Od Composteli do domu 2010-2013

No i jeśli ktoś mi powie, że człowiek jako egzemplarz niepowtarzalny, jednostka w drodze – gnająca przed siebie, a także – w kontekście bycia w świecie, w czasie czy przestrzeni, w grupie skazana jest na jakiś przymus, nie powiem „nie” i nie powiem „tak”. No ale jaki??? Imperatyw wewnętrzny. Nakaz moralny. 
Etyczną lub mniej uzasadnioną dobrem czy innymi wartościami – potrzebę. Wewnętrzny bardziej nagły, niespodziewany zew chwili. Przymus działania, czyli ofiarę (z) siebie…–  bez miłości, pozostanie („ona”) mała i cierpka…
Kwaśna jak niedojrzały i włochaty agrest czy czerwcowe papierówki.
Gdy nie z miłości dajecie, to nie dajecie.
Oszukujecie bowiem samych siebie, jedną ręką dając a drugą, chowacie za plecami, czy w kieszeni… czekając na hołdy, podziw, zachwyt innych, szacunek i podziękowania.
Czy nam (wam) się one należą, czy Jemu??? No malutcy??? W jakiej ilości czy proporcji??? Czy w „dziękuję” jest więcej konieczności, służalczości, naiwności, poddańczości – niżby dało się nią prostą miłością zastąpić???
Co masz, czego żeś wcześniej nie otrzymał człowiecze. Inni, nie otrzymali tej szansy, czy zdrowia czy nawet krótkiego życia. Dary??? Posłannictwo do świata???
Cóż masz takiego, czego nie dał ci ten, który nie jest z „ludzkiego”, mierzalnego „wymiaru fizykalnego” i sprawdzonego oraz opisanego naszymi słowami świata… Ten, On. 
Idę pod kolejną górę z plecakiem. Już wirtualnie bardziej, już w głowie i myślach, a ciężar na moich barkach dalej odczuwam, i tak rozmyślam, echhh.

GŁÓD PUSTYNI

Samotność napawa obawą. Ale też wyzwala, zrozumiałam to już będąc i idąc sama. Mobilizuje. Bycie samemu bardzo wyczula, uczy pokory, wyostrza zmysły i uważność…
I otwiera, otwiera na drugiego człowieka, bez obaw – niestety, bo ma się ochotę przy kimś iść, przy człowieku stawiać kroki, odzywać się do kogoś a nie prowadzić tylko wewnętrzny monolog przez wiele godzin i dni.
Właściwie ten czas pamiętam jako wiele godzin samotności, bycia ze sobą z lekami i obawami, z pustką przyrody, mijającymi godzinami w ruchu, prawie biegu, w braku wolności: chcę, idę, mam ochotę.
Determinuje cię cel. Czas. A tego nie chcesz. A przed tym – uciekałaś.
Pustynia, to ta sama pustynia wśród ludzi jakiej przyszło mi tu i teraz doświadczać. Nawet wybierając towarzyszy podróży. Pustynię trzeba przygotować i poszukać jej w sobie. Oddać jej wszystko, by dobrze ten określony drogą czas przeżyć. Trzeba jej chcieć i nienawidzić jednocześnie. Oswoić ją w sobie, gdy nadejdzie.
Trzeba nie mieć nic, by docenić jotę, coś, ślad. Promyk. Żeby dostrzec światło i blask gwiazd. I że jest się samemu i samotnym człowiekiem. Wtedy droga zatoczy koło w człowieku i wtedy sama w sobie staje się celem.
Wędrówka staje się celem. Droga – staje się domem. Droga jest tym samym bliska memu życiu. Jest zwyczajnym dniem. Każdym.

Pustynia pełna jest głodu

Pustynia przenika, trwoży. W jednej chwili chce się być w grupie i gna się za nią, a w innej – odpycha to człowieka jak paskudny wyrzut. Dość, stop – tłok i tłum przerażają. Głośne rozmowy, śmiech, plotki, klepanie językami na każdym postoju.
Są zbyt głośne, nienaturalne, paradoksalnie nierzeczywiste. Ostre i kanciaste.       
Chcesz myśleć, nie słyszysz myśli. Chcesz milczeć, myśli krzyczą.
Tak w kółko, jak mantrę powtarzasz słowa, frazy, zawołania, prośby czy modlitwy, prosisz o słońce lub cień, w zależności od odczuwanego przesytu, chcesz aby któraś część ciała przestała boleć sakramencko, by stary ból lub rana się zabliźniły najszybciej jak potrafią.
Ale tak jak blisko jesteś końca drogi, tak blisko jesteś za każdym razem swojego cierpienia i swojego końca. Proste, a tak magiczne czynności. Podstawowe działania.
Chcesz jeść lub pić. Konasz.
Umierasz wiele razy jednego dnia.
On cię wskrzesza. Ratuje cię i stawia na nogi, za każdym razem i dzień po dniu.
Chyba ma w tym jakiś cel.  

