Gdy nic się nie udaje i wysiłki idą na marne

Czasem mamy uczucie, że całe nasze życie i rzeczywistość, 
sprzysięgły się przeciw nam. Że zostaliśmy sami i słabi. 
Nie udaje się nam nic i nie ma prawa się udać, powodzenie zaś
stało się dla nas legendą – słowem pustym i obcym.
Dodatkowo czujemy się opuszczeni, całkiem słabi, 
nie możemy liczyć na nikogo i na nic. 
Każda rzecz, jaką realizujemy kończy się fiaskiem, 
niepowodzeniem, jest pewną klęską. Inni zaś, oceniają nas 
jako nieudaczników, pechowców, ludzi skazanych na porażkę, 
niewartych wsparcia ani też poświęcenia nam odrobiny czasu.
Czasem nawet budzimy lęk w innych, że towarzyszenie nam, 
bycie blisko nas, spowoduje stratę i marne szanse na sukces, 
także u innych, u naszych przyjaciół. 
Nie jesteśmy dla innych oparciem. 
Mamy wrażenie że nic się nam nie ma prawa udać teraz, 
i że już nigdy się nie uda. 
Zły los się od nas nie odwróci. 
I to, że nie ma sensu żadne już działanie. 
Czasem też – mamy wewnętrzne przekonanie, że dlatego ponoszę 
klęskę za klęską, bo tak być już powinno. 
Bo wcześniej – zbyt łatwo i niezasadnie wygrywaliśmy 
swoje życie.
Najtrudniejsze jest też to, że zaczynamy czuć się samotni
i na tę pustkę wokół siebie i samotność, reagujemy równie 
silnie bezradnością. Na opuszczenie przez przyjaciół 
nie potrafimy reagować już złością – ale najczęściej – 
bezradnością, smutkiem, powolną akceptacją, dramatycznym 
napięciem. Poczuciem klęski, opuszczenia. 
Czujemy też ból porażki i brak nadziei w każdym momencie.
Nie znamy już poczucia krzywdy, klęski, ale powoli 
i nieubłaganie – dopuszczamy do siebie odczucie – 
“widocznie, należało mi się”.   

Poczucie winy…

Rodzi się w nas prawie zawsze – zarówno w sytuacji, gdy nie zrobimy niczego, powstrzymamy się od jakiegokolwiek działania, jak i w sytuacji gdy zrobimy coś, co spowoduje odrzucenie nas, wycofanie się z kontaktu, współpracy czy zerwanie przyjaźni.
Znajomość i przyjaźń łatwo dziś utracić, dużo łatwiej, niż dekadę czy dwie dekady temu…
Teraz nastały takie czasy, gdy działania nasze są postrzegane jako „inne”: niepopularne, ryzykowne – niezgodne z oczekiwaniami społecznymi.
Gdy zaskakujemy nonkonformizmem – gdy jesteśmy inni, niż jakaś reguła społeczna tak a nie inaczej – nakazuje nam.
Symboliczne i dotkliwe oddalenie od bliskich, znajomych czy grupy odniesienia jest niezwykle dotkliwe społecznie. Przynosi karę w postaci izolacji – trwałej samotności. Pozostajemy nie tyle sami ze sobą, ile przede wszystkim – bez wsparcia, narażeni na odrzucenie czy potępienie…
 
Wiele osób nie radzi sobie z tym dobrze, żywi do innych urazę i żal..
Odczuwa niepokój, pogardę dla samego siebie.
Poczucie krzywdy, niezadowolenia, bezbrzeżną stratę i pustkę.
Uczucie nie do naprawienia, sytuacja – nie do odmiany.

Pogodzeni z sytuacją, nie potrafimy pogodzić się ze sobą samym, odczuwamy wstręt i pogardę czasem – nienawidzimy siebie, ironizujemy, odrzucamy – jako potencjalnego kandydata na zaufanego przyjaciela. Przecież nas nie da się już polubić czy pokochać, nie… takich jak my – nigdy…
I tak rodzi się a potem wzrasta niechęć do samego siebie, widzenie w sobie potencjalnego przegranego, budzenie i prowokowanie odrzucenia. Brak elementarnej miłości własnej…
 
