Lęk i obawa

Wydaje nam się trywialne i niegodne uwagi to, że jakiś inny człowiek przeżywa w sobie paniczny lęk z którym nie może dać sobie rady. Czasem o tym mówi, ale potem – żałuje bo ktoś śmieje się z niego, nie traktuje poważnie…

Ta inność w przeżywaniu i odczuwaniu, dotyczy większości z nas. Czasem wiąże się z głębszą niedoskonałością, wrażliwością lub chorobą.

Wczoraj przyszła do mnie mała dziewczynka, po prostu asystent psychologa – jak mi się potem wyrwało, z obawą o swojego nowego kolegę. proszę pani, on panicznie boi się chmur. Boi się też burzy i grzmotów, żeby się ochronić – wchodzi pod ławkę… Zdziwiona, stwierdziła: – On chyba ma więcej lęków niż ja… Obydwie uśmiechnęłyśmy się. tak, przypominając sobie ubiegły rok, jej wizyty i rozmowy ze mną… Moje wejścia do klasy, jej potrzebę wtulenia się w człowieka… Stwierdziłam, faktycznie. Znalazła kogoś, kto bardziej potrzebuje. Mało tego, kim może się zaopiekować – oswoić go z rzeczywistością…

Jakże wielka była moja radość, gdy ten nowy chłopiec powiedział o niej: – To moja nowa przyjaciółka. Ona mnie pyta, ona ze mną jest. Ona przy mnie trwa. Ja ją interesuję, po raz pierwszy mi się to przydarzyło… Ona martwi się o mnie…

Dla niego to nowe doświadczenie, wcześniej odsuwany, przeganiany a czasem prześladowany doświadcza zainteresowania i gorącego przyjęcia. Choć mała jeszcze nie ma pomysłu co może dla niego zrobić, sama zaczyna opowiadać mu jaką dobrocią dla nas są chmury, ile dzięki nim się dzieje. I o tym – że deszcz oraz burza, nie zawsze niszczą…

Pokazuje mu – jak sama kiedyś walczyła ze „swoimi lękami”. Mówi, że jest trudno – ale da się!!! Nie ma drwiny, nie ma w niej tego, co niszczy kontakt i relację pomiędzy ludźmi.

No ma dziecko zacięcie!!!

Przyjaźń może wykiełkować w potrzebie ale i we współodczuwaniu, gdy odbijam się od swojego dna, już mogę podać dłoń kolejnej osobie. Wtedy razem, wspólnie możemy zacząć płynąć, a kiedyś nawet – wypłynąć na głębię…

Poznać i wybrać…

Czy dane nam jest wyjść, uciec z takich sytuacji??? Przerwać łańcuch zdarzeń, osłabić jego ogniwa???

 Na szczęście rutynie przeczą kolejne, za każdym razem inne, głębokie i te delikatne – rozmowy z ludźmi i problemy o jakich opowiadają. Odbiór tej sytuacji, jej przeżywanie. Emocje jakie obudziły. Stany serca i ducha, relacje i odczuwanie… Przestajemy mówić  o symptomie i chorobie, zaburzeniu czy jego manifestacji. 

Widzimy konkretnego człowieka… jego dzień, jego życie, jego sprawę.

Tylko i aż to powoduje, że szukamy nowej i innej drogi, że usilnie zastanawiamy się, myślimy o tym i planujemy. Zmieniamy, sprawdzamy dane działanie… i znów dostosowujemy. 

Dlatego tak ważne jest poznanie. Ważne jest to co dzieje się na początku i cała diagnoza, rozpoznanie… a potem czujność na zmianę. 

Bo psychika człowieka i jego problemy tej natury, tej sfery – to nie to, co widzi nawet gołym okiem lekarz – dermatolog. Nie działają tu antybiotyki czy szczepionka. W dodatku jeden na drugiego oddziałujemy w różnym stopniu i na różne sposoby. Każdy   z nas jest kompletnie inny, różny, nawet gdy pozory na to nie wskazują a wyniki naszych działań o tym nie świadczą. 

Troska o drugiego czasem przesłania nam własne dobro. Choć nie warto zatracać siebie, tracić swojego punktu widzenia, bo jak nie mam kontaktu ze sobą – w jaki sposób spojrzę na drugiego człowieka, na jego rzeczywistość. 

