Niepokój kiełkuje w nas…

Lęki biorą się z niepewności, w momentach których się niespodziewany. Czasem przychodzą jednak wtedy gdy jesteśmy spokojni i pewni siebie, osadzeni w sobie. Skuteczni. Uprzedzając nieprzygotowanych…
Czasem towarzyszą chorobie o innym podłożu, innej naturze.
A inne – lęgną się w samotności, i tam mają swe źródło.
Opanowują człowieka powoli i nie odchodzą szybko i łatwo. Doświadczyłam tego, będąc blisko osoby z lękiem, z wieloma nieokreślonymi – która po przebudzeniu zanosi się szlochem, płacze, jest rozsypana, rozedrgana…
Nie wiedziałam jak to się dzieje, jak to jest możliwe aby tak intensywnie bać się każdego dnia i siebie w tym dniu, i swojego „nie-bycia”, płytkiego bycia czy nieosadzenia. Przecież nie było płytkie. Przerażało, odrzucało, odzierało ze złudzeń.
Ani tej osobie nie było łatwo, ani mnie.
Dotkliwe i małospójne, przerażające, byłam blisko ale już bliżej nie mogłam. Nie istniało „bliżej”. Nie mogłam też sprawić, aby poczuła się bezpieczniej, lepiej w tym miejscu i czasie, o tej porze. Wysłuchać i przytulić – tak, lecz jak sprawić aby jednocześnie terapeutycznie, ale i po przyjacielsku rozmawiać, słuchać, odbarczyć, odciążyć, pomóc. 

Być, a tym byciem towarzyszyć, a nie naruszyć przestrzeni i wolności danej obojgu.


Trudne przeżycie, nie wierzyłam, że taki kłopot mi sprawi i sprowokuje mnie do zadania sobie tak wielu pytań. Nauczenia się, ale po coś konkretnego, jakby tym razem – nie dla siebie. Nie aby poznać… ale… poprowadzić?

Szczęśliwa matka to szczęśliwe dzieci – czyli satysfakcjonująca przestrzeń

Można generalnie powiedzieć, że mamy które są szczęśliwe, usatysfakcjonowane i oddane swoim pasjom, mają szczęśliwe dzieciaki.
Dlaczego???
Bo mama jest uśmiechnięta, realizuje swe marzenia. Nie tkwi w miejscu. Inspiruje siebie i innych, cieszy się tym co robi – jest w ruchu i realizuje swoje życiowe pasje. Czasem odnosi sukces – kiedy indziej, porażkę. Ale – buduje ją to… i różnorodność aktywności powoduje, że sama jako kobieta, mama i żona, spoczywa we względnej równowadze. Jej emocje – i radość, i satysfakcja i spokój – zasadzają się w niej i relacjach pomiędzy nią i bliskimi. Dzięki temu łatwiej jej przejść przez chwile trudne, stawiać czoła obciążeniom, dłużej też i cierpliwiej oczekiwać na sukces.

Szczęśliwa mama to mama, która kocha samą siebie i kocha innych, dzięki temu jej akumulatory są nie do wyczerpania… teoretycznie, oczywiście (nie sprawdzajcie tego zbyt często!). Pomóżcie takiej kobiecie, przyszłej mamie lub odpoczywającej – babci np. być sobą, realizować się twórczo, czytać… czasem coś namalować lub zrobić piękny szal na drutach…        
Chcemy i my mieć miło, ciepluchno i ładniuchno??? … dajmy także tego doświadczyć i innym.

Nomad

Czasem potrzebujemy obok człowieka. Jego samego. Nie ważne czy coś do nas mówi, jak się zachowuje, kim jest czy skąd pochodzi. Bez względu czy śpi lub czy też nie, wystarczy sama obecność.
Aby był. Koniecznie przy nas…
W samotności, nasze myśli na długo nie załatwią nam wszystkiego, nie uciszą braku i tęsknoty. Śpiwór w drodze czy karimata już nie grzeją, nie dają ani ciepła ani ukojenia, czeka się na słowa, na rozmowę, lub choćby – słuchanie cudzego głosu.
Boże, jak wiele znaczy wtedy drugi człowiek…
Jego obraz, jego broda czy wąsy, czy oczy – ich spojrzenie, czy zapach skóry… okrytość sobą nie wystarczy. Zwłaszcza gdy jest się daleko od domu. Jest się takim zagubionym i zagmatwanym, i takim samotnym wśród gwiazd.

