„Dziecko w czasie”… dziecko dla świata

Są kultury, w których najważniejsze jest potomstwo, dziecko, jego dobru podporządkowuje się wszystko i wszystkie działania. Są też takie, gdzie istotne jest daleko bardziej, czy przeżyje większa i znacząca grupa. Mająca coś za sobą, jakieś dokonania, znaczenie czy poważanie… mająca zadanie lub jakiś potencjał. Bardziej liczy się więc los „spójnej całości” – grupy oraz jej „ojców”, przewodników, najstarszych. Ci, zapewne wybrani – przechowują wiedzę. Do nich należy przekazywanie istoty kultury, dokonań, tradycji i jakiejś osi prawdy – „osi cyklonu?” – danej cywilizacji, narodu, nacji – grupy. Od nich zależy jakość i siła ducha, ale i przyszłość tak wielu. 

O dziwo, podobnie jest u wielu gatunków zwierząt – np. niewielkie drapieżniki ale i ogromna ilość małych ssaków żyjących stadnie, gryzoni czy ssaków morskich – wszystko podporządkowuje potomstwu. Opiece nad nim, trosce i prokreacji, macierzyństwu czy matkowaniu im. To maluchy, młode – karmione są pierwsze. Troska o nie właśnie – jest zadaniem wszystkich dorosłych i starszych w stadzie. One uważane są też za najcenniejszych członków stada…. 
Zupełnie inaczej – zachowują się choćby lwy: samice oraz samce, polujące aktywnie, jedzą pierwsze i to ich siły się ceni… Bo one polują dla stada – i muszą mieć potrzebną do tego sprawność, siłę i wytrzymałość – od nich zależy los stada. Od ich umiejętności, potencjału i jakości mięśni, ekstremalnego przygotowania fizycznego. Paradoks??? Nie – chyba nie… Potrzeba, rodzi pewność. Że jest tak, jak ma być, jak być może…

Natura, Stworzyciel – Pankreator, Autor Stworzenia daje takie prawo/prawa… 
I…  PRAWIE KAŻDE PRAWO OD NIEJ/OD NIEGO POCHODZI.
Natura te szanse i te możliwości i daje, i też – je odbiera. Choćbyśmy nie wiem co usiłowali zrobić w tej dziedzinie…

Natura daje potomstwo, i w naturalny sposób kieruje ich losem, ścieżki wyznacza, i „nadaje znaczenie” – można powiedzieć „reguluje” – daje lub odbiera szanse na jego przeżycie. Czasem człowiek uzurpuje sobie tę moc, tę zdolność. Daje sobie takie prawo – może np. w oparciu o jakieś przekonanie – czy to zasługi, przekonania, fałszywe poczucie mocy. Bo coś takiego „ma” w sobie, a innemu – tego brakuje. 
Zyskał jeden – a stracił, zatracił swe prawa i zasady postępowania – inny.
Spodziewając się specjalnego traktowania – tak żyjemy. 
Zawłaszczając sobie czy uzyskując „wyjątkowe” miejsce w rozwoju cywilizacji…  Lecz to tylko pozór, ułuda, fałsz, nasze złudzenie i przekonanie, że jesteśmy lepsi i zasłużyliśmy. Czy też – można rzec: maligna nasza…. Mrzonki. Gonimy za nią, za nimi…

My, ludzie, stworzyliśmy już sobie (i dla siebie) tak wiele prawd, wzorów postępowania, wyznaczników czy zasad, że gubimy się… Dokonujemy czegoś, głosimy prawdy i prawa – lub też aktywnie przekonujemy innych do ich słuszności. Pokusiliśmy się o kodeksy i reguły życia społecznego, politycznego, gospodarczego, i inne – dajemy im też miano „złych” i/czy „dobrych”…

Nie odkrywamy jednak niczego nowego, co nie byłoby już odkryte wcześniej, pierwsze, pierwotne….
Narzucamy je często – siłą, przemocą, autorytetem, uzbrojeni „po zęby” – innym. Ale też naturze, przyrodzie… „naszym braciom mniejszym”. 
Nie dotyczy to jednak tak licznych, jak nam się zdaje, praw… 
Nie „ta” kategoria. Nie ten ciężar… Nie ten kaliber…
Bowiem wielu z wyborów nie możemy nazwać ani ocenić teraz, aktualnie.
Pozwala na to dopiero dłuższa perspektywa, poznanie ich konsekwencji, wyniku.
Ocena potencjalnej szkody czy pożytku. 
Ich znaczenia dla innych ludzi, dla ich życia czy działań – ich moc, długość trwania… 


Owoce. Po owocach – poznacie.   