Im mniej – tym wiecej

Pytałeś mnie po co ci to wszystko, te drobiazgi, te małe i większe przedmioty, ich ciężar. Czemu tyle waży plecak na ramionach.
Co mam ci powiedzieć. Poczułam to robiąc pierwszą, grubszą selekcję w kilka minut. Odrzucając najmniej potrzebne, ważące zaś wiele przedmioty, ciuchy, inne rzeczy, jedzenie – ich nadmiar.


Chyba tak powinnam zrobić (była?) w moim życiu i z moim życiem, z bagażem rzeczywistych i codziennych dni. Nadal tak myślę.
Nadal mam taki plan.
Im mniej mam, czuję – że jest tego więcej oraz lepiej… bogaciej w jakość że się tak wyrażę, bogatsza bo skromniejsza. Oczyszczona. Krucha, ale stalowa jak nić. Rześka – jak ta sama woda, gdy w niej już umęczone ramiona i stopy, w jej lodowatym nurcie źródła obmyję.
Tego mi trzeba było i tego szukałam… 

PO CO TAM POSZŁAŚ, KOBIETO…

Hej, kobieto …”po co aż na koniec świata, jaki jest twój cel”.
Tyle razy mnie o to pytałeś. I o to, „czy znalazłaś ewentualnie to… czego szukałaś”. Skoro nie znam odpowiedzi na pierwsze pytanie, jakże trudno mi nadal odpowiedzieć na drugie.
Idziesz po jedno, a znajdujesz drugie – inne, zawsze inne.
To chyba byłaby najwłaściwsza odpowiedź.
Chciałabym zostać tam dłużej, przebyć wolniej ten czas i tę drogę, dłuższy jej odcinek. Bać się mniej, kochać mocniej. Dać się owładnąć bardziej magii tego czasu i tych chwil.
Ale czy ty chcesz zapytać – czy też chcesz, abym o tym kolejny i kolejny raz myślała.

Chyba to drugie, Greg, prawda. I cieszy cię że jestem z powrotem, i że tak mało ze mnie „starej” wróciło i że zmieniłam się. Że po tym, były tylko listy elektroniczne, maile i nierzeczywiste rozmowy, bo musiało tak być. Że to dojrzewa, kłuje i kluje się, i wykluwa wreszcie w człowieku jak drzewo owocowe i owoc, sam w sobie. 

Przywiązanie inne

Przywiązanie inne niż u Rene Zazzo, trudne i boleśniejsze…
bo jak niby nazwać to, że ktoś w rozmowie powołuje się lub też – śmie przypomnieć się mi, że jest mi przyjacielem czy bratem.
Kto? Co?
Co cię do tego uprawnia. Co przeżyłeś ze mną czy przy mnie. Ile czasu ze mną spędziłeś. Co podałeś mi z własnej woli, ugościłeś mnie – o co cię nie prosiłam. Gościem moim byłeś, piłeś i jadłeś, częśtowany a nadal – żyjesz, jakbyś znał innych, nie mnie. I ich tylko szanował i poważał. 
Co cię uprawnia do preparowania, szykowania, wg siebie – poprawiania i tworzenia świata dla mnie. Dla innych. Innym. Poganiania ich. Uprawiania – jak rolę czy hodowania – jak owce czy bydło.

I twierdzisz, że słowa moje i prawdy – bzdurą jedną są, pachną nudą i są w silnym zwarciu czy też zaprzeczają rzeczywistości. Jakiej? Twojej. Twoje prawo. Odejdź z nim i pozostan w spokoju. 
A czego, ty człowieku, takiego doświadczyłeś, że chcesz mi być bratem i swatem.
Uważaj, nawet mój mąż mi nim nie jest – nie dałam mu i nie daję takiego prawa i „w tym sensie”, całkowicie go odrzucam. Jest mi obcy.

Nie nazywaj się moim przyjacielem, bo jesteś jego. I pozostaniesz, bo was coś związało, To wasze przywiąznie, wasze wiązanie i zależność.