Pamiętam takie zdarzenie z drogi, też wyśnione… najpierw… a potem się zdarzyło.
Kładziemy się wieczorem, sześć panien spać, obok siebie na dość szerokich materacach. Sala gimnastyczna, mrok zapada szybko, część z nas wstaje na Jakubowym Szlaku bardzo wcześnie i chce rozpocząć swą wędrówkę tak, aby jak najwięcej kilometrów mieć za sobą – ja nie śpię dobrze, podemną błękitna chusta – jak zwykle. Mam złe sny, pocę się, nie mam się do kogo przytulić, czuję jakby cały świat mnie odpychał, żegnał się ze mną. Zaprzestaję walki…
I wtedy budzę się, jest ciemno, ale dziwnie się czuję – otwieram oczy – patrzę i jestem pośród sześciu dziewczyn jedyną śpiącą do góry nogami – odwócona o 180 stopni, głową do dołu, zamotana… w niebieski całun. I w niebieski – mój mały śpiwór, mumię, na niebieskiej dmuchanej podusi. 
Nomad… wędrowiec po szlaku, szlaku spadających gwiazd. Tylko zielonooki.      

Błogosławieństwo i ryzyko

Dziecko po 40-stce… Lub w jej okolicy.
Owoc miłości, czasem przypadku, czasem grzechu czy fali pożądania…
Bez kontroli, spontanicznie, nieodpowiedzialnie – wreszcie…

Zaskoczenie i uniesienie chwili mające konsekwencje w przyszłości, przyszłości własnej i tego małego człowieka. Rzadko myślimy wtedy ile już mamy lat i ile będziemy, gdy ono dojdzie do pełnoletności. Bywa, że czasem – walczyliśmy o nie całe swe życie!!!

Nie, nie wolno odpuścić sobie wtedy, bo ile bylibyśmy wtedy warci jako dorośli, jako rodzice, jako „obiekty miłości i nadziei”. Nie po to przecież niepowtarzalną część siebie (dwóch osób) i okruch miłości oraz wszechświata ktoś rzucił w nasze dłonie…   
Miłość potrafi wszystko przetrwać, zdecydowana i dojrzała, umożliwić nam zebranie sił, myśli oraz zaplanowanie tego co w najbliższych tygodniach mniej ważne a co na pierwszym miejscu. I to, że czasem przyjdzie zrezygnować z pracy i dodatkowych obowiązków, trudno. Pojawienie się dziecka, fakt jego poczęcia przeniesie nas może w inne, fascynujace światy i sfery – w poznanie jeszcze raz siebie, w zadawanie pytań, zrewidowanie prawd ukrytych, zgłębienie tajemnic, odkrycie w sobie nietylko potrzeby przygotowania się do narodzin przez przegląd zawartości szafy, piwnicy i pokojów… ale serca.
Naszej wewnętrzej gotowości, otwarcia na nowe, przeżycia zaskoczenia – w nowym obiekcie miłości. Dziecko, cały mój świat…   

Mariaż nauki z muzyką

Ja gorąco zachęcam. Sprawdza się, jestem o tym przekonana. Każdy z nas ma swoje ulubione ścieżki i rodzaje, nie podpowiem i nie odpowiem jakie, ale ta harmonia jest w nas i należy jej poszukać w sobie, pogrzebać jak w stercie świeżo upranych ubrań.

Szafa z muzyką, pudełka i etui z płytami nie powinny być zakurzone – jest lepiej ją przedawkować, niż nie czerpać ukojenia i inspiracji, oddechu i świeżości z tego, co zajmuje przez moment nasze wszystkie zmysły. Wszystkie.
Muzyka jest pokarmem duszy. Pokarmem bogów – którym tak chętnie podzielili się z nami, nie chcąc w zamian niczego.