Jak ocalić i ochronić dziecko przed światem… uratować…

Ocalić dziecko przed rzeczywistością…
Jak uchronić je… To pytanie, jak je URATOWAĆ pojawia się często u przerażonych rodziców w głowach. Żyjemy w coraz to innych czasach, w czasach „podaży nieograniczonej”, oferty „na każdą potrzebę i każdą kieszeń”.  

A co to znaczy uratować??? Czy się da i uda???
Odpowiedź jest – dość prosta i realistyczna: „Nie da się”. Dziecko już jest w/na świecie…


Ale czy próbować???
Ale „czego” chcesz próbować – przecież dziecko rodzisz właśnie dla świata. 
Dajesz… Ofiarowujesz wreszcie – coś z siebie. 
Matkom jest szczególnie trudno dojść do tego przekonania, żyć z tym, zaakceptować. Przyjąć i realizować. Konsekwentnie, raz za razem… czyli rodząc każdą kolejną pociechę.

Nie osłonisz dziecka i nie zasłonisz. Nie zamkniesz w „szklanym kloszu” (jak pisała Sylwia Plath), kloszu złudzeń i ułudy umysłu, udającej życie.

Możesz je natomiast najlepiej jak umiesz, wyposażyć oraz przygotować, pokazać „co i jak” oraz „o co tu, w ogóle, chodzi” – własnym byciem, przykładem, aktywnością. Działając, pracując, rozwijając siebie, ucząc się i czytając, pokazując samym sobą i całym sobą „jak”. Będąc wzorem – mistrzem, autorytetem i autorem. Czasem (nie bójmy się tego), także – pierwszą ofiarą takich działań i przegranym… 
Daj dziecku wolność, zwróć mu ją w odpowiednim czasie.

Nie wiąż, nie wikłaj i nie uzależniaj od siebie…. Ono zrobi z nią to, co potrzebne, co uważa za słuszne. Zaufaj, towarzysz mu kiedy potrzebuje tego, gdy jest to istotne dla niego, wtedy, gdy ono potrzebuje tego… I wreszcie – pozwól kiedyś odejść, oddalić się tak, aby lubiło do ciebie wracać – odwiedzać cię. 
Nie zawstydzaj, nie rzucaj się na nie – jak na ofiarę. Rzadko oskarżaj…
Bądź obok, dokąd tego pragnie… Ono – nie ty…
Po prostu – mądrze kochaj, a przytulaj i rozmawiaj troskliwie i ze zrozumieniem, z szacunkiem dla małej istoty… 

Powstrzymaj się od „naprawiania” świata i rzeczywistości.  Ona jest doskonała i bez nas.
I nie łudź się – dziecko doskonale da sobie radę bez ciebie.  Życie „zamiast kogoś”, wyręczanie i zastępowanie kogoś innego – jest niewykonalne, krzywdzi. Może poniżyć brakiem zaufania nawet.

Dziecko – NIE JEST DLA CIEBIE !!! 
Nie jest prezentem tylko dla ciebie, nie jest własnością!!!! 
Ono jest właśnie „Dla Świata”….


Rodzić, to jak ofiarowywać, dawać, nie oczekując – mylnie, że należy się coś „w zamian”. 
Chcesz czegoś, chcesz satysfakcji??? Zadośćuczynienia, hołdów czy zapłaty??? Słowa dziękuję???
Masz oczekiwania??? Powstrzymaj je, zatrzymaj siebie…
Naucz się mówić STOP… „STOP SOBIE” – czasem to jest najtrudniejsze… 


Często więcej w tym zdaniu egoizmu, więcej koncentrowania się na „swoim dobru”, swoim rozumieniu poprawności czy korzyści. Przekonywania innych do swojej wersji rzeczywistości. Swoich obaw…
Najwięcej jest w tym wewnętrznym zamieszaniu strachu o siebie, swoją samotność, opuszczenie i nasze „brakuje mi…”. Ze sobą zmierzyć się trudno, najtrudniej – ale w końcu – trzeba. To też strach o pustkę w sobie i przed tą totalną pustką, samotnością – to strach daleko większy, niż ten, o dziecko i jego los.

