Ciężka praca czy talent – jak to robią dzieci….

Sport i sukces, czy tylko kwestia predyspozycji, i szybkości….
czy czegoś więcej, czy w niektórych ważny jest wysiłek a kiedy indziej, najważniejszy jest instynkt….
Tak, w każdym sporcie zespołowym musisz mieć instynkt, i nauczyć się tego, że jesteś częścią większej całości – nie jesteś sam… nie jesteś tylko wybranym, gwiazdą

Gregory
czyli talent

Ja
nie do końca…
w indywidualnym – to talent, ale najczęściej to kompilacja, połączenie i kwestia wielkiej pracy, pracowitość tzw. wrodzona, stała i regularna przypadłość, skarb człowieka…
80% praca, praca….a często i wytrwałość – mimo braku sukcesów….  
w sporcie zespołowym, ale i indywidualnym – dobija najmocniej brak sukcesów, który cię czasem dotyka, kiedy indziej, to to, że nic z tego nie masz: „bo nie grałeś dziś”, „nie strzeliłeś, dałeś d…, i to, że nie masz wyników” czy też – np. nie masz „kasy” z tego lub dresu, koszulki nawet czy stroju nikt nie sponsoruje… Taka sromota i bieda, ani butów nawet, ani sportowego przyodziewku – ani frajdy czy satysfakcji.
Ale przecież i motywacja wewnętrzna jest też w sporcie, no może w zespołowym mniejsza – wtedy liczy się to, że gramy w grupie przyjaciół i jest niesamowicie bo „jesteśmy razem” i to wystarcza. 
Mniej jest jej i dlatego to wielkie zadanie, sztuka i ciężka praca dla psychologów – trenerów w sportach zespołowych. Zawodnicy wykruszają się, i potem odnajdują – w indywidualnych dyscyplinach 
lub w mniejszych zespołach 2-3-4 osób np. skoczkowie narciarscy…. Takich, gdzie ludzie polegają na sobie i mogą na siebie liczyć – łyżwiarze, tenisiści – tacy tam… Zmotywować 12-15 siatkarzy, czy 12-20 piłkarzy…. trudna sprawa…
Każdy z nich to inna historia, inny człowiek….. osobne zadanie. Trudno jest trafić…
 
Gregory
– To  tak  jak  zadanie dla nauczyciela: „Wejdź  do klasy  i  powiedz  im  (a zbliżają się już egzaminy),
 że warto się uczyć… albo że „bez wykształcenia nie znajdziesz pracy….”, itp.


Ja
Tak, dokładnie – skoro wiesz nauczycielu, matematyki, fizyki czy angielskiego – co chcesz powiedzieć, jaki jest tego cel… i że to ważne, to zrób to sam. Znasz ich najlepiej, wydawałoby się, każdego  z osobna, w gimnazjum. I w dodatku, minęły już 2.5 lub prawie trzy lata… To co, żeś ty u diabła, robił wcześniej, albo czego jeszcze nie zrobiłeś…. Trzeba zapytać….
Trzeba się człowiekiem zaciekawić…
Zrób to, i to teraz. Nie wrabiaj kolejnej osoby, nie trać mego czasu bo jakaś 20-30 minutowa gadka, z mojej strony, jakiej się spodziewasz a jaką nazywasz „spionizowanie” klasy: 1)nie ma sensu, 2)nie zadziała, 3)a ja – nie podejmę się jej – bo ryzyko większe… 4) sama tego nie lubię… to truje, nie łączy…
Taka postawa rozwala.
I ich, i mnie. A tobie – w niczym nie pomoże. Kochać to, co się robi jest najlepszym wyjściem…

Miłość jeśli ślepa jest???

Miłość jest ślepa…
Miłość nie umiera, miłość zamarza.
Oddala się na chwilę, z chwili na chwilę – lub jej nie ma, bo nie było, tylko mrzonki i jakieś „wydawałoby się” czy „wydawało mi się”. Miało być, a nie jest, tak sobie marzyłem… że ty bedziesz tylko moja, dla mnie, sama jak palce, zdana tylko na moją wielkość, spokój i potęgę mężczyzny. We mnie brak tego pragnienia ani też zapału już nie mam, mam smutek i poczucie straty, za każdym razem, każdym drobnym działaniem.
Nie ma jej już – bo nie ma nic. Zaczyna się taka cisza między ludźmi, że na pytanie „co z wami, co u was” myślę sobie, jakich nas i co to jest to „nas”, bo nie czuję o co chodzi…

A ja – jestem  człowiekiem.
I chciałabym na stopach swoich dojść tam, gdzie ktoś inny tylko pamiątek i zabytków szuka, a nie swojego serca i sensu życia. Mnie ciągnie inna ziemia i świat inny, odległy.
Dlatego i codzienność mniej mnie boli, mniej dobitna jest… Bo jej nie wierzę, bo to co jest tu, nie ma wiele wspólnego z tym, na co czekam i czego pragnę i czego codziennie dotykam, z kim staram się być, co wspominam, w czym mam swój udział.

