głębi. Ja też tak sądzę… nadal. Lecz ta wyjątkowa forma „porzucania” trudnych przyzwyczajeń, tak zniechęcająca i powodująca osłabienie ewentualnej relacji z przedmiotem-słabością, utratę więzi – czy na pewno nie działa? A to, że taka prostacka, negatywna w skutkach? Że następują nawroty i powroty do starych przyzwyczajeń, znajomości… świadcząca wreszcie o naszej niemocy, słabości…
A co to za argument, prawda???  Bardzo i to, być może…
Jednak jest to pierwszy krok do wolności.
Do porzucenia nawyku, osoby, czy relacji – która przecież szkodzi (długoterminowo).
Droga do samostanowienia, bezpieczeństwa – autonomii – oddalenia się lub – w finale – oddzielenia.

Najlepiej też, gdy dodatkowo otrzymamy negatywne sprzężenie zwrotne, tzw. „kopa”, które definitywnie nas odsunie z drogi „błędów i wypaczeń”, realizowanych naszych naiwnych i szczeniackich zamierzeń… koślawych i niemrawych kroków, które prowadzą nas (pierwotnie i nieodwołanie) na skraj przepaści. Donikąd, wiodą na zatracenie, ku upadkowi…

Część ludzi – uważa też – ze musi cierpieć, trwać w chorych lub też toksycznych, uszkadzających nas związkach, pełnych sarkazmów, poniżania czy psychologicznego – zdawanego perfidnie i celnie – bólu. Niosą one gorycz związaną z rezygnacją z własnych marzeń, pragnień, frustrację w odpowiedzi na bezradność i rozpacz… Niezadowolenie i bunt z powodu oddawanej powoli przestrzeni, a także – systematycznie traconego zaufania do innych…
Czy to, co wynika z utraty nie jest warte naszego wysiłku i walki??? Weźmy się w garść, zmieniając myślenie i podejmując tak nielubiane wcześniej działania. Czasem też wymagające od nas ryzyka wynikającego z „utraty”, samotności. Trudno nam zrezygnować z wpływów… na innych.
Ale my tylko wiemy, jak wiele zyskamy wreszcie mając wpływ na to, „co i kiedy” robimy, z kim jesteśmy, komu oddajemy swój czas, pracę czy inne dobra.
No i powoli, systematycznie, odzyskujemy tę naszą niewielką autonomię…  

Choć trudno, warto się żegnać ze złudzeniami…

Gdy wszystko męczy…

Chroniczne zmęczenie… Słabość. Towarzyszące nam lęki 
i obciążenie. Odpowiedzialność, troska, zagubione aspiracje, 
nasze marzenia, które odstawialiśmy na bok.
Cierpienie jakie odczuwamy, i wcale nie fizyczne. Ból wewnętrzny, 
utrata ducha i mocy, brak wiary w naszą sprawczość, w kontrolę nad
całą sytuacją. Brak wiary w naszą niezależność, utratę siły. 
Niemoc…
Czujemy się tak często, i czujemy, że jesteśmy sami. 
Że tylko my “tak mamy”.
Czasem ktoś poda nam dłoń, ale my potrafimy dumnie odmówić, 
cierpiąc w milczeniu całą niemoc – dalej, męcząc się niewypowiedzianie, 
nie dzieląc się obawami czy też naszym obciążeniem. Organizm zaś, 
nie wytrzymuje wiele, nie wszystko da się znieść, przejść nad tym 
do porządku dziennego.
Obłaskawić, oswoić. 
Choćby pierwotnego strachu, braku poczucia bezpieczeństwa, 
braku więzi – nie oswoimy już nigdy…
Takie poczucie zawieszenia, braku równowagi… Ciągłej potrzeby posiadania 
kogoś blisko, “pod ręką”, bezkrytyczne “uwiązanie się” na czyjejś szyi, 
a nie – towarzyszenie, nie tylko pierwotne przywiązanie…
Dolegliwości dobijają nas, zawładną bezkarnie i ciałem, 
i naszą psychiką, powodują też – tak już prywatnie – przekazywanie takiej 
skazy dalej, na kolejne, trwające przy nas osoby… Słabsze, zależne…

Uniemożliwiają też autonomię i rozwój, odejście – uniezależnienie się, 
przeżywanie pełnej satysfakcji, szczęścia, uniesienia, radości, 
wewnętrznej spójności. 