Nie znasz mnie, bo całkowicie obca jestem ci od lat 20-stu.
Inne znasz, a uogólniasz.
Ja na twoją Danutę, Marysię ani – Monikę – nie powołuję się, więc nie mów – co i jak mam robić, bo nie znajdujesz we mnie uznania.
Innym służysz, nie jesteś więc mi panem i nie zostaniesz nim, nie będziesz, bo powoływanie się na „jakieś i kiedyś” przywiązanie, powiązanie ze mną, na znajomość i to, że czasem w górach spędzamy czas, nic dla mnie nie znaczy.
Nie przygotowałam i nie dałam ci żadnego miejsca w moim życiu – opuść więc z godnością mój czas, mój świat i moje marzenia. 
Nie ma miejsca w nich, dla ciebie – i tobie podobnych, powierzchownych i szybkich – takich jak ty, twe żony, czy znajomi twoi czy współpracownicy, czy świat z jakiego jesteś.
Mój świat, to nie – twój świat.
Mój jest mój. Inny, własny.
   

Camino III – Tak było…

Ciężkie wstawanie rankiem?
Oczywiście.
Umalować się – nie mam siły. Wstać, ubrać coś, wymyślić co – brak ochoty.
Jakbym w przeżywaniu siebie i w depresji była…. choć wiem, że ją czasem odczuwam, gdy płaczę – pół wieczora lub w nocy jeszcze – leją mi się łzy, budzę się rano z mokrą poduszką, a nie….
Ja zawsze twierdziłam, że za dużo ich utrzymuję, tylko – gdy „śmieję się do łez” uciekają, ale to chyba takie fale przeze mnie przełażą w tych 40-42-leciach moich.
Sam mi to mówiłeś…. że mam „czas wiary w siebie” i „czas – gdy tylko gadam a nie robię”, nie realizuję planu, może to „mój dół”? Moje przeżywanie smutku, nostalgii.
Gregory:  „Każdy dół, ma swoją górkę”

Braku wiary w siebie, braku nadziei??? Wiem, dlatego łatwiej mi na górkach. Wolę szczyty.
Wolę górki, z doliny – kiepski widok. Kiepska perspektywa, gdy zaliczasz strome zbocze to czy lepszy jest ten jar…. te piargi i nasypy, te moreny czołowe czy boczne???
Gregory: „no, no fajna analogia”
„Lepiej się nie pchać w zimną i ciemną dolinę”
Gregory: „Dlatego człowiek się – na szczyt zawsze pcha”

Camino III – Co we mnie jest

Gregory: „dlatego człowiek się na szczyt zawsze pcha”
Hasło: „Równaj w dół”, właśnie to zakłada. Byśmy byli w dolinie.
niech wszystkim nam, będzie „ciemno”
Gregory: 
„Rówananie w dół, to było za komuny”
… ja się nie pcham na szczyt, lecz na górki….
małe, jak to mówię chopki, z nich fantastycznie i szybko się zbiega i schodzi….
z nich widać wschody i zachody słońc….
i cudowne budzenie dnia o świcie….
i mgły…. wilgotne, po dużym deszczu i burzy
jak wstają…. przy mocnym słońcu poranka…. 
to mnie właśnie cieszyło w Hiszpanii

Wiesz, zrobiłam tam mnóstwo nagrań, krótkich 2-3 minutowych na  dyktafonie jak pokonuję górę, i jak mam przemyślenia i mówię, mówię coś – dla mnie – z sensem – wydawało mi się, coś zgłębi tego człowieczeństwa i doświadczam takiej…  głębokiej przemiany…. takiego wglądu…. Po to jest ta droga, to Camino. Tak zmienia człowieka…


Z rok później odsłuchałam tego, bo na drugim aparacie telefonie zamknęłam ten czas. Zmiana karty pamięci nie wchodziła w grę i nikt z bliskich słuchać nie chciał. Na tej telefonicznej… tkwiły.  Same, czyste… na jego karcie – tej wcześniejszej eksploatowanej na życiowe „bzdury”….
 Wiesz co się nagrało ???

Samo sapanie, oddech…. świst, i tyle….
oto co jest w człowieku i z człowieka, gdy mu ciężko
reszta – jest głęboko i w nim, i z nim….
I tam – zostało.