Pewnie na jakiś tam sposób jestem inna, jestem niedzisiejsza i niecodzienna.
Ja jestem prawdziwie ślepa…
Inna – jak czas mój, jakiś inny. Nie rozumiem go, nie jestem do końca w nim…

A teraz???
Oddaję wszystko co posiadam, tracę lub trwonię, jak osoba z dzisiejszego kazania Ojca Kłoczowskiego – wybieram Jezusa bo nie mam nikogo innego, bo jestem sama i tę samotność znoszę najgorzej, bo z miłości nikt i nic ze mną nie zostało, bo drżę jak liść. I tego się boję, tego nie lubię, to chciałabym zmienić i oddalić w sobie, móc mieć innego kogoś, człowieka bliskiego, miłość jego.
Cóż, jeśli się pustkę dostało – to i wiatr, i zniszczenie i pustynię się czyni, zamiast żyznej ziemi. Niebo jest zimne, zawsze to mówię – próżnia i cisza, samotność, ignorancja, brak ciepła i troski o innego, drugiego człowieka…
Kogo uratuję, tego wezmę ze sobą lub dla niego… Kto będzie chciał inaczej żyć, jest wolny… wolność innych kocham i szanuję. Jak w życiu, ponad moją własną stawiam.
Wolność swoją oddałam Jemu, i nie mam jej, ale dostałam o wiele, wiele więcej. Tak trwam, jak umiem… No i staram się nie upadać zbyt często, choć chcieć – to nie zawsze móc.
Czasem coś we mnie upada bardziej, niż tego chciałabym…  
Na pytanie ludzi „o co chodzi” – milczę, i wycofuję się, bo tego co mam, nie pojmie nikt.
To zbyt dziwne, ponure czy tajemnicze – ciężkie, czasem trudne i niezrozumiałe. I nawet znający mnie, rozumni czy inteligentni, potępiają i mnie i mój świat, mój sposób w jaki patrzę na rzeczywistość. Inna – odmieniec, dziwak.
Dobrze jej tak…
Dobrze mi tak????

Nie odda mi tego nikt już, tylko o jeden następny (i każdy) dzień proszę Cię, by mieć zawsze szansę poprawić to coś, co dziś nie udało mi się wcale, co zepsułam, co straciłam…
O szansę na lepsze jutro…
Człowiek, ten tu, nie mógł zabrać mi wiele, bo nic z mojego nie brał…
Z tego co tu jest cenne – to do mnie nie należało.

Za późno, odszedł i ten czas, to uczucie, to myślenie, ta wrażliwość…
Promyk gaśnie – tak, już zgasł…

Na mnie, we mnie…

Pomysł na… życie

Coś swojego, własnego… 
Działanie przynoszące dochód rodzinie i dobro jego beneficjentom… 
Działalność może i dobrze prosperująca, ale przede wszystkim przynosząca nie kłopoty i udrękę z fiskusem, a dająca radość, twórcze  spełnienie się. Nawet jeśli coś niezbyt dużego…
W mieście, nareszcie, razem prowadzone – rodzinne wg marzeń i pomysłu wspólnego, nie zawsze blisko powiązane z aktualną pracą ale koniecznie z zainteresowaniem, inspirowane pasją, bo wtedy – trwa dłużej i ma szansę na jeszcze, i jeszcze trochę…
Tak mi się chce, tak się marzy zamiast codziennych, mechanicznie powtarzających się czynności, bezideowych i okraszonych tylko złośliwymi komentarzami, trudnościami ale i rzucanymi pod nogi kłodami przez… podzielających mój los. Codziennych wyrobników, pracujących nie dla sprawy, lecz – dla pieniędzy, dla chleba.
Odległe, bolące miejsca i złośliwość ludzka – bo bez wartości, bez zasad – nie ma sensu bycia…                       Nie sprawia mi codzienność ani frajdy, ani nie pozwala się zrealizować, ani się rozwijać człowiekowi…   Nie dostrzegam już dalszej perspektywy, nie mogę już zobaczyć moich celów bliższych i odległych, spełniać pragnień i marzeń w które ubrane jest całe nasze życie.
Odległe już jest to, co codzienne – bo tu już mniej, niż więcej – więcej nie mogę wnieść, bo ogranicza mnie to, co jest.