Każdy taki „kandydat do bycia ofiarą” sam, i pod własnym adresem rzuca czasem (także) oskarżenia o lekkomyślność,  mając potem sobie za złe każde najmniejsze działanie, decyzję. Wyrzuca sobie potencjalne narażenie siebie na brak wsparcia i utratę oparcia w innych.
Nie jest dobrze być outsiderem w tych czasach…
W każdych innych – również…

Trudno jest żyć, jeszcze trudniej – umierać

Kolejny raz siedzę sobie, teraz nawet z rodzinką – przed niesamowicie ciekawym, wyjątkowym i wzruszającym, poruszającym nas gdzieś w środku filmem „Śmierć superbohatera”… 


Umieranie jest niełatwe, trudne jest… to odchodzenie, wolne – ale nieuniknione, na zawsze. Mimo walki. Mimo protestów i pragnień bliskich. Ich starań…

Niezwykle odważny obraz a równocześnie, silnie i bezceremonialnie, głęboko wzruszający. Dla młodych i dla starszych. Samo życie, jak często mówię – samo mięso… 
Ciepły i pokazujący wrażliwość jednych, bezradność innych – samotność i rozpacz wobec jakiej po prostu trzeba się odnaleźć i dookreślić. Poddać się jej??? Niekoniecznie. Walczyć do końca??? O, tak, zawsze… 

Czy istnieje, czy może nam się zdarzyć w życiu, jakie nadal trwa po śmierci bliskich – zgoda na czyjąś śmierć i jej akceptacja… Nawet w przypadku postawionego wobec jej faktu rodzica, matki czy ojca, wobec odchodzenia chorego na nowotwór czy inną przypadłość dziecka…
Prawdziwy – jest brak doświadczenia, spontaniczne „gubienie się”…

I wiarygodny i „odpowiedni” w tym miejscu, w tej sytuacji…

Czy mamy trafić do czyśćca czy do nieba… to przecież ta myśl, myśl o wiecznej samotności, o byciu poza i… o stracie wszystkiego i wszystkich tu, teraz, zaraz, jest rzeczywistością jakiej nie sposób w sobie pomieścić.
Troska, o kogo… chyba o siebie. 
O jakieś oddalenie, samotne bycie nie wiadomo do końca – gdzie. 
Może o jakiś chłód czy gorąc (serca?) właściwy temu miejscu…  
Może ta jego „nieokreśloność”, tajemnica – gdzie będę, co tam odkryję, czy i jak w ogóle się odnajdę. Co jest tam, gdzieś, poza… To właśnie cała trudność do „przełożenia” na nasz, ludzki język – sfera pustki i samotności. 
No bo jak inaczej to zobaczyć, dostrzec i umiejscowić? Kruche i nikłe… życie??? Tak mało ważne dla innych. Mało kogo obchodzi.

Niewielu lęka się jednak – odchodząc – tylko o siebie… 
Najbardziej nie pasuje nam to „odchodzenie” i powolne, nieuniknione oddalanie się od innych. I to, że oni zostaną sami, oni odczują ten brak.
Brak nas…  

Czy naprawdę ślepy coś mógłby dziś dostrzec…

Podobno, ślepy – o tak, ślepy by dostrzegł…
Trudna sprawa, ale da radę… gdy założy bryle z podwójnymi szkiełkami.

Zaglądać wgłąb ludzkiego jestestwa, refleksyjnie i niespokojnie myśleć, aż do pierwszych objawów bólu głowy… I jeszcze do tego – zadawać dziwne pytania, często sobie także… Ot, takie sobie życie.
Młode… zawsze młode…

Odległość skalarna i neuronalna pomiędzy naszymi dziwnymi aktywnościami: myśleniem i chceniem, oraz działaniem – a następującą z pewnym opóźnieniem refleksją, czy warto było… i dlaczego nie… trudno przecenić.

Po co zadawać pytania??? Po co szukać – i, czy warto…
Religia nie zawsze daje odpowiedź, a życie? Tak, ono zawsze  i wszędzie nas boli.. Niecierpi nawet nas, przecież… Trwanie jakieś…
Bo są tam, gdzieś, daleko – o wiele ciekawsze i bardziej inspirujące sprawy niż same odpowiedzi na pytania, jakie przychodzi nam usłyszeć od innych. Pytania, które także nas rozwijają: nasz język, wyobraźnię, kreują i zgłębiają nasze aspiracje oraz zmieniają nudną rzeczywistość. Oddają również prawdę – istotę naszych marzeń, własnych, niezależnych – nie do podrobienia.

