Polityczne wykwity – czyli fraszka na stan władzy i państwa

(lekko politycznie i mocno – krytycznie)
Jeśli coś mnie mocno mierzi
to jest to, co w polityce „śmierdzi”
Podejrzane, ciut naiwne są władzy tłumaczenia
opowieści zabawne z góry – że coś rzekomo dla nas – ona zmienia,
budzące oburzenie, tak liczne władzy przekręty
mocno poruszające i wywołujące „na dole” fermenty…
Nie wiem kto nadal tej „władzy” mandat daje
by rządziła brudnymi łapami, naszym krajem…


Wy, własnym losem nawet nie „rządzicie”
mocno boli wszystkich, takie życie…
To konanie, jest codzienne
beznadziejne i daremne,
o dzień każdy się trzęsiemy –
pokrętnych zaś tłumaczeń polityków – sorry, 
już nie przyjmujemy
Są cwaniackie, są też nudne
nam się żyje coraz trudniej.
Zatem – trwanie obojętne w tych wyborach,
coraz głupsze jest, daremne,
niewygodne, miałkie, denne
na was więc już przyszła…. 
chyba… pora???

Lie to me…

Kultowe zawołanie…
Nie tylko moje…
Dla mnie – a jestem miłośniczką serialu z Rothem, to niewiarygodna przygoda i praktyczne ukazanie umiejętności sprawnego psychologa. Czytającego ludzi… nie zaś – w ludziach. Sprawnego, przenikliwego i wyjątkowo „bezczelnego”, bo pewnego siebie – tak, bo nie tylko uzbrojonego w broń o nazwie NLP ale całą masę umiejętności rozpoznawania stanów emocjonalnych, czytania napięcia mięśni, niekontrolowanych do końca zachowań, gestów, tembru głosu – omyłkowych słów…
Wiedzieć wszystko, nawet więcej niż ich autor zakłada, że przekazuje…


Detale…
Cudowne detale….

Ot, psychologia, magiczną -trochę – nauką jest… ;)) 

Czy możemy być… szczęśliwe

Kobieta z marzeniami oraz szczęśliwa – nie powinna chyba być!!! Nie pozwalamy, nie wolno im – krzyczą portale internetowe, nagłówki gazet i twarze w wiadomościach… Mają cierpieć lub pić, być bite. A najlepiej – wszystko na raz. To zagrożenie i totalna dewiacja!!!!
  
To też nasz bunt ale i błąd założenia systemu!!!  A zdaniem tych, cyzelujących słowem i „celebrytujących” nas, i mamiących nas pustymi słowami…. Obrażanie kobiet – na całego: zdecydowanie, publicznie (czytajcie: za publiczne pieniądze). Czynienie z nas poważnych i surowych matek, czasem matron ale i „średnio-prawych obywateli”. Czasem obraża się kobiety -nazywa je „ta k…” lub też wulgarniej – „ty dzi…”. A może – w ogóle żadna z nas nie powinna mieć potrzeb i tych swoistych „chceń”… 

Być szczęśliwą czy kochaną, być prawdziwie – oficjalnie i za nic, „za darmo”, nie „bo” czy „dlatego, że”… Kochaną, wielbioną, podziwianą a dopiero w dalszej kolejności „żywioną, utrzymywaną i pojoną”… 
Gore!!!
A ładny ubiór, tfuuu, tfuuu wypoczynek wakacyjny czy świąteczny??? – nigdy!!! Jakaś doza radości, rozrywek i używek czy przyjemności, winna być surowo zakazana i reglamentowana – i to ściśle, dokładnie!!! 

I oczywiście – proporcjonalna do zasług czy też – możliwie – minimalna. Ilość „środków artystycznego spełnienia”, i przyjemności, i rozrywki – typu: dobre książka, płyta CD, droższa prasa – gazeta czy bilet do teatru lub kina, noooo tak powiecie – fanaberie??? Bóg-wi-co!!!!