A po pracy… świętowanie!!!???

Nie…. kolejne, dogłębne i trudne zadanie…. to przesłanie Jezusa, 
fundament całej Dobrej Nowiny, Ewangelii miłości – czyli  posłanie  nas…. do świata, do życia i….. do miłości  wzajemnej. 
Trudne…
Właśnie dziś, wczoraj – gdy kończy się tydzień modlitwy o jedność Kościoła, o jedność chrześcijan wszystkich wyznań… to nowe wezwanie do tworzenia  JEDNOŚCI:
1) W kościele jest miejsce dla każdego – są maluchy i starsza młodzież, narybek 
i seniorzy: ale też – „dorośli pozostający wiecznymi dziećmi w wierze”. 
Mamy cały czas to samo wezwanie –  i dziś, i jutro, i z wczoraj. 
To samo, powszechne i pierwsze …. powołanie do wzrastania w wierze, rozwoju osobowości chrześcijańskiej, dojrzewania w Kościele… i przechodzenia różnych faz i poziomów dojrzałości, do poszukiwań… nawet w wieku  „40+”  czy  „50+”
     2) Jesteśmy – czy tego chcemy czy nie, Jednym Kościołem.  Powszechnym. 
 Jego stworzeniem – Członkami „ciała Chrystusa”. 
W swojej nauce, w każdym słowie, Jezus mówi do nas, o działaniu i uświęcaniu się 
(siebie, i innych) przez prostą i codzienną aktywność noszącą znamiona i 
wyrażającą w pełni prawdziwą troskę i miłość.  
zarówno – Stwórcy – do stworzenia, i stworzenia względem siebie, wzajemnie…
Tę miłość, jaką umiłował każdego z nas, niezależnie od rasy, koloru skóry, 
zasług czy urodzenia… Tę, jaką zostawia nam w dziedzictwie. 
Abyśmy i żyli nią, nadal… i odnajdywali ją nadal we własnym życiu, aktywności i pracy wzajemnym trwaniu, wspieraniu się i obecności. 
Nowotestamentalne przykazanie – to, jakie dał w jednym z ostatnich przekazów
skierowanym do Apostołów pozostawianego kościoła, obecny w jego całej nauce
 i byciu, tu między nami, na ziemi, to: „…abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem”. 
Prawdziwie i dobitnie mówi o miłości Chrystusa, miłości – przeżywanej we wzajemnym trwaniu wierzących. 
We wspólnotach, w rodzinach, w Kościele – Matce, 
powszechnie znaczy – wszędzie gdzie jest nasze miejsce,  i w środowiskach pracy, i nauki. 
W domach z bliskimi, znajomymi i przyjaciółmi.
Po co taki dzień i tydzień modlitwy – teraz??? 
Bo jest nieodzowny, dziś i bardzo dla nas wszystkich ważny…

Taka miłość jest, i nie jest jednocześnie, tajemnicą… jest czymś starym, 
znanym i nowym. Pełnią do jakiej dążymy, może jej tylko szukamy – 
ale nie chcemy znaleźć???
To też, wytrwałość  wobec przeciwności. I zewnętrzny znak, że sami nie jesteśmy
 – i nigdy nie będziemy. Że samotność i brak, nas nie dotknie…
Że nas bezbronnych czy bezradnych – nie pozostawił, wreszcie.
I możemy liczyć na siebie nawzajem, On – na nas a my – na Niego.

Życie w zachwycie… a nie, uciekanie

Życie w zachwycie… a nie, uciekanie


Magiczne chwile??? Czy tylko tyle???
Ogarnąć wszystko,
całe widowisko…


I jeszcze – by miło, się skończyło.

Odgadnąć trzeba też, kiedy
nienapytać sobie biedy…
Lub nie skrzywdzić bez powodu,
kogoś za sobą – kogoś z przodu.