Zakaz przebywania w kłopotliwej i niezręcznej ciszy. Zrelaksuj się, odpocznij, pozbieraj się i pozbieraj myśli – i …. do nauki. Zwłaszcza pamięciowej…  

Odpowiedzialność czy nadodpowiedzialność

Szef firmy… Pracodawaca. Ojciec rodziny. Głowa domu.
Suszą mu tę głowę wszyscy możliwi pracownicy i naciskają – aby przydzielił pieniądze, rozdzielił nadwyżki, podjął decyzję gorszą lub lepszą…

W domu żona chce szybkiej rady, dzieci – odpowiedzi. Decyzji co do wyjazdu, wakacji, efektów – sukcesów.Jeśli to kobieta, odwróć te rzeczy zastępując płeć, drugą płcią. Pomnóż razy 2 lub choć… 1,5. I pozwól, że zajmie im to więcej czasu, aby go dostali, i – za darmo bez proszenia o taką możliwość.

Kiedyś roztrząsając takie dylematy szefa, dobrego managera – pośród wielu pytań w grupie pojawiło się kluczowe: „Skąd ów natchniony mąż opatrznościowy wie, co zrobić. I to, jaką ścieżką poprowadzić innych, i co podpisać oraz z kim się „ułożyć”, i zdecydować też, kogo awansować lub nie. Jakie ruchy zatrzymać, a które – zintensyfikować. Podejmuje ciężar i odpowiedzialność. I że weźmie też na siebie wszystkie złe i dobre konsekwencje”. Jest gotów?.
Obciążony maksymalnie, przemęczony, często walczący ze stanem przedzawałowym lub ciągłym nadciśnieniem czy wrzodami… żołądka. Stresem. Totalnym stresem. Bezsennością czy też zmęczeniem chronicznym.

Odpowiedź jednego z menedżerów była zaskakująca, prosta i prawdziwa zarazem.    
„Nie wie tego. Wcale”
Po prostu podejmuje liczne decyzje, bo po to właśnie jest zatrudniony. Musi się liczyć z tym, że 70-75% z nich może być nietrafionych. Nawet ich stosunek procentowy do decyzji dobrych sięga 80:20. Cóż z tego – decyzję trzeba pojąć, błyskawicznie – możliwie szybko i w oparciu o wiedzę, doświadczenie, rozum i intuicję, oraz wierząc – że gorsze byłoby tylko to, co grozi bez jej podejmowania. Inni na nią czekają wierząc i ufając, że mają najlepszego szefa.
Jedynego takiego…

No, trochę w tej firmie to mają i dzieciaki w rodzinie – patrząc na tatę i mamę oraz ich szybkie:  „tak – tak, nie – nie”.  Mimo, że czasem to decydowanie (jego efekt) strasznie boli…

Jak manna z nieba

Bądź milczeniem, choć nie jego cnotą
miękkością serca niewrażliwego
tęsnotą, oderwaniem od ważnego 
piekłem od jakiego ciężka jest Ziemia

Zamiast ochłody przynoś upał
nieznośny, męczący i pełen banału
odchodź częściej niżbyś zostawał
bywaj, na drodze do ludzkiego raju

Niemożliwym czyń dobro, moc kradnij
zniewalaj zmysły,  łam silnym wolę
odrzucaj każdą nadzieję i pal ją,  jak dzieci marzannę 
w toni smutku po trosze 
umieraj Boże 

22.10.2013

Kamyki na drodze

Po kamieniach biegnę
każdy krok jak pułapka, i jak szansa
Rosa niesiona na stopach z ostatniej polany, ustąpiła
teraz już tylko spieniona woda potoku 
pokryła poranione stopy, po biegu, po kroku 

Nie wiem, nie pamiętam czy uciekam 
czy jeszcze walczę o sprawę, jakiej już nie ma
zapomnianą, malutką, słuszną
drażliwą, smutną czy wątpliwą