A i jeszcze – „po co” jej coś ofiarowywać czy wielbić, zapewniać o jej wyjątkowości – czy też czasem spełniać jej marzenia – to, „czego” kobieta chciałaby????
Pewnie każdy chciałby jej krzyknąć w twarz: „krowy doić”… Pranie robić i uprawiać mały ogródek na warzywa do domowego rosołku…

Niech się ewentualnie ograniczą do biesiadowania za stołem (i grillem z rodziną), a marzenia o wyglądzie pięknym czy dostojnym – sprowadzą sobie do tańszej wersji, czyli niemarkowej „chemii gospodarczej” i kosmetyków podstawowych tzn. tanich!!! 
Tak to – niestety – czytamy!!! 

Kosiarze małej kasy i… umysłów

Odnoszenie sukcesów jest uzależniające. Finansowy sukces – także, przyzwyczajamy się do wysokiego standardu życia, podróży, dobrej jakości wina, późnych posiłków czy jedzenia na wynos, dostawy na zamówienie…
A ja znam też osoby uzależnione od wyszukiwania trefnych ofert lub najtańszych z możliwych okazji, wyszukiwania drobiazgów różniących się ciut, ciut wysokością ceny. Okazje, ależ okazje.
Oszczędności…
Małostkowe, kiepsko uzasadnione, niestety – dla niektórych – w pewnym momencie, tylko marne zadanie życiowe: „zredukować koszty”. To zabawa, sport. To najpierw przygoda, wyzwanie a potem treść smutnego życia. Marna, ale zawsze.  
Łowcy mają wysokie mniemanie o sobie… a o innych??? Hmmm…
Średnie…

Kocham go, kocham bardzo trudną miłością…

Mam dziecko. I ty je masz… A nawet jeśli nie masz, nie posiadasz dziecka to pewnie wiesz lub czujesz o czym mówię…
Bo ta „trudna miłość” o jakiej piszę, to nie jest – broń Boże – to uczucie piętnowane przez zwykłych ludzi, a ukazywane przez media i celebrytów – wypełniających po brzegi studia telewizyjne i okładki kolorowych pism. Trudną miłością nazywam macierzyńskie i ojcowskie emocje skierowane do dziecka, uczucia i odczucia gdy więcej jest wątpliwości oraz słabości – niż wsparcia ale i siły, jak winniśmy dać, przekazać, zarażać nią…
Mniej miejsca na spontaniczność, na wyważenie racji – gdzie gorące sprawy oraz problemy dnia codziennego zniekształcają rodzinne, bliskie relacje.

Trudna jest też ta postawa i miłość w rodzinie – do współmałżonka, do osoby bliskiej, do siostry czy brata, do rodzonego dziecka… – Wtedy, gdy relacje i więzi ulegają nadwątleniu, osłabieniu. Gdy odsuwamy się od siebie. Gdy zdobywamy autonomię i niezależność… Gdy mały i duży człowiek dojrzewa, zmienia się i kształtuje codziennie i na nowo. 
Nawet gdy upada, traci nadzieję, gasi wolę… osłabia swoje siły, podejmuje ryzykowne działania i decyzje. Różne – czasem wstydzi się ich, wstydzi za samego siebie, ale i za… pociechę lub za towarzysza życia, bardzo…
Ale kocha się, to ważne. Nadal się kocha… Spokojnie, z godnością, i z całego serca!!!

Trzeba się uczyć kochać, nawet na nowo…. Nawet jeśli miłość ta, jest trudna!!!  

Pomiędzy dobrem i złem żyć, nie jest bezpiecznie

Człowiek jest rozpięty pomiędzy Niebem a Ziemią… pomiędzy dobrem i złem…
Ale czy jeszcze potrafi odróżnić jedno… od drugiego????