Odgarniając pukle włosów
tak po prostu, z czoła…
przylgnąć do jednego z marzeń.
Przystanąć…
Przecież nikt nie woła.
Czas nagiąć…
I świat dookoła!

Nie dać się kupić i … ogłupić

Po co ludzie lądują na psychologii – pewnie 90% z nich chce rozważać, zgłębiać, załatwić czy może rozwiązać swoje problemy, pozostała grupa – niechlubne zaś 10% to miejsce dla tych – którzy „wietrzą” w tym zawodzie ale i powołaniu, profesji oraz odpowiedzialnym zadaniu – „dobre pieniądze”. Ot – obstawiałabym, że to jakaś – „szczęśliwa” 8 czy 9-tka.
Tylko 1% (słownie: jeden procent) spotkanych tu, na studiach – poczciwych naiwniaków i marzycieli, pozwala stwierdzić: „Tak, to doskonały materiał – idealiści i utopijni maniacy, chcący zmienić świat – choćby tę jedną rzeczywistość oraz ludzi, wypełniających jakąś część tej planety!!!”

No i wszyscy, każdy z nich, i z osobna – skazany jest na lekkie zawirowania i rozczarowania.

Dlaczego???
Ano, nie da się czegoś „zrobić” lub też „nauczyć się” łatwo, szybko, lekko i przyjemnie, w oparach magii i przy woni absurdu… Pot i łzy, czasem mocne poniżenia lub tylko uniżanie się, klękanie przed sobą i innymi, w pracy, w doświadczaniu, w zdobywaniu szlifów…

A także – należy pamiętać, że nie ma tu, w obszarze psychologii czarodziejskiej różdżki, czy pelerynki lub czapki niewidki. Co się zepsuło, rozwaliło czy schrzaniło – trzeba możliwie składnie załatać, skleić i naprawić… Lub oddać człowieka w lepsze ręce, nie robić tego – nie próbować drugi raz z tym samym efektem.

Dobrze jest pamiętać, że empatia czyli współodczuwanie… ma swoje granice. Najczęściej jest nią JA: mój dom, bliscy, własne bezpieczeństwo i zdrowie – czy też „mój czas”. Czas, jaki wyznaczam sobie na spotkanie drugiego człowieka, oraz pracę z nim – jest skończony, zamknięty, możliwie precyzyjnie. Nieprzestrzeganie podstawowych zasad bezpieczeństwa i higieny takiej pracy i relacji – skutkuje wypaleniem, śmiercią lub kalectwem… Oddaleniem, utratą czegoś (kogoś) ważnego, najczęściej – bezpowrotnie.

Studia nie kończą się na licencjacie, ba… nawet po 5 roku studiów i magisterce, obronionej przy odrobinie szczęścia lub dzięki wydatnej pomocy (i plecom) naszego promotora. Trzeba się – i należy – wielokrotnie ukorzyć, stanąć w prawdzie – że jest się bezradnym, nic-niewiedzącym w sprawie, bez doświadczenia czy też nawet pojęcia o temacie się nie ma, że – bez potrzebnej wiedzy i kompetencji, że nie na miejscu, że gada się wreszcie bzdury lub książkowe frazesy. Bo czegoś tam „nie doczytaliśmy”, „nie nauczono nas”, „nie uważaliśmy, że mogłoby się przydać”…
„Kiedyś tam” może być niedefiniowalne. Mogłoby być… Lecz nie musi. Kiedyś – w perspektywie studenta: „to, bliżej nieokreślona, wieczność” lub prędzej, pospolicie i rasowo: „nigdy”.

Większość z nas marzy o wyjeździe, karierze… o „złapaniu fuchy” i jej utrzymaniu…
O kasie, milionach, zysku… sprzedaniu się raz jednym, kiedy indziej, innym siłom „nacisku”, lub politycznym stronnictwom. O byciu najlepszym lub najbardziej poczytnym, znanym, byciu jakiegoś rodzaju „autorytetem w sprawie….”. O dobru innych – ich korzyści czy pożytku z nas, niewielu myśli.
Część z absolwentów – marzy o własnej praktyce – zwykle terapeutycznej, czyli przed nimi „obowiązek (ale i niewątpliwy przywilej) długiej i kosztownej nauki, poważnych staży, egzaminów, wiecznego „sprawdzania się i realizowania”, czytania opasłych tomów, studiowania „przypadków” oraz towarzyszące temu – prozaiczne zadania codzienne, takie jak: zamiatanie sobą, robienie wielu czynności – najczęściej, już zaległych i „na wczoraj”, czyli klasyczne – bycie i życie jak wyrobnik, i tak… przez wiele wiele lat.