Nie ważne, to nie jest już tak istotne, 
jak ten bieg
to oddalenie, ta wolność moja jaką w dłoniach unoszę
na drugi brzeg
By schować i zagrzebać ją w rosę, piach, mech…

Oddać całą ją bogom
którzy mi równać się teraz już mogą 

22.10.2013

Home – sweet home

Czasem nawet ja nie wierzę w te słowa… Wiele razy młodzi ludzie czy dorośli, wracając wspomnieniami do lat młodości, nie wspominają tak swoich domów.
Dla mnie jednak pozytywnym jest, że polski zwyczaj rozmowy o środowisku domowym, rodzinie i bliskich – to raczej „sielanka o domu”. Uśmiech, błogość na twarzy, marzenie, wspomnienie zapachów, smaków, uścisków… wspólnych spotkań i zjazdów, zdjęcia, pamiątki…
Zmienia się to, niestety.
Czasem za sprawą mediów, wybiórczego spojrzenia na rodzinne tajemnice, na wypierane przez nas historie, na mroczne – skandalizujące wydarzenia.
A czasem celebryta – istnieje właśnie dzięki takim „wspominkom”, lub może zaistnieć w brukowej prasie i tabloidach na nowo…

Czy jako rodzic chcielibyście usłyszeć, po latach, o sobie „cierpiałem tam…”, „krzywdzili mnie…”, „było mi trudno…”, „nigdy nie pomyślałabym że on/ona…” – nie od swoich dzieci, bezpośrednio, lecz – od reportera czy autora sensacji przed jakim twoje dziecko po latach się otworzyło.

Dom moją świątynią, miejscem spokoju, miłości, równowagi… królestwem w którym każdy chciałby przeżywać swoje szczęście i dobro… Strzeżmy się przed „mrokiem”, który drzemie w każdym człowieku, bo prawdą jest – że jakaś cząstka nas lubi „ostro grać, grać nie fair”.
Jasna strona – uśmiech i ofiarność. Bliskość…  Tego się trzymajmy, za wszelką cenę. Nawet w trudnych sytuacjach, możemy liczyć na siebie wzajemnie.

Poświęcając siebie, zatracajmy siebie

Opiekujemy się, marzymy, rodzimy i rościmy sobie prawa, snujemy plany…
Mamy nadzieje, żądamy ich spełnienia, kruszymy kopie o zasady. Stawiamy czasem ponadludzkie wymagania, czasem zbyt małe, pobłażając lub przytulając w sprzecznościach na nowo do serca. Chroniąc.
Hodujemy, wychowujemy, chuchamy lub też sucho i rzeczowo wymagamy, trzymając „młode wilki” na dystans…

Chcemy by odeszli i się usamodzielnili, potafimy to teoretycznie uzasadnić a czasem w ogóle nie akceptujemy autonomii. W naszych intuicjach czujemy się bogami… w domowych pieleszach… ciepłych i miękkich kapciach, wiemy – co i jak. Mobilizujemy się, by dać z siebie wszystko wychowując młode pokolenia. Czasem za dużo dajemy, nie potrafimy nic wziąć. Cierpimy. Łzy i ból to nasz chleb powszedni… Zwłaszcza matek…

Coś jak z tym ziarnem, które jeśli nie obumrze, to nie odrodzi się na nowo… Nie ma innego porządku. Nie ma innych szans.

Więc może warto dać umrzeć tym naszym wszystkim „zasadom”, sprawdzonym, czasem kruchym czy też nie, ale naszym. Tak, aby kolejne nowe pokolenie, szukało i wybierało w zgodzie ze sobą a nie wbrew nam, w złości i napięciu. Czasem – w nienawiści pokoleń.
Niech szukają i pytają, konfrontują, burzą coś, co my zbudowaliśmy – dajmy im na to zgodę, pomóżmy czasem, bo taka jest natura rzeczy. 
Natura zastępowania (następowania nowych) pokoleń. 
I nie ma się czemu dziwić, negować, wątpić – burzyć wobec czego – nasze dzieci zbudują swój świat i oby, oby było w nim nadal dla nas miejsce.