Trudno orzec… Część osób próbuje samych siebie przekonać i utwierdzić w tym co jest dobre a co złe, trochę jak w obrazie skosztowania owocu wiedzy – wiedzy o dobru i złu… To nie tylko nieposłuszeństwo i wystąpienie przeciw zasadzie oraz Stwórcy.
To oznaka chęci decydowania i orzekania, nazywania, posiadania władzy – nazwać to powołać, dać „imię” – to symbol stworzenia, kreowania, powołania do istnienia. Pokusa bycia ponad wszystko, ukradzenia tej władzy, jakiej nigdy się nie posiadało. 
Pokusa bycia „ponad to wszystko”…

Ostrożność w takim właśnie byciu „człowiekiem” jest naprawdę i szczerze – zalecana… natura nasza jest mocno skomplikowana. Ryzykowna… Nonkonformistyczna… Prowokacyjna…
Gwiazda… człowiek lubi tak siebie (chyba) postrzegać…

Gdybyśmy to my stanowili prawo… mogłoby ono być koszmarne…
I jest…

Relacja intymna…

Relacja ludzka bywa relacją intymną, ciężką i nabrzmiałą, gęstą w emocje… To przeważnie relacja dwojga ludzi, angażująca, głęboka – lub też zwyczajna znajomość… Może być intymnym kontaktem większej liczby osób, którego ślad odczuwamy mocno – jak przyjaźń i więzi klasy licealnej żywe nadal, po wielu, wielu latach, społeczności szkolnej czy studenckiej grupy. Możemy na siebie liczyć, wymieniamy się pomysłami czy też dobrymi informacjami, czasem – pomagamy sobie, wspieramy, możemy na siebie liczyć w sytuacjach trudnych, wyjątkowych, w zdrowiu i chorobie…

Co jednak – gdy gubimy się, nie odróżniamy granic, bliskości od intymności??? 
A jeśli też nie potrafimy odróżnić tego, co dobre dla innej osoby, od mojego własnego „jest suuuuper”??? Jeśli nie odczuwamy różnicy – np. „ja-a ktoś inny”, „moje-twoje dobro”??? 

Gdy utożsamiam swoją korzyść i dobro z jej lub z jego potrzebą, to czy stawiając znak równości pomiędzy sobą i drugą osobą – czynimy nadużycie??? 
Czy to znaczy, że tracimy właściwą perspektywę… Może to znaczy, że coś dziwnie szwankuje w „mojej” ocenie danej sytuacji??? 
Dłuższa w czasie, często – trwająca relacja. 
Relacja… i życie lub też…  zabawa w życie!!!  

Zbyt często myślimy tylko o sobie, tylko w kontekście siebie: o własnym dobru, korzyści, swoich sprawach, problemach – rozwiązujemy z konieczności i jedynie nasze własne kłopoty… 
A może straciliśmy coś, zgubiliśmy coś ważnego w życiowych proporcjach.
Może???


Masakra w chińskiej dzielnicy czyli Putin na granicy własnej przepaści

Czy on jest chory, nie wiem…
Uszkodzony – tak przypuszczam…
Zatroskany??? Oooo, jak bardzo, niezwykle…. o siebie i realizację ideałów zjednoczenia jak wymyka mu się z dłoni.
Prymitywny – kosmicznie, totalnie i jak zawsze.
Obskurny i twardogłowy jak dziedzic totalitarnego państwa, nieczuły i do granic przekonany o swojej nieomylności… Potworniak, pusty jak dzwon, którego pozbawili serca.
Jakim stworzeniem jest.
Czym jest a czym stara się być, jak zapamiętanym??? 
Nie mogę zapytać – jakim człowiekiem, bo nie ma w nim – gdy mówi coś, gdy poniża i atakuje, krzywdzi czy wydaje rozkazy – niczego z człowieka: ani emocji, ani wyrazu, ani empatii – czy współczucia, śladu słabości – przyznania się do winy, czy szaleństwa, do nadużycia czy błędu… 

Współczesny Stalin….
Odlot, obłęd, pułapka – dla niego i wszystkich w otoczeniu. Myśli o nieśmiertelności – ale być znanym czy zapamiętanym z powodu takich kategorycznych sądów, krzywdy ludzkiej, krwi na dłoniach, nieludzkich wprost zbrodni…
  
Czego chce??? Ja nie wiem, przede wszystkim nie pojmuję jego intencji, aspiracji oraz dzikiej pasji siania grozy i zniszczenia. Budowania napięcia – chęci walki ze wszystkimi i ze wszystkim. Płaszczyk „niby-klasy” to wszystko pokrywa… Pokrywa jak zasłona dymna…

Kim jest człowiek??? Iskrą tylko.
Kim prawdziwie??? Jedną chwilką…
Płomykiem….