Kiedy poznaję, otworzę się na czyjeś cierpienie, dyskomfort i trudność jaką przeżywa, zawsze mogę dokonać wyboru. Nadal szukać… 

Drugi człowiek jest do jakiegoś stopnia tajemnicą, ale tajemnicą wartą zbadania, źródłem poznania…  

Niesforne dzieci – smutne matki i sfrustrowani ojcowie

Pogrążone w smutku, bólu, zagonione i nie odczuwające wsparcia… Znikąd. Czują się samotne w swoich zmaganiach – zakupy, zaopatrzenie domu, plan dnia, gotowanie i wyprasowanie stroju szkolnego, koszuli mężowi, jeszcze dla siebie urwanie kawałka czasu – makijaż, zdrowy wygląd – sok lub smuffie, liść sałaty i woda, dużo wody – bo tak mówią z ekranów i piszą wszystkie „wiosenne gazety”. Mniej, chudziej, wolniej… uśmiechnij się… bądź pogodna, miej czas dla siebie, na relaks i książkę – zwolnij.

Świat paradoksów i pobożnych życzeń.

W dniu i okolicy dnia matki, dnia rodziny… Tej rodziny co powinna wesprzeć, dać klimat i miejsce na takie działanie i „zajęcie się sobą”. Na odmianę – odmłodzenie czy tylko regenerację sił witalnych.

Czy nie zbyt wiele… jak na jedną małą zebrę??? Jak mówi moja pani doktor – gdy zagoniona padam u niej na fotel, a ona słucha mojego serca… gdy jeszcze nie skończyłam mówić, co mnie sprowadza, ile przede mną – a ile już poza mną???

Gdzie rozum, gdzie serce… Gdzie one są i czy razem funkcjonują… Czy obraz rodziny, nie tylko polskiej to ten – z gazet, z tabloidów i reklam, „z plakatów” i ulotek znanych marek i sklepów, usługodawców i dawców/ „udzielaczy tylko”  kredytów na te wszystkie „dary nieba” i wysoko oprocentowanych pożyczek…

Obraz rodziny, więzi i miłości – tej rodzinnej. Rola w nim – kobiety, ikony i odwzorowania boskiej rodzicielki. Nie matrony, ale pięknej i pełnej spokoju osoby – delikatnej i cierpliwej miłości, źródła miłości.

Tak wygląda nasz dzień codzienny…

Ten rodziny (wielorodzinny), blokowy – systemowy i klatkowy wielkich osiedli oraz anonimowych społeczności… Zabudowanych i ciasnych – drogich przecież miast. Ale – inny ma wyraz na festynie szkolnym, parafialnym czy też którejś z rady dzielnic.

Inny – w relacjach międzyludzkich. Inny rys ma ta wspólnota podczas uroczystości rodzinnej, okoliczności sentymentalnej – w dniu rocznicy, święta – świąt czy też wyjazdu wakacyjnego, zwanego odpoczynkiem…

Inny wreszcie – w czterech ścianach kuchni i pokoju. W kolorze khaki i rudy brąz, starej tapety i królującej nadal – w mieszkaniach i domach wielopokoleniowych – boazerii. Na co dzień. Na szaro-buro!!!

Każdy z domowników, zna swe miejsce… Ale matka – stara się nad wszystkim panować, najczęściej swoim kosztem. Dziecko może się złościć, buntować, przeżywać i dorastać… Mąż – mężczyzna – zarabia i utrzymuje rodzinę, więc musi odpocząć i zrelaksować się, mieć czas dla siebie i na swoje hobby lub coś nie coś – wypić, aby się rozluźnił…

A ona??? Trwa, działa, pracuje na 2-3 etatach. Rodzi i wychowuje, biegnie, kupuje… Gotuje i częstuje, przyjmuje gości. Uśmiecha się – delikatnie, zmysłowo…

Bez względu na siebie – swoją chorobę czy stan swojego zdrowia… Biegnie odwiedzić matkę czy teściową, bo trzeba. Bo wypada… Bo warto???

Ze względu – na innych, na rodzinę, na zadanie, na tę – o jakiej „myśli, wspomina”: konsekwencje obietnicy, słowa… i ta ulotna a tak mocna…  Ta trwała i nieśmiertelna wierność, tym ideałom i tej jednaj, jedynej przysiędze.