Gregory: „no nieźle”

W moich uczuciach, ranach na nogach… w myślach…. w słowach – i te słowa nic więcej nie oddadzą. Milczą.
Gregory: „sapanie i świst”:-)

Tak. Dokładnie…. ból, sakramencki ból fizyczny, zakwasy i bąble wypełnione wodą i krwią, i marzenie o odpoczynku. O Śnie. Temu służy całe długie Camino. 
Docenieniu oddechu, odpoczynku, przyłożenia głowy do poduszki. Prostego posiłku za który spaloną twarzą czy ręką, gestem lub uśmiechem dziękujesz. Droga, jej tempo i nieprzewidywalność – rzuca cię na kolana i tak – powinno być. Na anem jesz, na kiedy ranne… wstajesz. O zachodzie słońca…. kiedy oczy swe zamykam, chroń mnie. W drodze i gdziekolwiek pod twoim niebem, jestem, zachowaj mnie.
 
Wiesz wtedy, że żaden z ciebie BÓG, zwykły człowiek, pełen słabości…. jedna wielka kruchość i słabość.

CAMINO III Co we mnie pozostało

i jak to wygląda…. powiedz
co miałeś na myśli używając słowa  „fanie czy miło”…. gdy ja mówię ci

o prawdziwym trudzie drogi…. i symbolicznym przełożeniu go na życie”??




W życiu nie może być „tylko przyjemnie” –  tak jak nie ma w życiu „tylko i jednoznacznie źle”, poza pewnymi ekstremami….

choć ja zawsze twierdzę, że dostajemy tyle po głowie… po kościach i tak mocne doświadczenia, jakie możemy unieść (niektórzy większe i głębsze, inni już od urodzenia – kalectwa czy cierpienia, upośledzenie, uszkodzenia – choroby, inni – wielokrotne śmierci bliskich jak niedawno w Jaworznie ojciec stracił żonę i 4 z pięciorga dzieci swoich, ktoś – samotność)…. Bóg daje, Bóg zabiera. Nie patrzy na to tylko, czego chcemy, co winszujemy sobie, co sobie życzymy… 

Tyle, ile możemy wytrzymać i mężnie znieść…. 
choć wyję jak wilk, to wiem, że to co mi teraz i zawsze robiła dyrektorka mojej szkoły, gimnazjum, jak mnie chyba nie lubi i nie szanuje, to nie tylko mój problem, ale i jej – zadanie; że skoro jej to niczego nie uczy – to może źle. Skoro każe wielokrotnie – zło i skorpiona mi podaje. 
Bo mnie tak, wycisza i uczy to wiele: – pokory i cierpliwości…. – nie strachu czy może buntu, ale niezgody…. samodzielności. Uniwersalnego stosowania dobra, miłości. Nie oglądania się tylko na siebie. To właśnie – mimo, że czasem w myślach, przeklinam ją czy złorzeczę jej – to uczę się czegoś…. prosić za nią, przepraszać za jej działania innych, odrzegnywać się – nie potępiając, odsuwać się – milknąc w ciszy.

Ona traci szansę a ja zyskuję. Moim zdaniem – to ona stoi, czy tkwi w zadufaniu… a może w swej władzy, na i „w” stołku…. Sztywno. Trzyma się.
Ale stołki się traci, trony – też, po człowieku podobno zostaje tylko wrażenie, słowa, emocje – jakie zostawia po kontakcie ze sobą, jego ślady w człowieku.
A ja jestem – jestem blisko, jestem sobą, jestem moim sercem dla potrzebujących mnie czy …. zatrzymanych w drodze swojej – ludzi. Mam czas, czas na rozmowę i na kontakt, kubek herbaty czy ofiarowanie kanapki, kawałka sera – jak na camino, na szlaku, gdy dzieliłam się wszystkim co miałam, posiadałam w danej chwili…. Mam swój czas z powrotem – który ona chciała mi kroić i szyć swoimi nićmi.

Ślady i markery potu i drogi, włożonego codziennie w zmianę i rozmowę, w każde spotkanie, w bycie, w wysiłek, w pracę…. Ilość i jakość włożonego serca w to, co robię….

Nie wiem, czy to prawda, pewnie nawet tego nie zobaczę….
bo nikt tego nie przyzna, a tylko nieliczni – mówią…. czasem.
Czy ludzie chcą słyszeć tylko to co „miłe”, czy szukają tylko „dobrych słów”???????ech, chyba nie, chcą tak naprawdę tego – czego się boją najmocniej.  

„Uderzenia prawdy”, tej jasności i by ją mieć. By wiedzieli na czym stoją…. dokąd idą. 
Stąd ufam, mam nadzieję, tkwię w niej – że się obronię.