Szczęśliwi – którzy dotrą do swojej Itaki…
Zahaczą o jej brzeg…

 
Osiągną to, co zamierzali – zwłaszcza ci, którzy oglądając się się na ideały młodości i ilość trupów oraz lekko tylko znieczulonych czy zamotanych ludzi, ludzi „pozostawionych za sobą”, rzekną: „Tak, o to właśnie mi chodziło…”
I – za klasykiem, Adamem Nowakiem, liderem zespołu „Raz, Dwa, Trzy…” – zaśpiewają:  „I tak właśnie…. warto żyć, i tak, warto żyć…”

Żeby dojść do celu, musisz… jeść

Pieszo, to znaczy o własnych siłach i licząc tylko na siebie.
Czasem liczyć na innych, trzeba bardziej, niż tylko na siebie…

Nie polujesz, nie zdobywasz pożywienia jak w zamierzchłych czasach… Bo jak…
Musisz je dostać, zapracować – czy kupić i mieć nadzieję, że będzie – możliwie najlepsze… Smaczne. Pożywne i zdrowe, da ci siłę, pozwoli wędrować i nie osłabi…
Potrzebne jest też spożywanie gorącego napoju, choć raz-dwa razy dziennie. Później wystarcza woda – ze źródła najczęściej… A wreszcie owoce i warzywa. Częściej kupowane, ale po drodze czasem da się coś znaleźć, o ofiarowywaniu takich frykasów i darów przez autochtonów – zapomnijcie… To absolutnie nie tak funkcjonuje, to fikcja i stare dzieje – a na najsłynniejszym szlaku, mającym przynieść korzyści materialne obywatelom Hiszpanii, nie ma co liczyć na takie dobrodziejstwo i rozrzutność.
   
Ale byłabym gołosłowna, gdybym tylko tak przedstawiała drogę. I niesprawiedliwa, bo czasem gospodarzom udziela się ewangeliczny duch spotkania, poszukiwania i drogi – pielgrzymiej drogi do wytęsknionego, wymarzonego – Pola Spadających Gwiazd… Miejsca pochówku św. Jakuba, apostoła…
Dwukrotnie przynajmniej, uniosłam się – w Hiszpanii – bliżej nieba, jedząc posiłek przygotowany po drodze – i z powodu zawartości talerza, i… sposobu podania go. Strona wizualna i smak, zapach… Wrażenie artystyczne!!! Tradycyjne i zachwycające danie – owoce morza przesmażone i podane na desce z kawałkami pachnącego chleba, cudowna „poela”… (którą przyszło mi spożywać kilka razy w Hiszpanii), a wtedy, zachwyciłam się smakiem, przyprawami, oliwą ściekającą z chleba na moje palce, po ustach i twarzy… całą esencjonalnością tego zjawiska.
I jednego z ostatnich posiłków pieszej wędrówki – choć chłodnego – sałatki najpopularniejszej, „tuna-salada”, spontanicznej kompozycji wielu warzyw – oczywiście na bazie mieszanki sałat i pomidorów, cebuli i ogórków, okraszona całą masą oliwek… i dodatkowo – sporą porcją tuńczyka. Cudo!!!  Głowę można zatracić dla wszelkich, nawet puszkowych owoców morza, ryb i przetworów z jakich słynie północna Galicja i jej wybrzeże…

Smaki, zapach, rozkosz dla podniebienia. Prawdziwa uczta codziennych – ale tak niebiańskich – smaków….

A… i jeszcze – zupa, w której pływały dobrze ugotowany jarmuż, wszystkie możliwe jarzyny, fasola i soczewica, kawałki mięsa i drobinki ziemniaków. Była ona dla mnie pewnego słonecznego, męczącego i bardzo, bardzo trudnego dnia – tym czym podana dłoń, dla pogrążającego się w otchłani człowieka. Konającego ze zmęczenia… Zwłaszcza, że miska tej zupy, została po prostu „włożona mi w ręce”, gdy leżałam obolała, cierpiąca i totalnie zmęczona na karimacie.