Rewelacje wiosenne lepsze niż… rewolucje kuchenne. O ekologii i rodzinie słowa

O EKOLOGII I RODZINIE
Skąd pomysł połączenia tych dwu fenomenów? W tym temacie nic nie zmieniło się.

Na gruncie nauk biologicznych i ekologii rozważa się złożoność stosunków i wpływów człowieka na świat fizyczny, skutki jego zachowań i oddziaływań. Wskazuje się na nadużycia i błędy nadmiernej eksploatacji, zmiany kierunku przystosowania (tym razem adaptacja środowiska dla ludzkich potrzeb), brak harmonijnego współżycia z przyrodą. A co o tego typu zachowaniach mówi psychologia? Czy człowiek uwzględnia we własnym życiu wymogi otaczającego go świata? Jaką perspektywę przyjmuje w swoim życiu? Co jest dla niego wartością i jakie są motywy jego działań?

Psychologia ekologiczna jako jedyny chyba nurt w psychologii zajmuje się człowiekiem w szerszym kontekście. Nie będzie jednak jedyną opcją służącą analizie opisywanych przeze mnie zagadnień. Zarówno rodzina, jak i – ogólnie mówiąc – środowisko stanowią tło i kontekst dla rozwoju jednostki i jej zachowań. 

Świat, otoczenie społeczno-przyrodnicze, grupa jednostek – jaką jest rodzina – tak samo jak pojedynczy organizm stanowią swoisty system, układ całości. Obserwując więc pewne prawidłowości w skali mikro, nie tracąc jednak z oczu pajęczych nici wpływów i powiązań, możemy wnioskować o prawidłowościach, normach, a także groźbie patologii. Tak samo słuszna powinna być droga odwrotnego wnioskowania.

W przeciwieństwie do sztywności i skostnienia zdrowy system dąży do zachowania homeostazy, ma wyraźne granice i zasady, którymi się kieruje, nie jest jednak hermetycznie zamknięty na to, co dzieje się wokół. Potrafi dawać i czerpać energię z korzyścią dla obu stron. Wie, że istnieje wiele dróg mogących prowadzić do tego samego celu, unika tym samym schematyzacji i poszukuje wciąż nowych rozwiązań. Zdaje sobie też sprawę z tego, że istnieje coś lub ktoś poza nim i nie koniecznie on sam jest najważniejszy. 

Każdy z elementów składowych wpływa na inne, jak słabość czy patologia jednego organu wpływa na jakość funkcjonowania całego organizmu. Podobnie jest z członkami rodziny – wpływają na siebie wzajemnie w zwrotnych relacjach, oddziałują na siebie.

To prawda, że mamy w sobie coś ze zwierzęcia – potrafimy być agresywni, rywalizujemy ze sobą, w jakiś sposób zaznaczamy swoje najbliższe otoczenie, przywiązujemy się do ludzi i miejsc. Ale czy potrafimy po ludzku kochać, pomagać słabszym, opiekować się i troszczyć o najbliższych, a nade wszystko – czy rozwijamy się, poszukujemy i dzielimy się tym, co mamy? Czy potrafimy obserwować i wyciągać wnioski ze swojego i innych postępowania, z błądzenia i potknięć? Czy potrafimy o tym rozmawiać i napominać innych? Czy wreszcie szukamy pomocy i pytamy: „gdzie tkwi błąd?” – gdy coś złego zaczyna się dziać? Czy też myślimy o tym wtedy, gdy jest już zbyt późno?

Mając świadomość własnych ograniczeń, możliwości błądzenia, ale też wewnętrzne przekonanie o istnieniu pewnych reguł, prawidłowości, prawd i pewników, chcę poszukiwać rozwiązań pojawiających się aktualnie problemów nie tylko na gruncie współżycia człowieka ze środowiskiem przyrodniczym, ale i z tak wiele znaczącym środowiskiem społecznym. 

Czasami piszę, a czasami pytam: skąd i dokąd? 

Mam bowiem jakieś wewnętrzne przekonanie o wyższości umiejętności stawiania pytań i poszukiwania prawdy niż li tylko, nastawienie na otrzymywanie gotowych odpowiedzi.

Aneta Sendra – Wójcik

http://zb.eco.pl/zb/94/rodzina1.htm

Mroczna wieża jako „short-cut”

Oglądało się to i owo, a ostatnio, zatrzymałam się w zadumie i wspomnieniach właśnie pod wpływem filmu!!! I takie zapętlenie mi się urodziło i zostało…

Teraz o samym filmie… i jego następstwach.