Ich kierunek – zawsze wskaże nam drogę…

Nawet w największym oddaleniu, naszej samotności… Ale też w najliczniejszym, otaczającym nas codziennie na ulicy tłumie, ta ciemna strona naszych myśli… tona lub dwie – pytań i wątpliwości, ukrytych pragnień eksploduje niecierpliwie. I ja wiem, i ty, że nigdy nie zdołamy ich zaspokoić. Przecież to nasze wątłe życie i tak nas w końcu zaboli, ugryzie i uszkodzi dotkliwie – pozostawi bliznę, jak brzydki ślad na naszej skórze… po cierniach…  

‚#Jako rzecze Zaratustra’ czyli często śni się nam, żeśmy bogami

Żeby uczyć kogoś bycia prawdziwym człowiekiem , trzeba nim być… nie zaś pokazywać ilustracje i regułki w książkach, zasady i paragrafy ilustrujące miraże np. przekazów medialnych, „celebryckich” kłamstw vel. niezbywalnych i jedynie słusznych prawd, no i klasycznie – naszych ulubionych polityków u władzy…
Po wielu latach trudnych ćwiczeń i mocnych doświadczeń, zaskakujących zwrotów akcji i w wyniku szeregu mocnych doznań – zdarza się, że nadal żyjemy… Te, które pozwalają na dokonanie korekty zachowań, pozwalają też skutecznie przeżyć. I to – udaje się nam całkiem nieźle…
Wartości… zasady…
Współcześnie: słowa niezrozumiałe, archaiczne, trywialne… Czasem puste, zwykle zaś – wypierane przez pustkę lub wręcz pochłaniającą wszystko (i wszystkich) – emocjonalną czarną dziurę. 
Długo „nie pociągniemy” sami i bezbronni, niewyposażeni, nieprzygotowani wśród ludzi, bez odrobiny zaufania, nadziei i umiłowania prawdy. Bez pewnej dozy i umiłowania ryzyka – ale i sporej otwartości, ciekawości świata, bez dążenia do poznania… głodu wiedzy…
Uznać jednak musimy, że nie my tu stanowimy zasady, nie my stworzyliśmy ten świat a przede wszystkim dzięki nam on jedynie może przestać istnieć. Nic dodać, tylko godnie trwać, bo nawet co do ilości włosów na własnej głowie… Niewiele możemy ich dodać czy też ująć sobie… Nic nam też nie pozwala wpłynąć na stan wyposażenia nas w potencjał – umiejętności, posiadanych zalet, zdolności, sprawność wrodzoną… Gdyż jeśli je mamy – cieszmy się, i dzielmy nimi… bądźmy szczęśliwi – posiadając. 
Jeśli zaś nie, nic to, nie martwmy się…
Tak widocznie jest, ma być, ale i musi, no i… tak być powinno…
Pytanie, jakie się rodzi w mej głowie, to nie „co” ale „jak”. Jak rozwinąć w sobie potencjał, jak nauczyć tego pogodzenia wewnętrznego samego siebie i równocześnie wrażliwości na sprawy innych.
Jak uczyć się ofiarności, dzielenia się dobrem – szacunku, wielkiego serca, zaufania kolejne pokolenia – naszych uczniów, młodzież, wychowanków. I… jak dotrzeć z tą tą prawdą do swoich dzieci i innych podopiecznych. 
Jak inaczej i refleksyjnie postępować, działać mądrze??? Bez zadufania i fałszywej, pustej dumy zamykającej człowieka… 
Bez spłycającego człowieka poczucia wyjątkowości, wybrania, posiadania „boskiego wskazania”, „boskiego genu” z pewną dozą bezkarności i nietykalności: „to mój syn/córka – nie rusz…”, „milcz, czy ewentualnie – ignoruj jej/jego błędy”, czy też „hej ty – nie wtrącaj się”, a może: „przestań ich upominać, zabraniam – nie wolno ci tego czynić… tylko ja mam do tego prawo”.
Takich ludzi, uzurpujących sobie specjalne traktowanie jest mnóstwo, niektórych dotkliwie boli życie… Inni pozornie oddają się w nasze ręce, zaraz jednak uderzają znienacka, atakują chytrze, za piękne – odpowiadają nadobnym…  
Nie nauczymy się inaczej pracować nad sobą ale i „zmianą wewnętrzną”, bez prawdziwego „dociążenia odpowiedzialnością”, licznymi trudnościami, nie da się ignorować zasad, znaczenia rozsądku oraz samodzielnego myślenia.
Pora na wysiłek: „nie ma kołaczy bez trudniejszej pracy”, bez refleksji, wrażliwości… 
Zdaniem wielu, naprawdę –  „da się żyć”, „da się to prze-żyć”.
Może i się „jakoś-takoś” da, ale – po ludzku, po prostu, inaczej – nie wypada. Inaczej, czyli byle-jak, to płaskie – lekkomyślne. A dodatkowo i po ludzku mówiąc, jest niegrzecznie, jest nieludzko, banalnie – ale też, haniebnie…  
Krwawy lub lekko krwisty befsztyk, „kanapka z człowiekiem”…  Można powiedzieć, że nie czując, nie współodczuwając, powoli stajemy się mistrzami gry pozorów i absurdów, „bycia” za wszelką cenę… i pomimo innych bliźnich, drugiego człowieka.
Nawet często postrzegając siebie poza godnością, poza dobrem i z daleka od człowieczeństwa. A co w takim razie z pięknem – z tym, co staramy się umieścić na tronie, poza dostatnim życiem, poza jego używkami, zyskiem, ponad pozornymi korzyściami – uprawomocnionymi aktualnie i nieprawnie zasadami… 
W miłościwie panującym nam – czyli w panoszącym się społecznym i politycznym systemie, człowiek zaczyna „nic nie ważyć”, nic nie znaczyć,  a przy aktualnie promowanych wartościach – nawet znikać z pola widzenia i działania. 
 Świat bez człowieka (tj. bez bycia na co dzień „Człowiekiem”), jest i będzie nadal  absolutnie… pustym. 