Uniemożliwiają też osiągnięcie prawdziwej niezależności.
Dręczymy więc i siebie, i tych, którzy jeszcze przy nas wytrwali – 
bezpowrotnie ich tracąc, zniechęcając. Zadając ból…
Człowiek potrafi zmęczyć, zamęczyć drugą osobę, 
prawie – na śmierć…

Gdy życie staje się udręką…

Mówi się często, że nie da się już żyć, gdy ktoś bliski umiera. 
Gdy przychodzi nam żyć dalej samotnie, samemu. Bo matka, 
czy ojciec byli ważni. Także wtedy, gdy odchodzą dzieci, 
nawet oddalając się, a stanowiły dla nas tak istotną część życia.
I gdy refleksja – nas samych – przybliża do rzadko stawianego, nieodgadnionego, 
czasem też – trudnego, bolesnego i kłopotliwego pytania: 
Dlaczego mnie to spotyka? 
Jaki miało to sens? Czemu nas – właśnie nas, to dotknęło? 
Czy potrafię być „sam na sam”? I czy dam sobie teraz radę? 
Co mam począć… Dla kogo mam żyć…

Odpowiedź:  TERAZ  I  ZAWSZE,  DLA  SIEBIE…

Życie nie musi być udręką gdy potrafimy żyć autonomicznie, sami 
ze sobą, gdy poświęcimy czas swoim pasjom, gdy coś zaczniemy 
– kolejny raz, i na nowo…
Kiedy potrafimy się cieszyć jutrem…
Dobre wspomnienie też jest budulcem, zaczynem do kreowania naszego 
wizerunku – do rozpoczęcia na nowo jakiejś drogi, podróży, 
spaceru przez życie… 

Nawet gdy coś się kończy, to coś się jednocześnie zaczyna… 
Oddalenie też może przynieść coś dobrego, nowego, być zaczynem zmiany. 
Rozpoczęciem poszukiwań, dostrzeganiem nowych perspektyw… 
Motywacją, jakiej nigdy nie oczekiwaliśmy – ale i motywem do podążania 
ambitnie i prosto, znów przed siebie… A nie tylko – zatrzymania się i ciągłego 
przeżywania (symbolicznego) naszej straty. 
  

Kij w bary czerwonym… i politykom

Co pośledniejsi politycy starają się nas zachęcić do odrzucenia, odwieszenia na kołek wartości – jakie wyznajemy, i mamy pracować, wspierać czy pomagać w oparciu o jakieś „nie do końca wiadomo co”… Bezprawnie przecież, już za chwilę będzie nam dyktowało warunki SLD lub inne polityczne ustrojstwo…

Zakaże „myśleć, czuć, być wrażliwymi”, nie będzie chciało wewnętrznego uporządkowania a jedynie – perfekcyjnie celnego działania i braku wątpliwości – moralnych, etycznych czy innych – bałwochwalczych czy religijnych.
I może jeszcze – życzyć będzie sobie odcięcia serca od korpusu…  
A zaraz potem, braku wrażliwości i żadnych realnych obron, blokad…
Przecież już dawno, cel uświęca środki – i lepiej, nic nie mówić, nie wyrażać…
Zagłuszyć sumienie, liczyć pieniądze…
Uświęcić procedury, zabić wątpliwości…

Nie czuć niczego, nie zadawać pytań, nie zastanawiać się, nie główkować – i w tym naszym „innym kraju”, kraju obcym człowiekowi i coraz większej ilości społeczeństwa – nie mieć wątpliwości…

Krytycznym być, chłodnym i zimnym – oraz bez serca, bez sumienia – to cel wyznaczony społeczeństwu polskiemu przez czerwoną i różową stronę polityczną „na dziś” a nawet, na wczoraj.  

Nie mam szczęścia do szczęścia

Zwrot paradoksalny???
Niekoniecznie. W sytuacji gdy nadchodzą wakacje i pozornie – czasu jest więcej i to w nadmiarze, częściej niż podczas sezonu pracy, na wszelką dostępną aktywność zwykle pozostajemy we wszechogarniającym: Po co? Czy warto? Czy ja zasłużyłam? Czy mi się należy?
Nie dość, że potwornie nie doceniamy siebie, gdy i tak – inni zwykle nie doceniają nas wcale, to jeszcze, próbujemy – celnie kopnąć siebie samych – w kostkę… Ugodzić, w czułe miejsce, dotkliwie skaleczyć.
Nasze serducho i duszę…

Że przecież, nie zasługujemy na miłość, troskę i opiekę, to dobrze już wiemy – prawda. Całe nasze krótkie życie jesteśmy o tym przekonywani. Teraz – bijemy się już tylko o uwagę, i o to, by samemu o siebie zadbać.
Dla kogoś może to być uśmiech i radość dziecka, dla innego – zdrowie, powodzenie członków rodziny… Kto inny odczuwa zadowolenie gdy podróżuje, czyta, gdy jest na dobrym, eksponowanym stanowisku… Kto inny ma się dobrze, gdy ma pełny portfel i żadnych finansowych zobowiązań…
Odczuwamy pełnię dobra i szczęścia… Tak, to czasem nam się wydarza, kiedy indziej – wydaje się nam…
Spróbujmy, no dalej…
Choć przez czas jakiś…
Dać możliwość i szansę przeżycia i doświadczenia czegoś dobrego, bezkarności i bezkrytycznego odczuwania przyjemności i szczęścia – nie tak od razu bezgranicznego. Jakiegoś jednak „dostatku”… Prawdziwie świadomego – rzeczywistego dobra.

Małego, prostego i skromnego…
Jeśli nam się uda, jeśli dostaniemy je, jeśli przeżyjemy i doświadczymy go – już jesteśmy szczęściarzami…