Pierwsza część ekranizacji… „Mrocznej wieży”, tej powieści – no może obszernego opowiadania, opowiadania jakie można nie tylko raz – przeczytać i przepuścić przez siebie, daje nam wrażenie surowej i prostej. Czasem prostackiej czy taniej produkcji (niski budżet). 

Czujemy, że gdyby to i owo ograniczyć, tnąc dłużyzny, dywagacje, przeciągające się spojrzenia – w nicość, patrzenie w przestrzeń i nieznane – byłby to film lepszy. Ale przez innych, uboższy, bo mało wiarygodny… a my w wartkiej akcji nie znaleźli byśmy tych głębszych walorów. Bo to przez oczy bohaterów… patrzymy „na rzeczywistość taką, jaką ona  jest naprawdę…


To, co pierwotne… jest i było zawsze. 

To, co wtórne – nakłada się i łączy i pomnaża – życie, wartości, obawy czasem i lęki – emocje i bogactwo zachowań – nasze ach i och… uniesienia. Świat – zawsze dodaje lub też niweluje, ujmuje z tego co jest. I ujmuje, gdy się gubimy i zatracamy, gdy pozostajemy sami i bez wsparcia – to magiczne drzewo z filmu AVATAR, Aiwa… nawet gdy człowiek czy postać ginie, przejmuje jej energię i życie, buduje siebie i innych – nią  Coś większego, ktoś potężniejszy przecież, niż my, podtrzymuje życie a tym samym cudowną miłość, więź… Bez lęku i bez strat.

Jedynie przechodzenie coraz to nowych obszarów i energii.

Bo to drzewo, to życie i jego początek, jego Stwórca – jak pierwowzór tego drzewa filmowego „ze światłowodów” – ma potęgę i moc. I panowanie na tej planecie….

Jak dziecko, jak ziarno kiełkujące do słońca… gdy na śmierć przecież, jest w ziemię wrzucone. Już na to po części gotowe, aby umrzeć. I – gdy gaśnie… Rodzi się nowe życie, nowa istota, nowy człowiek… Nowa szansa. Tak właśnie – wspominam ten film.

Avatar. Hosty… Stworzenie i stwórca… Westworld. Zamiana krzeseł, zamiana ról…

Początek jak z kaplicy Sykstyńskiej, stworzenie – akt twórczy. Tu jest początek, a gdzie się zakończy i czym??? Kto to wie???  

dav

Niepokoje, znoje nasze i pustka…

Niepokoje nasze, znoje nasze, przerażająca pustka… Wszystkie one żądają i pragną czegoś, wpływając na funkcjonowanie. Czegokolwiek, bo nie ma tu wysublimowanych pragnień, „zaspokajacze i zapełniacze…mile widziane”.

Tak mi się to urodziło zaraz po wysłuchaniu, obejrzeniu… i zamyśleniu – nad umieszczonym na youtube i na stronce Langusta na Palmie – kawałku niecodziennego.vloga…. NV właśnie o. Adama Szustaka… Zwłaszcza sekundę po przeczytaniu, niektórych tylko, komentarzy po lekturze ludzi czytających i słuchających tych słów. I po przesłuchaniu tego pięknego wyznania o. Adama – szczerej „nocnej spowiedzi” przed słuchaczami… – zaniepokoiłam się ich interpretacjami!!!

Jaka była wtedy i jest kondycja i niepokój w ojcu – ja nie wiem…

Pewnie kiepska – może nawet, całkiem zła… Czasem są takie w nocy momenty, i taki stan człowieka…

Wtedy też, zaświecił mi się mój „zielony ogarek”, ten – jakiego sens trwa we mnie nie tylko na pamiątkę Leonarda Cohena: zaraz zaraz… czy to nie jest „zaraz”, zarażanie kiepskim stanem czyli pustką i depresją – jaka w osłabieniu i nocy, często przychodzi i ogarnia nas, także – w nocy gdy jesteśmy chorzy, terminalnie czy w gorączce…

I tak „pozytywistycznie” patrząc na to zjawisko – jakie Ojciec Szustak popełnił: „ma ojciec rację, świętą rację… to, co jest coś co jest przekleństwem tych czasów bo człowiek nie zdaje sobie do pewnego czasu, i pewnego uczucia jakie w nas potęguje się i wzrasta”.