http://aneta-sendra.blog.onet.pl/2014/06/16/249/ ‎

Kochający tatusiowie…milczące mamusie

Bezkrytycznie, spontanicznie i zawsze… na wyłączność…

Miłość dziecka swojego bywa naprawdę – czasem o zgrozo, szkodliwa. Nie rozwojowa, nie uskrzydlająca czy stymulująca. Nie zachęca do podejmowania aktywności – cudownie bowiem wyręcza…

Pytanie: czy to jest miłość? A jeśli nie, to dlaczego osoba dorosła działa na szkodę własnego dziecka i czyni z niego nieczułego człowieka, o niskim stopniu empatii, ale równocześnie – wrażliwego tylko na własną krzywdę oraz potencjalne korzyści. „Pieszczocha” rodziny, pupila o słodkich i niewinnych oczętach… 
Sposób na wzorowego i wzorcowego członka udostępnionego nam, nowoczesnego i postępowego  społeczeństwa. 
Takich „jam jest, i nic poza mną…”, oraz „no tak… po mnie – choćby potop, ja i tak pozostanę”. Tym samym, w prosty sposób – rodzic hoduje… małego egoistę… 
Wyjątkowego, jedynego i niepowtarzalnego…
Gruboskórny zwierz….

Gubimy zdrową miłość i zasadę – nie szkodzić. Nikomu… jeśli się tylko da. 
Życie i bezpieczeństwo – zasady i moralność, dobro – są ponad wszystko, ponad każde inne dobro-czy-zło które da się ‚kupić-sprzedać-zamienić’.
Coraz większa grupa rodzicieli – chce zamienić jednak wszelkie „ograniczające ich” wartości na materialne i para-materialne dobra: przedmioty lub przywileje, przewagi, zyski, przełożyć na układy i stanowiska, i uczynić z tego przekazywaną najmłodszym normę „do (u)wierzenia”.

Gdzie archaiczne – rzekłoby się – zasady??? Gdzie reguły życia i współżycia społecznego. Opieka nad słabszymi, szacunek dla innych i dla siebie, także – „słabszych” stworzeń, małego człowieka. 
Kochać…
Ofiarować się… Rozważać cudze dobro i swoje, dokonywać wyborów… Nawet – rezygnować ze swojej korzyści… Czy tego jeszcze potrafimy nauczyć innych, przekazać drugiemu jako zasadę i sposób na życie??? Czynić podobnie, czynić właśnie – tak…


Przepraszam za moje wrażliwe refleksje, to jednak świeży efekt przemyśleń rodzących się w mojej głowie po kilku spotkaniach z rodzicami małego człowieka, lat ok. sześciu. Wynik ujemny życia „poza zasadami” oraz ‚poza większą liczbą wartości’. Po prostu stało się ono nie do wytrzymania – nawet przy tak małym potomku, wyjątkowo trudne i dotkliwe. O ile jakoś trwa sobie, to jest już „nie do zniesienia” dla bliskich… 
Nawet poza wszelkimi wartościami pozostają zwykłe, ludzkie – rodzinne, mądre oraz naturalne potrzeby. 