To była chwila – ale i był to, pewnego rodzaju ziemski-raj….
Raj na ziemi, pod cudownymi drzewami, w kwieciu i zawiązkach owoców – pod pozostałością z czyjegoś sadu, przy maleńkiej alberdze, tuż przy zajeździe…
Raj, przygotowany specjalnie dla pielgrzymów i witający ich, cieniem…

Okruch Ciebie, we mnie

Chociaż okruch w bucie, mały cierń, 
zdążam przed się… cały dzień,
gubię słowa, odnajduję
stopy chore opatruję…

Kocham wszystkie moje wpadki
i podknięcia, i upadki
drobne myśli,  
kroki małe – wątpliwości niebywałe…

Jeśli dasz mi się odnaleźć, znów
i poszukać drogi w sobie,
to przyrzekam ci, mój Wielki –
dać ci całość tej kropelki
magii moich oczu, działań, czaru moich słów.

I już trochę to pojmuję, 
czasem nawet twój głos słyszę
kiedy mocno wejdę w ciszę…
drogę, pracę, każde zadanie. 
W miejscu czasem też dreptanie,
zatrzymanie…
Polecenie – zatracenie
grosz dłużnika, to me trwanie…

Zanurzenie się we wszystkim, 
nakaz twój, czy szczęście małe…
zapał, chęć i udział w glorii – 
wreszcie – udział w twojej chwale.
Wątpliwości… nie mam, wcale…

20.01.2014

Miłości trzeba się uczyć…

To zadanie dla nas wszystkich… Ludzi.

Miłość umiera – gdy jest w samotności.
I gdy jest ograniczana lub zamknięta, „niepodlewana” naszymi  działaniami. 
Staje się sztuczna – jak plastikowy kwiatek. Powoli znika i zanika. Bez troski, pracy, trudu – zwycięstw i porażek.
Nie ma jej… aż wreszcie, kona…

Gdy człowiek zakłada, że „ma miłość” – to już ją stracił, bo jej nie ma (nie może jej ‚mieć’). Dlatego, że miłości nie można „mieć”, posiąść – ona rodzi się… i umiera, jak feniks… Odradza się – bo ją tworzy się każdego dnia, pracuje nad nią. 

Miłość… Urzeka nas od pierwszego spróbowania jej… 
To postawa, czyny i myśli, działania oraz uczynki, nie tylko – suche deklaracje i fakty, nie metalowe kółka na palcach dwojga ludzi. Więź, trwałość o jaką ciągle się walczy, każdego dnia.

Miłości się nie ma, jej się nie „posiada”. A jeśli się tak komuś wydaje, to właśnie ją traci. Nie można ustabilizować i „zamknąć płomienia”. Całkowitej zmiany… Świeżej, odnawiającej się, troskliwej lub chłodnej, malejącej lub rosnącej. 
Nie wygrywa się jej w „totka” ani na „loterii”, nie kupuje. Nie kradnie jej komuś innemu, nie zabiera – lecz rozdaje, oddaje się nią…
Ale – gdy właściwie się ją smakuje, rozkoszuje się nią, czasem tylko z nią się… przebywa. Bo to ona – ma sens.  Tylko ona i aż ona.  Ją spotyka w życiu, i w niej – zatraca się człowiek, cały – doświadcza się jej.  I tęskni się za nią… Każdego dnia. 
Pragnie się jej, i człowieka… 
Bycia z nim. Tej bliskości. Świata jakim jest… 

Dwoje ludzi – jest jak spotkanie dwóch światów. Dwóch ogni w jednym płomieniu…
Kiedy ma się – lub miało – to szczęście… Doświadczyło się czegoś niezwykłego. 
By… żyło się…
Miłości trzeba się uczyć każdego dnia, i tak, należy… 
Z takim założeniem i zrozumieniem sprawy, jest łatwiej żyć.