Zmieniać – „nie zmieniając” siebie???

Praca nad sobą, czy to musi być zmiana ??? 

Trud konkretnej małostkowej oraz oderwanej od rzeczywistości modyfikacji tego co jest, 
co bywa, co mogłoby być. I głębokie cierpienie, czasami nawet o charakterze twórczym. 
Dziwny czas, ktoś ma ambicje – kto inny potrzeby…
Jakieś cele i marzenia. Czasem trud daremny, wewnętrzna porażka. 
Chcę,  a boję się, chcę i działam, ale wiem, że nic tu nie mogę (nie pomogę). 
Nie bardzo wielki wysiłek, samotny, skazany często na niepowodzenie. 
To trochę dziwne, bo często mówimy – że robimy to dla… Dla kogoś, kogo kochamy.
Wielu nie zdobędzie się na ten wysiłek zmiany.
Kilku, doceni tę pracę. Zbliżą się do siebie, odsłonią się przed sobą i będą szczęśliwi 
lub tylko zadowoleni i prawdziwi i szczerzy. 

Jeszcze inni, będą żałowali, że cokolwiek chcieli zmienić w swoim wygodnym 
i ekskluzywnym, żałosnym byciu. 
Bo odszedł, bo nie chciała być/żyć z nim takim, jaki jest naprawdę – bo mieli – i mają – siebie już dość.
Zbyt wiele prawda i szczerość kosztuje. Wymaganie od siebie jest trudne, 
mocno uwiera jak ciasny but – niewygodne. 

Czasem niewłaściwe, nie na miejscu. Obce dzisiejszemu człowiekowi…
I potrzebne, jak kropla – jak łyk zimnej wody.

Miłość jedno ma imię…

Wiem, że jedni łatwiej z tym mają, innym… uwierzyć trudno że przekazując dzieciom naszym życie, dajemy im coś dalece więcej, trudniejszego i „zadanego”. Nie jakieś okruchy siebie lecz w opozycji do nas tworzą na naszych oczach „stwory” czasem niemieszczące się w naszych wyobrażeniach i snach.
Wczoraj zasypiając, prawie z książką w dłoni naszło mnie takie niesamowite uczucie… Ojciec prawdziwie bliskiego mi znajomego, jego „tata kochany” miał być dziś pochowany. A moje myśli…. do przodu biegły.
Poczułam jak bardzo, jak ogromnie kocham swoje dzieci, ich obecność i starania, ich pracę, rozmowę z nimi, ich trwanie w uporze czasem a czasem słabość, kłótnie z nimi i przepraszanie. Bycie bliskie, posiłki, śmiech przy herbacie i kawie, kawałku ugryzionej szarlotki. Nasze wspólne gotowanie, pieczenie… rysunki i malunki. Przepychanie się w łazience gdy jedna maluje oko, brwi rzeźbi, inna myje zęby Trzymanie ich w ramionach, pożegnania i pocałunki na dobranoc, powitania i wymieniane sms-y, gdy są daleko.
Wszystkie wspólnie rzeźbione na szybie, w szronie motywy, obrazki razem malowane, glinę i modelinę na palcach i resztki ciasta za paznokciami, które razem przygotowujemy.
I to co upiekłyśmy, to czym mnie częstują z dumą i wiarą, że najlepsze na świecie… i te uśmiechy triumfu na twarzach gdy wracają ze szkoły czy zajęć sportowych i kółek, i łzy rozgoryczenia – porażki które scałowuję z ich twarzy.
Kurcze, jak kiedyś będzie mi tego brakowało.
Gdy mnie już nie będzie….
Jak będzie mi wtedy samotnie gdy nie zrobię tego już ja….
I, że co to będzie, jak zapomnę przeprosić, że tak mało się starałam, i …. coś nie wyszło i dałam plamę.
A, no właśnie.
Wtedy pomęczę się już ja sama ze sobą, nie ciągle ja je – czy – one się pomęczą ze mną.
Dam im już spokój.
I pójdę straszyć innych…. swoją obecnością.
I tak… mają ze mną, co tu dużo gadać, czasem krzyżyk na drogę.