I tak, myślałam (zakładałam) że proceder ten, odnosi się najczęściej, czy typowo – do rodziców młodych dziewcząt i takowych – i to był mój błąd.      

Gdy życie traci sens

Tracimy przyczepność do gruntu, tracimy…i pewność, 
że sami dajemy sobie w życiu radę. Że jesteśmy dorośli, 
niezależni. Oddani… Ale jak to zrobić? Gdy codzienność daje nam prztyczka w nos… 
Zrobiliśmy pozornie wszystko – szkoła, studia, wiara w to, 
że wybraliśmy dobrze. Że to jest właściwy kierunek, 
że będziemy potrzebni. Twórczy i pracowici,…i to nam 
i szefowi wystarczy. Że weźmie to za dobrą monetę… 

Potem – gorycz porażki, długie poszukiwania, odrzucane oferty
i pogardliwy uśmiech pracodawcy, którzy “spuszczają nas”,
kolejno, po drucie. 
A po tym wszystkim jeszcze wracamy do domu i znów 
nie mamy czym nakarmić rodziny, chyba tylko obietnicami
złożonymi i im, i sobie. Karmimy ich goryczą i poczuciem
krzywdy, napychamy, oszukujemy. 
Faszerujemy ich kolejnymi nadziejami. 
Płonymi…

Bez pracy i bez zadania codziennego nie odczuwamy przecież sensu życia, przepływa ono między palcami, 
a nie tylko nasz czas. 
Ale życie nasze, całe. 

Gdy czuję się niezrozumiany przez innych

Kiedy idę emocjonalnie i duchowo sam przez życie, kiedy jestem 
już sam, to jest jak piesza podróż nocą na pustej drodze… 
Sam piję kawę, i słodzę ją tak, jak sam potrzebuję i lubię… Dla siebie tylko gotuję, piorę tylko własne skarpety i jedno jabłko, 
mleko czy bułkę – kupuję… Ja sam i tylko dla siebie…

Gdy wydaje się, że następny dzień pomoże, okazuje się – że każdy następny przyniesie tylko większą i coraz dotkliwszą pustkę. Wielkie “nic” a tak blisko. 
Brak ciekawego oraz oryginalnego wypełnienia dnia i dobijający 
tak bardzo, codzienny brak rozmowy… 
Cisza – tylko cisza człowiekowi wciąż towarzyszy.

Nie ma się z kim zjeść kawałka ciasta drożdżowego, bo ludzie 
unikają siadania obok. 
Czują się niezręcznie, inaczej – z czasem udając nawet, że nie znają, nie rozpoznają cię na ulicy. Kiepsko jednak udają…

Czasem jest też tak, że jeden – wywołuje rozmową, fałszywością i uprzedzeniem 
do nas taką sytuację, że nikt inny nie chce pozostawać w bliskiej relacji z nami, boi się czegoś??? Czego – rozmowy? 
Emocji, płaczu, łez czy uśmiechu… 
Naszej natury… 

Człowiek bez innych ludzi też niewiele znaczy. A czuje się strasznie, 
bo mu czegoś i kogoś tak bardzo brak… 
Bo czy jest ci dobrze, czy też nie – gdy ktoś obgaduje cię 
czy oczernia, kłamie, niestety – pozostajesz bezsilny. 
Znów sam… 
Z czasem – zamykasz się w sobie, bo nie możesz tego pomieścić. 
Jak tu oczekiwać sprawiedliwości ze strony całego świata, jakiegoś rodzaju troski
czy miłości – nici sympatii… 

Nie spodziewaj się wiele.

Najgorzej jest także z tym, gdy niezrozumienie towarzyszy moim codziennym kontaktom z bliskimi. Relacje są coraz bardziej płytkie, bezpłciowe, trudne i chłodne – z czasem – stają się sztuczne, proste, bezsensowne, bezbarwne, nie cieszą. 
One oddalają nas. Odrzucają…   

Niezrozumienie trwa, do końca naszej drogi, jeśli się uwikłamy w zależność
od obrazu jaki kreują inni. Co o nas myślą, jakimi nas “tworzą”. 