Ale prawdą dla mnie jest i to, że człowiekowi – jest najpierw dziwnie, smutno i szaro… ale następnie źle, potem gorzej, w pewnym momencie też – samotnie, strasznie i potwornie…

Tylko, że to wszystko nie jest takie proste!!!

A nawet w poniższych komentarzach jest to „pomieszane”!!!

Tekst i opowieść jest jedna. A każdy ją odebrał inaczej i do siebie. Niektóre osoby – nad-interpretowały, inne popełniły jeszcze gorsze zaniedbanie czy zwolnienie siebie z odpowiedzialności – poczucia winy, zadaniowości – czyli tzw. „zawinienie” sobie, względem siebie. A wiemy, że po vlogach – nie ma instrukcji co tego jak czytać i rozumieć, co do treści, co do tematu czy zastosowanej formy!!!

Jeden czyta – „depresja” inny „samotność” czy „nowe może przede mną” – inne czyli szansa…

A ktoś jeszcze – przeczekam… Kłopot i trudność – jak sobie dam radę, rozklejam się i gorzej „czuję, że się rozpadam”tak się nie robi, to nieludzkie – miałam pierwsze odczucie, ale… Nawet ta niewygoda nie jest najgorsza…

Inne komentarze – są pozytywniejsze, ciekawe ale – też – magiczne!!!

O tej sprawie – „pustce” jak w tytule u o. Szustaka są możliwe!!!

Pustka, jak w fizyce – próżnia – nie znosi być „próżna” przecież. Stara się każdy z nas, i człowiek i natura – zapełnić ją – byle nie w popłochu, strachu i pośpiechu…

I my, dajmy działać wtedy Bogu…

Tam gdzie jest miejsce – wkracza duch… każdy… Dobry Duch – Duch święty też ma ten zwyczaj, przygotowuje on miejsce wspierając nas, gdy jest decyzja – bo Bóg – decyzjom błogosławi – ale przede wszystkim tam szukają miejsca, w kawałku naszego serca, umysłu – Bóg… i Bóg – Jezus…

„Puste” tak po ludzku… to dobre miejsce, już czekające – przygotowane, bo uporządkowaliśmy je – posprzątaliśmy i wymietliśmy bałagan. I ta definicja, to określenie – jest lepszą definicją. A wtedy nasza pustka a nie – pustka w nas, staje się potencjalnie doskonalszym, lepszym i wspaniałym miejscem…

Dobrym, w sensie – wystarczająco dobrym obszarem człowieka – bo gościnnie otwartym.

Poczucie sprawstwa, to poczucie mocy!!!

Jak to się dzieje, że nasza wyobraźnia – nasze wyobrażenie rzeczywistości tak często nas zawodzi. Jesteśmy zaskoczeni lub wstrząśnięci… Zdumieni i porażeni wypowiadamy klasyczne: „A myśmy się nie spodziewali, przecież miało być zupełnie inaczej”…

Czekamy na inną miłość, piękniejszą kobietę, ciekawszą pracę… na mocne wrażenia w górach, na wyjeździe czy meczu piłki nożnej… Na lepszy smak potrawy, wspanialsze wakacje, fantastycznie napisaną książkę lub płytę muzyczną, która doprowadzi nas do granic… Czekamy, mamy nadzieję, wydaje się nam – że zasługujemy…

Zwykle szykujemy się na więcej, większe, bogatsze i na mocniej wreszcie – silniej i intensywniej doświadczane i przeżywane…

Człowiek w ogóle lubi doświadczać??? Nie znam takich, którzy chętnie poddani całkowitej deprywacji sensorycznej, zgodziliby się na „nic nie czucie”, „nic nie przeżywanie” – czyli na tzw. „żadnych bodźców” wokół mnie…

Nawet jeśli jest to ból, nieprzyjemne uczucie, kiedy cierpimy – jesteśmy gotowi to zaakceptować, bo nawet negatywne odczucia są lepsze, niż żadne. Nasza fizyczność, nie znosi pustki. Potrzebujemy innych, potrzebujemy aby coś się w nas zadziało, aby miało konsekwencje… Szukamy doznań, doświadczeń fizycznych i chemicznych, stymulacji!!!