To znaczy dla mnie być potworem i szaleńcem – uczynić swoją religię z mordowania innych, idei i ludzi, uprzedmiotawiania rzeczywistości, emocji i odczuć. 
Gaszenia życia… w zarodku… Odbieranie nadziei – zabijanie prawa, prawdy, dobra – i wiary w człowieka. Dlaczego??? Dla inności i przez nią – inność w myśleniu, działaniu, przez czyjeś marzenia i sny. Czynienie bólu, krzywdy, wywoływanie łez i żałoby – jak chleb powszedni…. Bez intuicji, mózgu… bez serca – jeszcze żywy – trup…  

Coaching… i co jeszcze

Obyś nie prowadził nikogo za rękę… nie ciągnął go w głębię, nie podawał mu deski ratunku – ostatniej. Oby nie pod przymusem, tym zewnętrznym czasem.
Obyś tylko przepasał go i powiedział „Idź! Przed siebie”, tak by szukał swej drogi, deptał swoje kamienie, swój proch – ogarniał też powoli to, co dookoła niego się dzieje.

Coaching to nie holding. 
Coaching to nie jest też trening osobisty podczas którego wykonuje za ciebie wszystko – sto pompek, dwieście przysiadów – dwa skłony, trzy razy po dziesięć wypadów w przód… Bez ciebie nic, za ciebie – też niczego…
Tak jak nie jest to holowanie pustego pojazdu, czy „pojazdu zepsutego”, nie stoję z dumnie zadartą grzywką, z gwizdkiem w ręku – jak policjant na skrzyżowaniu – pewna siebie, swoich posunięć, ruchów, zadufana i ufna w nieomylność.
To nie to… to nie tak….

Bo najpierw poznajemy siebie, ty – rozpoznajesz kim jesteś, jaki jesteś i dlaczego taki, o czym marzysz, jakie masz cele… Jak chcesz działać i pracować nad sobą, a jak dotychczas próbowałeś  to robić, z jakim wynikiem, czy była w tym radość i zadowolenie czy tylko – pot i łzy, żal i upadające ideały… Razem – patrzymy na to co było, uczymy się tego jak jest – budujemy niezliczoną ilość pomysłów i wariantów na to co będzie, co ma – być…
I tak, nieskończenie wiele razy…
Tyle razy, ile tylko potrzeba… Ile czujesz, że możesz – i ciut więcej… 
Powiedz, jak długo można tak pić? Jak długo odczuwasz pragnienie, chęć, ale nie upijając się samą wodą – na umór, na zabój…  

Wierz mi, coachem nikt się nie rodzi. 
Oboje zaczynaliśmy tak samo, od oseska wymagającego całkowitej troski i opieki. Od miłości – uzależnieni, z matką – związani, nieustannie spragnieni, utuleni w płaczu i okrywani pocałunkami. 
Wiem wiem, różnie bywało….
Teraz jesteśmy oboje – dużymi już dziećmi… Trzeba zakasać rękawy. Każda umiejętność to zdobycz i radość – a praca nad sobą i ze sobą… powszedni chleb, norma!!! Bo sama, tak „z niczego” nie bierze się. Nasza osobowość, charakter, temperament, wszystko co składa się na wnętrze, świat wartości kształtują się wraz z każdym przeżyciem i doświadczeniem! Coś nas rozwija, coś nas modyfikuje i wzbogaca, i doświadcza – komplikuje. Nie tylko „przychodzi z czasem”, ale okupione jest trudem… 
Nic nie dzieje się ot tak, jest efektem pracy i sporego wysiłku, połączenia zdolności z pracą i pasją. Dwoje… nie obok siebie, lecz w relacji. Nie – zależnościowej, lecz twórczej…