Młodzi ludzie są szczególnie wrażliwi na tę sytuację, bezbronni i naznaczeni nią.

Rafa królem kortu…

Nerwy towarzyszą grze, występom sportowym…

Publiczność stawia wymagania, przychodzi z oczekiwaniami, stadion czy trybuny przeżywają „złe” i „dobre piłki”, ale mecz Rafy, dzisiejszy – półfinałowy był po prostu piękny. Utalentowany i niezwykle pracowity Hiszpan, bez dumy nie zaś chimeryczny, trywialny czy żałosny, przyjazny i uśmiechnięty przeżywa kolejne zwycięstwo. To też zwycięstwo nad sobą – słabością, nad obawą czy dam radę, czy sprostam, czy wrócę… i w jakim stylu.
On, radosny, choć ma swoje słabości i przywary, tak promiennie uśmiechnięty… Uradowany sukcesem, ucieszony jego marką i okupioną potem i łzami ciężką półroczną pracą…
Można się nie bać, pewnym być, można cieszyć się gdy się zrobiło wiele, gdy wszystko – i jest się w takiej formie, jest się w niebie, dotyka się szczytu, dotyka horyzontu i wszystkiego co ponad…
Finał wymarzony, dwóch gigantów.
Dwóch mistrzów spokoju, opanowania i perfekcji – to ważne bo kondycja, przygotowanie i wielka praca to jedno, ale opanowanie, hart ducha i równowaga – wewnętrzny spokój, miłość do tego co się robi i czym żyje, to niebywała umiejętność… Skarb, ale i najwyższa nagroda i dla mistrza i dla każdego fana…

Chciałabym kiedyś uścisnąć mu dłoń… Bardzo wymowne, niezwykle subtelne przeżycie… Moja ciekawość, mój podziw, uwielbiam ludzi z pasją, kreatywnych i znoszących wiele ciężarów dla urzeczywistnienia marzeń… Chciałaby też spojrzeć w te oczy, pełne iskier, pełne chłopięcej radości… Czasem dostrzegam tam, i odrobinę cierpienia… W jego oczach jest spokój i pogodzenie z tym, co jest konsekwencją i efektem wysiłku.

Rafa – potrafi z wielką gracją zarówno przegrywać i wygrać. Potrafi unieść gorycz porażki, ale i niezwykły balast pięknego, drogocennego zwycięstwa – i za to ogromnie go szanuję. I jako człowiek, i jako sportowiec niezwykle trafnie określa i nazywa cele, emocje oraz towarzyszące im przeżycia jakie dostrzegamy w jego ruchach, na twarzy, w ciele… Potrafi zaimponować w każdym calu…
To niewątpliwie autentyczny król kortu…
Aktualnie i od wielu, wielu już lat – w tenisie, mój prawdziwy numer jeden…    

Bardzo być może…

Siła naszych pragnień oraz nasze bardzo chcenie ożywia, uświęca… powtarzam to sobie co dzień, prosząc o jednego, dokładnie „za” jednego człowieka. Choć może powinnam za wielu, za różnych… ale tak też się dzieje. Ten, jest z racji „skomplikowanej sytuacji” najbliżej mojego serca teraz….
  
A może czynię nadużycie, może to nie o niego się starać, modlić i prosić powinnam…
I – czy to jest zgodne z wolą tego który daje siłę oraz zdrowie, uzdrawia duszę i ciało…

Tu, w przypadku mojego X zależy mi na obydwu, bo chłopak jest tego warty… a tak wiele ludzi też ze mną „stuka” do niebios bram… Czy przekonamy, czy tą siłą i wytrwałością prośby oraz jej nieustępliwością wystaramy się o zdrowie. I jaką mocą… Siłą próśb wielu.
Chciałabym ogromnie, bardzo aby po tym wypadku i po jego następstwach nie było śladu a jego ciało i umysł było sprawne tak, jak to pamiętam, uśmiech nie schodził z warg… trudno o więcej i lepiej…

Lepiej być wytrwałym, stukać do nieba bram..

Kołaczącym bowiem – otworzą, a pragnących i czekających – jest w kolejce wielu…