Życie musi mieć smak, życie powinno więc i mieszać to, co słodkie i słone, radość i łzy. Zbyt rzadko dziękujemy za życie takie, jakim ono jest. Ale gdy zaakceptujemy je, pokochamy, pogodzimy się z tym, na co nie możemy mieć żadnego wpływu, będzie nam dużo łatwiej… Choć niektórzy nienawidzą takiej optyki, brak wpływu na sytuację kojarzy im się z trudem, z niewolnictwem, zależnością, przymusem. Czymś, co wydaje się mało humanitarne…

Chcielibyśmy za wszelką cenę znać to, co niesie przyszłość, nie czekać – ale oczekiwać… Powiązane są tu ze sobą dwie ludzkie cechy: poczucie sprawstwa (zależność/oraz pasywność lub aktywność), kreacjonizm i wreszcie – poczucie kontroli sytuacji, zdarzeń (wpływu na swoje i innych – życie)… 

Przede wszystkim my ludzie lubimy być przygotowani na wszystkie ewentualności – uprzedzamy fakty i wyobrażamy sobie ten dzień, to wydarzenie. Czasem staramy się dobrze przygotować: a to na podróż, na chorobę, na przyjście dziecka na świat – ale też na czyjąś śmierć – odejście… 

Wiemy dlaczego, prawda??? Oswajamy rzeczywistość. Oswajamy z nią – także i siebie.

Mocne doznania i szybkie życie

Potrzebujemy czuć, by żyć. 

Intensywnie lub też jak mówimy – prawdziwie.

Wielu ludzi mówi, że trzeba intensywnie żyć i mocno, wręcz spektakularnie odchodzić. Nie w łzach czy strachu. Ale tak prawdziwie, aby się podpisać pod tym, czego się dokonało. Przecież nasze życie jest takie krótkie, i wtedy kiedy nam się wydaje, że dopiero zaczyna się to, co dobre, to, co dla nas najlepsze, gaśnie nasza gwiazda…  

W dodatku jesteśmy przekonani, że wszystko wiemy lepiej i mamy rację oraz monopol na prawdę. Jestem wyjątkową córką, jedynym dzieckiem jakie warto uznać… Nikt nie zasługuje na nagrodę czy awans bardziej jak ja… Miejsce dla medali jest na mojej szerokiej piersi.

Nawet gdy czynimy zło, tak właśnie jesteśmy zaślepieni i przekonani o pozytywach dokonań. Fałszywe majaki i przekonania. Prawdy odległe i nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością.

Jak to się robi, nie wiadomo, ja nie wiem tego… Czasem też trudno mi pomóc drugiej osobie wskazać, co i w jaki sposób powinna zmienić w spojrzeniu na siebie i na zmieniającą się rzeczywistość…

Nasze życie, jego motywacja nie są dla nas jasne. I dobrze. Po co szukać motywacji, lepiej dostrzegać cel – konkretne małe lub większe zadanie… Żyjemy, czynimy założenia i podejmujemy decyzje, nie wiemy do końca jak – ale tak się dzieje… Czasem mówimy: stało się, wydarzyło się…

Czy tak najczęściej robię??? Czy to jest typowe dla nas, ludzi??? 

Mniej ważne „co robimy”, martwmy się o konsekwencje dla innych i dla siebie, o powody, o motywację… Ostrożnie i z wrażliwością – przewidujmy raczej – antycypujmy, a nie tylko „wyobrażajmy sobie”. 

Nasza wyobraźnia, choć najbardziej rozbudowana, ukształtowana czy kontrolowana – najczęściej – nas samych zawiedzie na manowce…

Spokój i dostojność…

Wydaje nam się, że im więcej powiemy, im głośniejsi jesteśmy – myślimy, że zaznaczymy swoją obecność, popularność i podkreślimy siłę. Czy nie wyrazem swojego ciała, oczu i pyszczka, tym spokojem i opanowaniem, poczuciem spokoju i wyższości reaguje nasz członek rodziny… Ona wie, że więcej niż słowa i zapewnienie znaczy ciepło i opieka, miłość – to wszystko wypełnia przestrzeń.

Ona czuje kto tu rządzi. I dlatego – zawsze dobrze wybiera. Każdemu tego życzę… Tej pewności. Tego spokoju. Tego – dostojeństwa…