Małżeństwo czyli bywa, że dwoje ludzi jest „jak spotkanie dwóch światów”

Małżeństwo. Instytucja czy… powołanie.
Decyzja czy wielka i gorąca nadzieja, pragnienie, praca na cały etat, przez całe życie. 

Kolejny raz nie daje mi to spokoju, gdy w rozmowie pojawia się problem związku, relacji – o różnym wydźwięku: bliskości ale też równocześnie okrucieństwa, rodzenia się obojętności ale i pogardy dla człowieka, końca miłości a początku zazdrości – zadry w oku. 
„Obcy” w domu, przerażający człowiek, który kiedyś był, jak to się mówi, miłością życia… I wreszcie, nie wiadomo jak, po wielu latach czy miesiącach jałowego życia, trudnego ale jakiegoś niepełnego, lub może pozbawionego pracy nad związkiem czy wysiłku, oddalania się i chłodu… rodzi się dystans pomiędzy ludźmi…  Czasem to choroba, ale częściej to człowiek mówi: NIE!!! Nie kocham, nienawidzę, nie chcę – odejdź…

Wreszcie – cierpienie dzieci, używanych jak marionetki, jak „żywe” argumenty i tarcze… dezorientacja, zagubienie…. niejasność – i pytanie: „jak żyć dalej…” i „czy można, nadal???”
Od rozprawy do rozprawy, upomnienia interweniujących organów, od prób terapii i „leczenia”, opatrywania ran – walki ciągłej lub też – od pobicia, oskarżeń  czy innych zdarzeń. 
W oczekiwaniu na co??? Na kolejny atak, skandaliczne zachowanie, gwałt…
Czy w nadziei na poprawę… Nadziei, jakiej nie można i nie chce się tracić…

Trudno ocenić – raz tylko, na zawsze wydać wyrok. Oskarżyć, obciążyć winą, potępić konsekwentnie… Ale – czy na pewno???

    
Dzisiejsza, dość długa rozmowa z moją przyjaciółką, trudny temat – rozpad małżeństwa, kiedyś, zaskakująco szczęśliwego, znów uświadomiła mi to, jak aktualnie – w czasach nam współczesnych – łatwo stracić to wszystko, co się miało, stworzyło… Na co pracowało się lat wiele. Może przez egoizm lub chorobę, może lekkość – nieznośną lekkość bytu, niefrasobliwość, może błąd – błąd fałszywych założeń. Jednakowoż – przykro patrzeć im, przyjaciołom znającym parę, na ruinę związku i jego powolny rozpad jaki trwa, tak naprawdę, już kilka lat – w ukryciu…. W samotnym znoszeniu tego wszystkiego. W strumieniach łez, trudnej miłości, w cierpieniu i poniżaniu najpierw – potem już „bez miłości”.

Patrzy się też na takiego „kogoś” kogo się znało i pamięta… jako inną osobę. A teraz – sytuacja jest nowa, inna: jeden z małżonków widzi już tylko siebie i swoje straty, swoje pretensje czy korzyści – nie dostrzega drugiej osoby, swoich dzieci, ich potrzeb. 
Koszt??? Krzywda i cierpienie bliskich oraz innych, dalszych członków rodzinnych, kosztów emocjonalnych, smutku i bólu… Prosto wtedy przekreślić 10-15 lat swego życia. 

Boli ogromnie…
A ofiar – jest zawsze więcej niż sprawców…

Kiedy gniew nie chce odstąpić

Gniew.
GNIEW!!!!!
Trudna emocja, trudna postawa, kłopot w rodzinie…
Gniewają się i rodzice na dzieci, i dzieciaki między sobą. Później – osoba podpadająca reszcie rodziny jest najczęściej karana i słyszy komentarze typu: „Nie da się z tobą wytrzymać…”, „Jesteś tragiczny,  jesteś zły”, czy „…przynosisz mi wstyd, niewdzięcznik!!! Nie mogę na ciebie patrzeć”.

Gniew, gdy poczujemy go mocno, całym sobą – potrafi zaciemnić nasz umysł, wolę, skazić je i zmienić nasze słowa, zachowanie, czasem też sam nasz stosunek do drugiej osoby.
Trwale…
Krzywdząco. Chronicznie…
Stajemy się też przykrzy, kłopotliwi, a wściekłość i złe myśli, kierują nami, jesteśmy nimi owładnięci coraz mocniej. Rosną też – pretensje nasze do całego świata. Nie do siebie samego – do świata.
Winimy też innych za większość niepowodzeń i trudności. Najczęściej – bliskich!!!
  
Jeśli nie potrafimy się temu uczuciu i emocji przeciwstawić, nie radzimy sobie właściwie ze swoim wzburzeniem, przepełniającą nas złością oraz gniewem, nie opanowujemy tych trudnych emocji, to trochę tak – jakbyśmy nie układali ich w sobie. Znaczy to mniej więcej: nie do końca znamy siebie.
Nie znamy całego spektrum naszych zachowań.
Koniecznie opuśćmy pokój, pomieszczenie, miejsce w którym dochodzi do kłótni lub ostrej wymiany zdań. Wyjdźmy – by nie zaognić sytuacji, by nie wypowiedzieć już… ani jednego słowa, nie zrobić nic więcej. Ani też – które wyrządzi więcej złego… Gdy mamy takie mocne postanowienie, jest łatwiej.
Dystans, odejście – izolowanie się od sytuacji i osób wzmacnia pracę nad sobą. Powoduje zdrowy osąd, bez emocji. Próbę odroczenia, uspokojenia myśli i działań.
Lepiej zadziałać niekonsekwentnie – inaczej, zaskakująco, „po-nowemu”, niż – standardowo… jak zawsze. To trudne… lecz możliwe. Tak trzeba, tak warto. Tak… trzymać!!!
   
Brak pełnej wiedzy – nie usprawiedliwia nas… Bo wtedy trzeba by uznać za normę – że „oto tacy jesteśmy”. Że tak musi być – i wtedy już, niemiło zaskakujemy i siebie, i innych…

Ofiary gniewu, naszej złości ??? Gdy są i pojawiają się, wciąż nowe… i nowe… znaczy to jedno:
„Nie wiemy wiele więcej, niż to – jacy byliśmy – kilka czy kilkanaście lat wcześniej…” A wierzcie mi, zmiana jest konieczna, potrzebna, pożądana…
I drugie: „Nie dokonaliśmy – prawdopodobnie – żadnej pracy… nad sobą, analizy, wnioskowania a w oparciu o to, dowiemy się – że nie pracowaliśmy prawdopodobnie nad zmianą przyzwyczajeń”.
Mało też interesujemy się modyfikowaniem typowych dla nas, trudnych zachowań.
Oby nie okazało się – że mało interesuje mnie drugi człowiek. Co myśli, co czuje, czego pragnie, czy cierpi, czy jest szczęśliwy, na co czeka… Mąż krzyczy na żonę (lub odwrotnie…), jedno na drugie – podnosi rękę… Bije. Wrzeszczy. Używa wulgaryzmów – czyli absolutnie nie panuje nad sobą, traci kontrolę… Taki „ON/ONA” staje się więc – KIMŚ INNYM. NIE SOBĄ WŁAŚNIE – „kimś innym we własnej skórze”…

Przemoc tak właśnie się pojawia i jest sankcjonowana… ta przemoc – zwykle rodzi przemoc… Dlaczego???

Bo z czasem – takie reakcje i zachowania – stają się udziałem naszych własnych dzieci. Istnieje ryzyko, że i one, będąc wcześniej mimowolną ofiarą takich zachowań, stają się same – sprawcami cierpienia innych osób.
Uodpornione na cudze emocje, przeżycia, krzywdę, prawda??? Na cudzy strach, ból, przerażenie. Mając też poczucie władzy – przewagi. Rys taki i wzmacniające go doświadczenia, daje nam coraz większe poczucie bezkarności.
Ale – jakże często także – zdarza się, że nasze złe emocje stają się udziałem osób, z jakimi przychodzi nam się spotykać czy wreszcie – pracować. Ofiary – to i my sami, i nasi bliscy – dzieci, uczniowie, koledzy czy przyjaciele…
Gniew jest emocją jak każda – gdy włączymy swój rozum, zanim wyłączy się on pod wpływem uniesienia, wzburzenia, nauczymy się „radzić” ze swoim gniewem. Małymi krokami!!! Do przodu!!!